Związek

„O wszystko, co złe w moim życiu winiłam jego. A to były moje wybory, moje wyobrażenia, jaki powinien być nasz związek”

Z życia kobiety
Z życia kobiety
12 stycznia 2017
Fot. iStock/eclipse_images
 

Mówią: „Takie z was fajne małżeństwo”, „Wy to macie szczęście, że na siebie trafiliście”. Uśmiecham się, bo co innego mam zrobić. Tłumaczyć, że to nie tak. Że to, co widzą inni okupione jest ogromem pracy, złości, awantur, pakowania walizek?

Tak, dziś, kiedy na nas patrzę, mam pewność, że „fajna” z nas para, kiedyś jej nie miałam, nie miałam jej przez wiele lat, gdy to raz ja chciałam się wyprowadzić, gdy innym razem jego pakowałam.

Nie jestem łatwym człowiekiem, muszę postawić na swoim, muszę mieć rację, muszę udowodnić, że to nie ja się mylę. Dużo tego „ja muszę” było w między nami. Ja musiałam, a on – miałam wrażenie – nie musiał nic. Jemu wystarczało, że był, że to ja dźwigam ciężar i odpowiedzialność naszego wspólnego w końcu życia na barkach.

Łatwo jest wszystko co wspólne wyrzucić na śmietnik, odwrócić się na pięcie, wyjść, dogadać się po ludzku, co z dziećmi, co z majątkiem.

A nas jednak coś trzymało blisko siebie, nawet wtedy, gdy byliśmy tak daleko, że nie widać było drogi powrotnej do siebie, do nas. Jakbyśmy oddali się przyczepieni do niewidzialnej nici, dzięki której możemy do siebie wrócić, jeśli tylko tak zadecydujemy,

Było w nas dużo buntu, wiele własnych racji, nieprzejednanych opinii. Raz jedno uważało się za lepsze, drugi raz inne.

Pamiętam wyjazd na wakacje, gdy dzieci były małe. W czwórkę w ciasnym samochodzie wypełnionym po brzegi bagażami i… skończył się olej, gdzieś w środku szczerego pola. Wpadłam w szał. Alarmującą lampkę widziałam już kilka dni wcześniej, ale oczywistym wydawało mi się, że to ty o to zadbasz. Ja nas pakowałam, prałam, tworzyłam listy, co brać, a czego jednak nie. Nasz pierwszy z dziećmi wyjazd za granicę. Jeny jak ja wtedy krzyczałam. Że jest nieodpowiedzialny, że jak tak skrajnie można być zapatrzonym w siebie, że nie dba o nasze bezpieczeństwo, o nasz komfort, że na niego nigdy nie można liczyć, że mogłam sama pojechać na te wakacje, że go nie potrzebuję.

Było we mnie tyle żalu, tyle pretensji o to, że moje życie nie jest idealne, że on nie jest idealny, że tak bardzo mnie rozczarował, że byłam przekonana, że jest inny. Świadoma jego braków, ale licząc, że pewnych rzeczy, jak się kocha, można się nauczyć – ot tak po prostu.

I to moje życie – nudne do bólu, oparte jedynie o filar rutyny, gdzie poza nią nic. Przewidywalne do bólu – dzieci, śniadanie, obiad, brudna podłoga, rozlane mleko, obiad, jakiś spacer z dziećmi, żeby on odpoczął, kąpiel, kolacja, bajki do czytania i seks od czasu do czasu – od wielu miesięcy wtedy nie miałam orgazmu. Udawałam dla świętego spokoju myśląc tylko, jak bardzo jestem zmęczona.

Oczywiście, że nie rozmawialiśmy. Klasyka gatunku. O wszystko, co złe w moim życiu winiłam jego. O to, że mam taką pracę, a nie inną, że nie mogę iść z koleżankami do kina, bo on na pewno sobie z dziećmi nie poradzi, że nie wyjadę na weekend, bo jemu się nie chce. Tysiące usprawiedliwień pod wspólnym mianownikiem tego, kto całemu złu jest winien.

Wtedy nie rozumiałam, że to wszystko to moje wybory, moje decyzje, moje wyobrażenia o tym, jak życie wyglądać powinno, a jak rozczarowywało.

Pamiętam, jak się wyprowadził. Bo tak lepiej, bo odpocznijmy od siebie, bo może nabierzemy dystansu. Poczułam ulgę, że on to zaproponować, coś, co mi chodziło po głowie od dawna. Dzieci u dziadków na wakacjach, później każde na obóz. Wspólne dwa tygodnie bez dzieci już przerabialiśmy, prowadziły donikąd. Staraliśmy się być dla siebie mili, wierzyliśmy, że czas, który zyskujemy, bo nie poświęcamy go dzieciom, wystarczy, żeby było dobrze. I było. Na chwilę, na kilka tygodni.

A później przestaliśmy się nawet kłócić, zawsze jedno machnęło ręką, wyszło, mówiło, a na pewno myślało: „Daj już spokój”.

On wynajął pokój, ja napawałam się ciszą i spokojem w domu. Mogłam czytać książki, dopóki nie było dzieci, mogłam jeść to, na co miałam ochotę, nie czułam żadnego przymusu, że coś muszę, że coś powinnam. Dobrze mi było. Szłam biegać, popływać, na spacer. Wolność, której tak potrzebowałam. Wolność wyborów, decyzji od nikogo nie uzależnionych.

Ale ucieszyłam się, jak zadzwonił. Ot wyjście na piwo. Chyba wtedy pierwszy raz rozmawialiśmy, tak naprawdę, tak do bólu szczerze. To nie było miłe. Usłyszałam, że ja zawsze chcę o wszystkim decydować, że nawet gdy on coś proponował – i tak miałam swój plan, a później pretensje, że on niedecyzyjny. „Przyzwyczaiłaś mnie do takiej miłości. Miłości, w której ty ze wszystkim dajesz sobie radę, a ja jestem na doczepkę, czasami jak piąte koło u wozu…”.

Argument po argumencie, ale bez złości, bez kłótni, awantury. Jak dwoje dorosłych ludzi siedzących na kozetce u terapeuty. Bolało jego, bolało mnie. Nie mogłam wtedy zasnąć. Coś we mnie pękło.

Wiele takich rozmów odbyliśmy. Wiele godziny przegadaliśmy, przepłakaliśmy. Czułam, że po tej linie wracamy do siebie. Tacy zupełnie inni, dostrzegający, jak bardzo się zmieniliśmy, jak bardzo nam na sobie zależy, jak chcemy zrozumieć, co się stało.

Tak, jesteśmy „fajną” parą, ale to efekt naszych chęci, naszego zrozumienia i akceptacji siebie nawzajem. Bo nagle okazało się, że będąc w związku też mogę być wolna, że jeśli tylko pozwolę mu na siebie liczyć, to mogę wszystko. A w zamian dostanę ogromne wsparcie. Zrozumiałam, jak bardzo jesteśmy inni, jak każde z nas czego innego oczekuje, w innym tempie dąży do tego, na czym mu zależy. Zrozumiałam, że związek to dwa zbiory, gdzie tylko pewna część jest wspólna, gdzie każdy ma prawo do własnych poglądów, pasji, wyborów, ale to co nas łączy jest fundamentem naszej miłości.

I kiedy dziś myślę o nas – uśmiecham się do siebie. Jak jesteśmy pogodzeni z tym, jacy jesteśmy. Jak nie przestaliśmy sobie wyobrażać, jak być powinno, tylko cieszymy się z tego, co mamy.

Tak to takie rzewne, i „nudne”, ale to dobra miłość, dziś bez potrzeby fajerwerków, spokojna, i pewna nas samych.

Życzę wam byście takiej miłości doświadczali każdego dnia.


Związek

Zrozum, nie odeszłam do innego mężczyzny. Odeszłam, bo nie czułam się kochana

Z życia kobiety
Z życia kobiety
25 stycznia 2017
Fot. iStock/SandraKavas
 

Wiem, że mnie nie wysłuchasz. Zwłaszcza teraz, kiedy szalejesz, obrzucasz mnie najgorszymi epitetami. Bo zdradziłam, bo odeszłam, bo zniszczyłam tobie, nam, dzieciom życie.

Wiedziałam, że tę furię będę musiała przeżyć, a jednocześnie tak bardzo mnie ona dziwi, bo dopiero, kiedy powiedziałam wprost, że odchodzę, na nowo zaistniałam w twojej przestrzeni. Zauważyłeś, że jestem, że jednak istnieję, nie jestem meblem do przesunięcia, który można ominąć, udawać, że nie słyszy się jak trzeszczy. Tak, bo dla ciebie trzeszczałam już jak zdarta płyta, że nas mało, że brakuje mi czułości, miłości, bliskości.

Szalejesz z wściekłości, a przecież ja nie odeszłam dziś, z dnia na dzień. Teraz wydarzyła się dla ciebie tragedia, bo nagle nie ma kto wrzucić skarpetek do prania, zrobić rano kawy i podać późnego, ale jednak ciepłego obiadu?

Przyjrzy się sobie, zobacz nas, których przez ostatnie lata zupełnie nie było. Były za to moje fochy, moje oczekiwania, moje wymagania. Tak to widziałeś. Na nic zdały się tłumaczenia, rozmowy. Przez chwilę było lepiej, a później i tak wszystko wracało do wygodnej dla ciebie normy. Ja byłam dobrym dodatkiem. Nabyta jako żona. Bo w końcu jak przypieczętowane podpisem w urzędzie, przysięgane pod ołtarzem, to już na zawsze.

I tu się mylisz. To jest ta lekcja, którą powinieneś wyciągnąć – otóż nic nie jest na zawsze, a już na pewno nie moja miłość do ciebie. Ona też, jak się okazało miała, swoje granice.

Nie planowałam tego. Nie działałam w afekcie. Po prostu, stało się, kiedy na mnie spojrzał, kiedy magnetyzm jego wzroku sprawił, że ugięły się pode mną kolana. Dawno żaden mężczyzna tak na mnie nie patrzył, dawno nie czułam, że właśnie ktoś rozbiera mnie wzrokiem. Tak. Dla ciebie byłam żoną i matką. Tą, która jest w domu, kiedy ty wracasz z pracy, czasami coś pomarudzi, ale ogólnie nie ma na co narzekać. W końcu żyło się nam dobrze. Zaraz jak to było: „czego ci brakowało? Miałaś wszystko!!!”. To mi wykrzyczałeś, ale za późno. Bo ja nie raz mówiłam, próbowałam tłumaczyć, że twoje wszystko, to nie jest to czego ja chcę, czego potrzebuję.

Mówiłam, że brak mi czułości. Nie chciałam dużo, tylko przytulenia, gestów, delikatności, takiej nieuchwytnej chwili, kiedy wiem, że mnie kochasz, że dotykasz mnie, stajesz obok, łapiesz mnie za rękę z miłością, naturalnie, jak kiedyś. Tak, to „kiedyś” stawało między nami. Nie mogłeś tego znieść: „pokaż mi parę, która jest w sobie cały czas zakochana, jak na początku” – to była twoja odpowiedź. Ty po prostu tego nie czułeś, nie widziałeś, nie chciałeś.

A ja chciałam, żebyś się mną zachwycał, by w twoich oczach widać było ten błysk, kiedy mnie widzisz. Jasne, że nie zawsze. Ale przecież ja tobie mówiłam, jak zakładałeś tę niebieską koszulę, że uwielbiam cię w niej. Powtarzałam, jaka jestem z ciebie dumna, kiedy opowiadałeś o kolejnych sukcesach w pracy, śmiałam się z twoich żartów. I to nie było wymuszone, to naturalne, tylko ja byłam przezroczysta. Czasami miałam wrażenie, że patrzysz przez mnie, gdzieś w dal. Mówiłam, że potrzebuję tych słów. A tobie było wszystko jedno, czy schudłam, czy podobam ci się w tej czy innej sukience. Pamiętam, jak spytałam, czy podoba ci się mój nowy kolor włosów, usłyszałam standardowo: „tak, świetnie”, tyle, że ja wtedy nie byłam u żadnego fryzjera, nie farbowałam włosów od trzech tygodni…

A on widział wszystko. On się mną zachwycał. „Jesteś taka piękna” – mówił. A mi trudno było w to uwierzyć, bo przecież dawno tych słów nie słyszałam. Od wielu lat nikt mi nie powiedział, że mam cudowny uśmiech, że w moich oczach można zniknąć. Tak, dla ciebie to banały, ty mówiłeś „komplementami cię i dzieci nie nakarmię”. Tylko widzisz, miłość karmi się też takimi banałam, ty lubiłeś ich słuchać, gdy mówiłam, że kocham twoje ramiona – takie silne i mocne.

Mówiłam: „nie ma ciebie”, „potrzebuję, żebyś był bliżej”, „martwię się o nas”.

„Czepiasz się. O co ci znowu chodzi” – odpowiadłeś, a kiedy kolejny raz próbowałam wytłumaczyć, przewracałeś oczami. „Już dobrze, rozumiem, będę się starał” – mówiłeś. Jakiś czas miałam nadzieję, że naprawdę coś się zmieni. Wysyłałam SMS-y, na które odpisywałeś. Całowałeś rano przez kilka dni. Nawet do kina mnie zabrałeś, po tym, kiedy zagroziłam, że będę spać na kanapie.

Nie wytrzymałam raz krzycząc, że odejdę, że mam dość bycia traktowaną jak przedmiot pozbawiony uczuć, gdzie nie czuję się szanowana, doceniana, gdzie ktoś k,ogo kocham, robi ze mnie robota od sprzątania, zajmowania się dziećmi, przygotowania imprezy dla znajomych i uśmiechania się, kiedy jest taka potrzeba.

Wiedziałeś, że kłamię. Wtedy kłamałam, bo nie odeszłabym, bo myślałam, że to ostatnia deska ratunku dla nas, że zrozumiesz, że chcę być w twoim życiu tak samo ważna, jak ty byłeś w moim. Ale dla ciebie ważniejsza była praca, mecze, tenis, na który biegałeś w każdej wolnej chwili, rower, na którym znikałeś w weekend, bo musisz się odestresować, zrelaksować. Jakbyśmy ja i dzieci byli także źródłem twojego stresu…

A on? On lubił te same filmy, co ja. Dostałam od niego płytę, o której marzyłam, tylko wiecznie zapominałam jej sobie kupić. Od ciebie na prezenty przestałam liczyć, a ty przyzwyczaiłeś się, kiedy pokazywałam ci coś nowego mówiąc: „kupiłam sobie od ciebie na urodziny”. Nawet nie zaprotestowałeś. Z nim mogłam rozmawiać o podróżach. Nawet nie wiem, kiedy zaczęliśmy planować wspólne wakacje. Ty zgadzałeś się na wszystko, co wymyśliłam, byle nie daleko, bo nie chciałeś się kisić w samochodzie po kilkanaście godzin…

Nie wiesz o mnie jednej rzeczy, ja też jej nie wiedziałam, do czasu, aż zrozumiałam, że stoimy w miejscu, że między nami nic się nie zmienia. Jakby ktoś nam założył betonowe buty i uniemożliwił jakiekolwiek ruchy. Ja się jeszcze wiłam, próbowałam nas wydostać, ale tobie było zbyt wygodnie, zbyt bardzo byłeś skupiony na sobie, żeby wyjść mi naprzeciw. Nie chciałam tak żyć.

W końcu zrozumiałam, że to nie moja wina, przestałam wyrzucać sobie, że coś robię źle, że za mało się staram, że zbyt dużo wymagam. W oczach, gestach i słowach innego mężczyzny zrozumiałam, że jeśli chcemy, jeśli kochamy, możemy wszystko zmienić.

Nie odeszłam do innego mężczyzny. Odeszłam, bo nie czułam się kochana, bo ja ze swoimi pragnieniami i potrzebami byłam ignorowana, tłamszona, wpędzana w poczucie winy, zamykana w czterech ścianach wyrzutów sumienia, gdzie odbijało się twoje „ale o co ci znowu chodzi”. Przy nim zrozumiałam, że nie wymagam wiele, że można być razem inaczej, że miłość może być czuła, może być blisko, że może wymykać się rutynie wczesnym porankiem kawą pitą na balkonie i leniwym seksem, nim wstaniemy i szybko wejdziemy w dzień, wsuniemy na siebie ubrania.

Nie wrócę. Choćbyś nie wiem, jak się odgrażał. Choćbyś nie wiem, jak głośno powtarzał, że jeszcze zrozumiem, gdzie było mi dobrze, to wiedz dziś jedno: nie wrócę, bo zrozumiałam, że można być szczęśliwym, że można czuć się kochanym.

 

 

 

 


Związek

Co roku ustawiam na półce kolejne anioły. Wierzę, że one chronią mnie i moje dzieci przez piekłem, które nam zgotowałeś

Z życia kobiety
Z życia kobiety
26 grudnia 2016
Fot. iStock/Vizerskaya

Pamiętam te Święta. Kiedy znowu krzyczałeś, że wszystko jest nie tak. Że obrus nie tak biały, że pieniądze na prezenty wydane bez sensu. Kiedy nic ci się nie podobało, choć tak bardzo się starałam, by ten raz było w końcu idealnie.

Nawet nie dodałam grzybów do bigosu, bo wiem, że nie lubisz, a barszcz zrobiłam według przepisu twojej mamy, bo podobno nikt nigdy nie zrobił lepszego. Mi też się nie udało. Był za kwaśny, za słony, stawiając ze złością filiżankę rozlałeś go na biały świąteczny obrus. Znieruchomiałam. Normalnie rzuciłabym się w szał wycierania, czyszczenia. A tymczasem siedziałam wpatrując się w plamę, która pochłaniała coraz większą część obrusu. Coś krzyczałeś, machałeś rękami – nic nie słyszałam. Patrzyłam jak niteczka po niteczce obrusu nasiąka czerwienią barszczu.

Wstałam od stołu, poszłam po ściereczkę i bez słowa zaczęłam wycierać to, czego wytrzeć się już nie dało. Nie dało się zgumkować, wymazać z pamięcią, udawać, że nic się nie stało. Że ty po prostu jesteś taki porywczy, taki wymagający, bo dużo wymagasz od siebie, więc masz prawo żądać od innych, by tobie dorównywali. Także ode mnie, od naszych dzieci.

One cicho siedziały przy stole. „Co jeszcze zjecie?” – spytałam uśmiechając się do nich delikatnie. Stałeś się dla mnie przezroczysty. Nagle przestałam się bać. Tak po prostu. Patrzyłam na dzieci, jak zjadają ze smakiem pierogi, jak nieśmiało podnoszą wzrok niemo prosząc o dokładkę. Nie chciały cię denerwować, nie chciały burzyć tego przez chwilę panującego spokoju. Nie obchodziło mnie, co czujesz, co myślisz. Chciałam postawić szybę między nami a tobą by nie dotknęło ich już żadne złe słowo, żaden krzyk, by nie widziały podnoszonej na mnie ręki.

Kiedy rozpakowywaliśmy prezenty, wyszedłeś. Twoje leżały pod choinką nietknięte. Tak manifestowałeś swoją złość, swoje oburzenie na moje zachowanie. Nie widziałeś, jak Oliwia cieszyła się z nowej czapki i serii książek, o których marzyła, a Tomek wyściskał mnie za nową piłkę do nogi. Już dawno pozbawiłeś ich złudzeń o istnieniu świętego Mikołaja. „Przestańcie wierzyć w takie głupoty, to ja haruję na te wasze prezenty” – powiedziałeś im kiedy jeszcze tak bardzo chcieli wierzyć, kiedy w Mikołaja wierzyli ich rówieśnicy. Dla mnie zapakowany niezdarnie w pudełku był anioł. Oliwia zrobiła go dla mnie. I ten podpis: „Niech chroni cię Mamo”. Tak bardzo nie chciałam płakać i bardzo nie mogłam powstrzymać łez. „Kocham cię”- szepnął Tomek ściskając mnie mocno. Wróciłeś jak już dzieci spały. Położyłam się z nimi w pokoju chcąc choć w ten jeden dzień oszczędzić im nocnej awantury i krycia siniaków przy świątecznym śniadaniu. Wiedziałam, że na obiad pojedziesz do swojej matki. My chcieliśmy iść na spacer, na cmentarz zapalić znicze, tych, których już z nami nie było. Od kilku lat ten pierwszy dzień Świąt spędzaliśmy właściwie osobno.

Wróciłeś wcześniej niż się spodziewałam. Słyszałam, że nie mogłeś otworzyć drzwi. Waliłeś pięścią. „Śmierdzisz tymi smażonymi rybami” – usłyszałam, gdy wpuściłam cię do domu. Złapałeś mnie za rękę, tak mocno jak tylko ty potrafisz. „Na kolana” – wybełkotałeś i pociągnąłeś mnie za włosy. Nie chciałam się szarpać, nie chciałam, by dzieci, które dopiero co zasnęły, obudziły się. Przeciągnąłeś mnie za włosy do pokoju, kopnąłeś w brzuch, aż straciłam oddech. Chciałam nie żyć. Chciałam leżeć na tej podłodze tak długo, aż zapomniesz o moim istnieniu. Ale ty nie zapomniałeś. Otworzyłeś prezent, cisnąłeś płytą przez cały pokój. „Myślisz, że jedna płyta mnie uszczęśliwi, że tyle jestem wart? Haruję na was, a ty mi pod choinkę kładziesz jedną płytę?” – mamrotał. Pociągnął mnie za włosy tak, że musiałam wstać. Uderzył pięścią w twarz. Znowu leżałam. Już nie prosiłam, by przestał, nie tłumaczyłam, że dzieci śpią, nie uciekałam do łazienki, żeby zamknąć się w poczuciu bezpieczeństwa.

Zasnąłeś na siedząco w fotelu. Czułam krew na ustach. Znałam ten schemat – rozcięty łuk brwiowy i warga. Może pęknięte żebro – oby nie. Po ciuchy weszłam do łazienki. Obłożyłam twarz lodem. Posmarowałam maścią. Może rano nie będę wyglądać aż tak źle – pomyślałam.

Kiedy jeszcze rano spałeś – spakowałam nas. W drugi dzień Świąt od ciebie odeszłam. Zabrałam dzieci, świąteczne prezenty i wyjechałam, do ciotki, która mieszkała daleko od nas, z którą nigdy nie miałam kontaktu, a o której wiedziałam, że uciekła od męża. Moja mama, nim umarła opowiedziała mi o niej, dała adres. „Ja nie umiałam ci pomóc, może ona będzie potrafiła” – powiedziała płacząc tuż przed śmiercią. Myślałam, że serce mi pęknie… Dwa lata trzymałam te kartkę głęboko schowaną.

Nie wiedziałam, czy będzie w domu, czy nas przyjmie. Ale wtedy to już nie miało znaczenia. Podjęłam decyzję, choć wsiadając do pociągu przez chwilę pomyślałam, że wrócę, a w głowie krzyczały mi twoje słowa: „Nic nie jesteś warta”, „Nic beze mnie nie znaczysz”, „Jesteś nikim”. Tomek pociągnął mnie za rękaw: „Chodź mamo”.

Dzisiaj mija pięć lat od tamtego dnia. Pięć lat temu stanęłam w drzwiach obcej dla mnie osoby, która pokochała mnie jak własną córkę, której nigdy nie miała, a moje dzieci traktuje jak swoje wnuki. Pięć lat temu byłam gotowa jak pies skamleć o pomoc dla moich dzieci i dla siebie. Pięć lat temu patrząc na plamę barszczu na obrusie zrozumiałam, że odbierasz mi moje życie. Że nie jesteś tym, kogo chciałam kochać. Że ty nigdy się nie zmienisz, że nigdy nie pokochasz nas bezwarunkową miłością. Ty tylko kochałeś za coś, albo po coś, choć dzisiaj myślę, że nie jesteś zdolny do miłości. Przestałam cię żałować, tłumaczyć cię stresem, pracą, dzieciństwem. Ktoś ko kocha nie krzywdzi…

Wylizałam swoje rany. Podniosłam się. Pod choinką co roku znajduję anioła zapakowanego coraz to piękniej. Ustawiam je na półce wierząc, że chronią nas przed tobą, przed twoją nienawiścią, słabością, złością i agresją. Nadal się boję, budzę się czasami w nocy, kiedy śni mi się, że dobijasz się do naszych drzwi.

Ale ciebie nie ma, nie pozwoliłam ci wrócić. Już nie tym razem. Nie uwierzyłam, że się zmienisz, nie dałam się przekupić obietnicami i prezentami.

Narodziłam się na nowo. Dałam miłość i bezpieczeństwo moim dzieciom. Dziś wiem, że moja wartość mierzona jest uśmiechami moich dzieci, ich otwartością i radością. Już nigdy nie dam sobie wmówić, że jestem nikim.


как лечить алкоголизм

суррогатное материнство украина

Ретом