Lifestyle Związek

O tym, jak trudno być „innym”. O tym, jak trudno w ludziach LGBTQ – zobaczyć człowieka…

Małgorzata Rubin-Bedra
Małgorzata Rubin-Bedra
21 października 2016
Fot. iStock / Connel_Design
 

Od kilku lat mam kolegów – gejów. Od kilku też lat zweryfikowały się moje poglądy życiowe – na temat homoseksualizmu, jak i innych tematów fundamentalnych. Co zaważyło też na moim „odejściu” z Kościoła Katolickiego…

Do napisania tego tekstu, opartego też na rozmowie z jednym z moich kolegów, „zainspirował” mnie wywiad, jakiego udzielił Michał Witkowski* Andrzejowi Sołtysikowi w programie telewizyjnym. Usłyszałam pierwszy raz historię życia Michała i to mną wstrząsnęło, bardzo mocno. Witkowski mówi m.in. o swoich początkach – w jaki sposób dotarło do niego, że jest homoseksualny, w jakim wieku, o swoim „pierwszym razie”. Mówi też o tym, że nie mając żadnego wsparcia od rodziców, w wieku 16 lat (!) wyjeżdża do Szwajcarii i żyje tam z dużo, dużo starszym mężczyzną, który go utrzymuje. (W wywiadzie Sołtysik rzuca: „Czyli dawałeś dupy za pieniądze?” Na co Witkowski odpowiada: „O, nie, mój drogi. Ten pan miał już swoje lata, nie mógł czynnie uprawiać seksu”). Kiedy w mojej głowie wyobrażałam sobie na szybko, podświadomie, jak młody chłopak, który ma zaledwie 16 lat, musi wyjechać z kraju, sam, a tam przez wiele lat zarabiać na siebie w różny sposób, zmagając się ze swoim homoseksualizmem (lata 90. XX wieku, w Polsce tępiony i potępiany z każdej strony), walczący też z depresją, alkoholizmem i narkotykami – pytałam samą siebie w myślach: Mając taką historię życia za sobą, zwłaszcza młodość, dorastanie, odrzucenie przez rodziców i otoczenie – jak można „normalnie” funkcjonować??? Jak nie mieć przewlekłej depresji i problemów z samym sobą? Jak dziwić się osobom homoseksualnym (albo całej grupie LGBTQ), że nie tworzą takich długoletnich związków, jak hetero, skoro w Polsce są traktowani jak odmieńcy, nienormalni, chorzy, którzy nie mają prawa żyć zgodnie ze swoją orientacją? Którzy nie mogą iść ulicą, jako para i okazywać sobie czułości? Skoro od samego początku, odkąd odkrywają swoją tożsamość płciową, raczej z tym walczą, nie chcąc się z tym pogodzić – czasem przez lata. Bo rodzice, babcia, rodzina, sąsiedzi, znajomi, chcą mieć wnuki, syna/córkę heteroseksualnych – którzy są „normalni”, jak 80% społeczeństwa? I ich odrzucają, jak kiedyś odrzucano dzieci z upośledzeniem umysłowym – zamykając w komórkach i piwnicach.

Oglądałam wiele programów o LGBTQ. Nie, nie ogólnych o „tym” temacie. To były programy o konkretnych LUDZIACH. Pokazujących historie młodych lub starszych ludzi, głęboko nieszczęśliwych i cierpiących, bo np. źle się czuli w swoim ciele i chcieli zmienić płeć. I to nie były łatwe decyzje, obok zaś rodzeństwo, rodzice, a w większości głównie tylko matki (bo im dużo łatwiej było pogodzić się z odmiennością swoich dzieci). I po tych programach, uświadomiłam sobie jedno – Ja, głęboko religijna i wierząca osoba (ba, która studiowała teologię i była nawet w zakonie), znając Nauczanie Kościoła (katolickiego) w tej sprawie, znając nawet cytaty z Pisma Św. Na ten temat – ja w środku siebie nie godzę się na takie „prawo”. Nie zgadzam się cała sobą, że osoby LGBTQ nie mogą żyć ze sobą i współżyć. Że urodzone albo nie w swoim ciele, albo z inną orientacją seksualną, są traktowani jak dewianci, gorszyciele i zło lub wysyłani na psychoterapie („żeby się wyleczyli”). Nie! Bo w tych historiach nie jest ważniejsza orientacja, wygląd, ale… CZŁOWIEK. Żywy człowiek. Który w walce z samym sobą i otoczeniem, próbuje często popełnić samobójstwo…(!) I w takim momencie najważniejsze jest człowieczeństwo. I wiem, że Jezus też w ludziach widział ludzi.
I jeżeli chodzi o mnie, cóż, trudno, mając takie poglądy, które w najważniejszych sprawach nie zgadzają się z tzw. Nauczaniem Kościoła, musiałam wszystko zweryfikować i odejść z KK, do dziś nie utożsamiając się z żadnym kościołem (dochodzą także inne poglądy, na temat antykoncepcji, rozwodów, itp.). Było to dla mnie niezwykle trudne.

A oto rozmowa z Marcinem, moim kolegą, homoseksualistą.

Czy znałeś pojęcie „homoseksualizm”, „inna orientacja seksualna”, „pedał, „gej”, „lesbijka”? Mam na myśli wczesne lata szkoły podstawowej, zanim poczułeś, że różnisz się od kolegów, bo interesują Cię chłopcy?

Marcin: W pierwszych klasach szkoły podstawowej na pewno nie znałem żadnego z tych słów. Wydaje mi się, że dopiero w okolicach piątej klasy dowiedziałem się co znaczy pedał i lesbijka. Bardzo dokładnie pamiętam natomiast, gdy w VIII klasie koleżanki zapytały mnie czy jestem gejem. Nie wynikało to chyba wtedy z ich podejrzeń wobec mojej osoby, a dobrą zabawę. Zdaje się, że słowo gej w Polsce dopiero się pojawiło. Moje koleżanki zadawały to pytanie wielu osobom, licząc, że ktoś nie znając znaczenia tego wyrazu udzieli odpowiedzi twierdzącej. To zapewniło by masę śmiechu. Mam wrażenie, że zawsze czułem, że różnię się od kolegów… Bliżej było mi do koleżanek…

Michał Witkowski mówi o swoich „początkach”, że podczas oglądania filmów erotycznych i pornograficznych, zobaczył, iż bardziej zwraca uwagę na mężczyzn na tych filmach, a nie na kobiety – stąd wiedział później, że jest homoseksualny. A jak to było z Tobą?

Na pewno nie filmy pornograficzne dały mi sygnały o moim homoseksualizmie. Myślę, że zwracałem większą uwagę na chłopaków w codziennych sytuacjach, na ulicy w szkole, w sklepie. Po prostu mi się podobali. Oglądałem się za nimi, ale zawsze tłumaczyłem sobie, że imponuje mi ich styl, podoba się ubiór, fryzura, że chciałbym wyglądać jak oni. Dopiero z czasem zaczęło docierać do mnie, że zwracam uwagę przede wszystkim na urodę. Potem dołączyły do tego marzenia o bliskości ze spotkanymi gdzieś na mieście chłopakami. Nie o seksie, ale całowaniu, przytulaniu…

Mówiłeś mi kiedyś, że Twoje początki bycia gejem były bardzo trudne. Że czułeś się, jakbyś był odszczepieńcem, diabłem niemal, nienormalnym, złym. Czy to wynikało z poglądów Twojego otoczenia, Twojego wychowania, religii? Jak to dokładnie wyglądało?

W momencie, gdy coraz bardziej zdawałem sobie sprawę, że jestem gejem coraz silniej próbowałem z tym walczyć i to wypierać. Leżałem w łóżku i zanim zasnąłem marzyłem o chłopakach, a po chwili myślałem sobie „nie, to nie możliwe, nie mogę być gejem, to będzie straszne”. Z perspektywy czasu wydaje mi się, że nie miałem poczucia, że jestem diabłem czy odszczepieńcem. Raczej sądziłem, że moje myśli są złe, odpychające i trzeba z nimi walczyć, odsuwać je od siebie. Na pewno wpływ na to miało otoczenie, ogólna nietolerancja seksualnej odmienności, dowcipy, żarciki czy wyzwiska, które słyszałem pod adresem gejów tych ujawnionych, jak i domniemanych. Religia? Nie. Mój ojciec jest niewierzący, a mama z babcią ze strony ojca były bardzo umiarkowanie praktykujące. Rodzice mojej mamy, to z kolei tacy typowi polscy katolicy, ale nie przypominam sobie, żeby w czasach mojego dzieciństwa mówili na temat gejów. Nie pamiętam też, abym treści takie słyszał w kościele, gdy mnie tam zabierali.

Wiem też, że długo się przed tym broniłeś, chciałeś być „taki, jak inni koledzy”, jak większość Twoich znajomych?

Broniłem się bardzo długo, bo aż do 26. roku życia. Czy chciałem być taki sam jak moi znajomi? Jestem indywidualistą. Zawsze podkreślam, że mam coś z kota, bo cenię swoją niezależność, lubię chadzać własnymi ścieżkami. Do tego jestem przekorny. Czasem do przesady manifestuję swój indywidualizm. Te cechy chyba pomogły mi w akceptacji samego siebie. Ale faktem jest, że często myślę sobie, jak łatwiej byłoby żyć mi jako heteroseksualiście w homofobicznym świecie.

Pamiętasz swoją pierwszą miłość? 🙂 Jak wyglądał, jak się ubierał? Pamiętasz, jak go pierwszy raz zobaczyłeś?

Pamiętam bardzo dużo ze swojego życia, z czasów wczesnego dzieciństwa, szkoły itd. Ale swojej pierwszej miłości niestety nie.  Może to wyparłem…

A kogo pamiętasz? Wiesz, z reguły te pierwsze miłostki i zauroczenia się idealizuje…

Pierwsze takie zainteresowania, „zauroczenia” to w czasie studiów. Pociągało mnie kilku facetów, ale wmawiałem sobie, że ich jedynie lubię, że chciałbym się z nimi zaprzyjaźnić. To był rodzaj zauroczenia, któremu towarzyszyła silna negacja. W tym duchu zainteresowałem się chłopakiem, z którym chodziłem na terapię grupową DDA. Był ode mnie pięć lat młodszy, atrakcyjny, o silnej osobowości i heteroseksualny. Podczas trwania terapii pokazywał poza silną osobowością swoje słabości, problemy, nawet płakał. Trochę przełamał tym mój negatywny wzorzec faceta. Pozwolił, żebym na mężczyzn zaczął patrzeć łaskawym okiem niż tylko przez pryzmat ojca. Na tym etapie życia, mam pewien problem z mówieniem o miłości, bo za każdym razem mam wrażenie, że to nie była miłość, nawet nie zauroczenie. Jakoś tak chyba chcę wyprzeć ze świadomości uczucia, którymi obdarzyłem niewłaściwe osoby. Ale tak. Po pogodzeniu się ze swoją orientacją, było kilka sytuacji, gdy ktoś mi się spodobał, ktoś mnie zauroczył. I myślę, że trzy razy to było zakochanie. Zawsze to byli chłopcy dekadę lub więcej ode mnie młodsi, zawsze niegotowi na głęboką relację, zawsze kwestionujący swoją orientację. Mający szereg problemów z emocjami. I zawsze te relacje kończyły się dla mnie boleśnie.

Kiedy powiedziałeś o swojej orientacji rodzicom, rodzinie? Czy było to potrzebne?

Niestety nadal z rodziny wie o mnie tylko siostra. Z ojcem kontaktu nie mam. Mamie ciągle obawiam się powiedzieć. Dziadkowie już się raczej nie dowiedzą. Nie zrozumieliby tego, to inny świat. Czasem miałem ochotę wyznać prawdę ciotce (siostrze mamy) i jej córce. Natomiast coming out’u dokonałem przed grupą znajomych. Myślę, że było to potrzebne. To odbarcza człowieka psychicznie. Zrzuca się pewien ciężar. Pozbywa się pewnej maski, nie trzeba już udawać. Po każdym takim wyznaniu czułem się  bardzo lekko. W dodatku moje ujawnienie umacniało każdą z przyjacielskich relacji.

To chyba cholernie trudne, że mama nie wie… Obciążające Cię psychicznie. Nie wiem, jakie są wasze relacje, ale jeśli jej „to nie zabije”, to może napisz list? Wiesz, może i Tobie będzie łatwiej? Poczujesz się dojrzałym i dorosłym człowiekiem, który ma prawo do swojego życia, decyzji i szczęścia…? Ja i tak myślę, że Twoja mama to wie…
Dziś jesteś już dorosłym facetem, masz 38 lat. Czy jest łatwiej nawiązywać kontakty, relacje i związki?

37 dokładnie. Myślę, że z wiekiem coraz bardziej jestem dojrzały do poważniejszych relacji. Jednak w świecie gejów zainteresowanie facetami po 30 jest niewielkie. Panuje kult młodości, pięknego muskularnego ciała. Ja nie spełniam tych warunków. Myślę, że z wiekiem pod względem psychicznym i emocjonalnym jest coraz łatwiej, ale pod względem fizycznym coraz trudniej.

Ilu miałeś partnerów (matko, jak to brzmi ;)) i jakie to były związki? Wiesz, znam niewielu gejów, też tych w stałych, kilkunastoletnich związkach, ale zawsze zastanawiało mnie, dlaczego w większym procencie są to związki bardzo krótkie – do kilku miesięcy? Czemu tak się dzieje? Myślę czasem, że może chodzi o warunki w Polsce – nieakceptowanie innych orientacji seksualnych, ciągła nagonka i niemożność prowadzenia normalnego życia, czyli: „oficjalnego” mieszkania razem, wychodzenia do kina, na zakupy – trzymając się za ręce i w ogóle, nie ukrywając bycia w parze; wspólnych wyjazdów, spotkań z rodziną – robienia wszystkich rzeczy codziennych, które składają się na budowanie relacji. Jak Ty to widzisz?

W sumie partnera to miałem tylko jednego. Był to związek z góry skazany na niepowodzenie. Szymon był osobą,  która nie umiała pogodzić się ze swą orientacją. Ciągle chciał z tym walczyć. Miał problem z wyrażaniem uczuć, a nawet z ich przyjmowaniem. Niestety wszystkie pozostałe relacje były podobne. Brak akceptacji dla samego siebie i ucieczka, gdy rodziło się uczucie.
Myślę, że trafiasz w sedno z tą diagnozą o trudnej sytuacji w Polsce. To chyba determinuje krótkotrwałość związków. Ja sądzę, że geje to są często osobowości narcystyczne, które szybko się nudzą partnerem i potrzebują kolejnych wrażeń. To też może  mieć pewne znaczenie.

Wracając do poprzedniego pytania – czy nie ma na to wpływu też samoświadomość – czyli samoakceptacja? Ilu znałeś gejów (swoich partnerów też), którzy umieli żyć w zgodzie ze sobą, mając pełną świadomość, kim są i akceptują siebie?

Myślę, że samoakceptacja jest bardzo ważna w życiu, nie tylko gejów, ale każdego z nas. Wszyscy mamy wady, przywary, kompleksy, coś co chcielibyśmy zmienić. Niektóre rzeczy możemy, ale nie wszystko. Dlatego musimy je zaakceptować. Nie mamy wpływu na orientację, więc się z nią pogódźmy. Sami, z pomocą przyjaciół czy terapeuty, ale nie walczmy z naturą, bo stoimy na przegranej pozycji.
Niestety większość znanych mi gejów nie akceptowała siebie, co jest bardzo smutne.

Co Ci przeszkadza najbardziej w Polsce? W środowisku homoseksualnym może też? Co Ci przeszkadza w byciu szczęśliwym człowiekiem?

Zacznę od Polski. Drażni mnie zacietrzewienie ludzi, brak dystansu do siebie, brak uśmiechu w kontaktach z ludźmi (na ulicy, w tramwaju, w sklepie), obłudna i fałszywa religijność, małostkowość, nietolerancja tego co należy akceptować (np. homoseksualizm), tolerancja tego co naganne (np. jazda po pijanemu). W Polsce niestety wszyscy czują się uprawnieni, aby wtrącać się w Twoje życie.  Zarówno prawicowy polityk i biskup, będą Cię pouczać z kim sypiać, ile dzieci rodzić, jak i sąsiadka, która spyta: „to kiedy ślub?, kiedy drugie dziecko?” A do tego wszechobecne komentarze: „Ty powinieneś…” Niech każdy zajmie się swoim życiem i swoim sumieniem.
Co nie pasuje mi w świecie homoseksualnym w polskim wydaniu? Kult ciała i młodości. Obrażanie się. Rezygnacja z walki o kogoś. Nadmierne oczekiwania wobec drugiej strony przy jednoczesnym minimalnym wkładzie własnym w relację. Ty się staraj, a ja będę siedział i obserwował. Sorry, ale to nie gody u ptaków. Do tego brak elastyczności i gotowości do zmian – „taki jestem i się nie zmienię”. Ugruntowana tożsamość i bycie sobą są super, ale życie polega również na zmianach. To ciągła walka statyki z dynamiką. Ale ten temat, to chyba temat rzeka. Zostawmy to może na inny raz 🙂

Co Ci pomaga w codziennym  życiu, żeby nie czuć się „innym”? przyjaciele, rodzina? Co daje wsparcie, byś czuł się po prostu CZŁOWIEKIEM, niezależnie od orientacji seksualnej?

Ja chyba lubię czuć się innym, w pewnym sensie wyjątkowym. Są ludzie, dla których nie ma znaczenia orientacja. Wiem, że mam grono bliskich ludzi, którzy lubią mnie lub kochają za to jaki jestem (ale też wiem, że czasem drażnią ich moje wady), a nie za orientację. Trochę to banalne. Ale ludzi lubimy z różnych powodów, ze względu na ich życzliwość,  otwartość czy inne cechy charakteru, poczucie humoru, błyskotliwość, chęć do rozmowy na różne tematy itd. Dogadujemy się kimś albo nie. Czujemy miętę albo nie. Jakie znaczenie ma to, czy ktoś lubi pomidorówkę czy ogórkową, zielony kolor czy fioletowy, z kim sypia, jak spędza wakacje itd.

O, ciekawie to ująłeś.
Co do kolejnego pytania, zastanawia mnie, jaka była najgorsza rzecz, słowo, opinia, jakie usłyszałeś o sobie – jako osobie homoseksualnej (niekoniecznie skierowane dosłownie do Ciebie)?

Trudno mi wybrać te słowa, które były najgorsze. Irytuje mnie jechanie stereotypami, to jak ktoś pieprzy na temat gejów, jakby od lat studiował i zgłębiał tę tematykę, ale jednocześnie podkreśla, że żadnego geja nie zna. Bardzo boli utożsamianie gejów z pedofilami. Przypisywanie im jakichś najgorszych instynktów, seksoholizmu. Brzydzę się fałszywą tolerancją – „nie mam nic do gejów, ale niech się z tym nie obnoszą”. Oczywiście potworne są komentarze o gazowaniu czy paleniu gejów i tępieniu ich.
Ale najbardziej dotyka mnie, gdy słowo gej czy pedał używane jest by obrazić kogoś, kto wcale nie musi być homoseksualny. Pamiętam kilka lat temu zwiedzałem sobie Kłodzko. Miałem na sobie różową polówkę. Pamiętam, wchodziłem do jednego z kłodzkich kościołów, gdy usłyszałem krzyki kilku nastolatków „Eee gejuuu. Ty w różowej koszulce”. Niby nic, ale efekt jest taki, że do pięknego Kłodzka nie chcę już wracać…

Nie wiem, czy dobrze pamiętam… Chciałam zapytać o Twoją próbę samobójczą… Co takiego działo się w Tobie, że doprowadziło do chęci odebrania sobie życia?

Nie miałem prób samobójczych, a jedynie myśli. Jak mówiłem, leżałem w łóżku i marzyłem o spotkanym chłopaku, a po chwili mówiłem sobie, że to straszne, że to niemożliwe, że to nie może być prawdą. Wtedy przychodziła taka myśl, a co tam. Pomyślę sobie jeszcze chwilę o facetach. Przecież nie ma w tym nic złego. Mam nad tym kontrolę. A co jeśli będę gejem? Najwyżej się wtedy zabiję. Tak zabiję się, bo nie zniósłbym życia jako gej. Tak pofantazjuję, że całuję się z tym chłopakiem z autobusu, ale jak za kilka lat okaże się, że wolę facetów to się otruję  lub rzucę pod pociąg…

Dlaczego tak o sobie myślałeś???

Dlaczego myślałem o samobójstwie? Wydawało mi się, że będąc gejem nie sposób jest żyć i funkcjonować. Wydawało mi się to niemożliwe. To nie mogła być prawda. To nie to, że obawiałem się reakcji społeczeństwa, nawet o tym się nie zastanawiałem. Po prostu myślałem, że to koniec świata, coś tak strasznego, z czym nie można żyć. Kim jest facet któremu podobają się mężczyźni? Nie chyba nie myślałem, że to ktoś gorszy. Nie rozpatrywałem tego w kategoriach dobra i zła. Trudno mi to wyjaśnić.

Dziękuję za rozmowę. Trzymaj się.


(*Michał Witkowski – polski pisarz, felietonista, ur. 17 stycznia 1975 r. we Wrocławiu)


Lifestyle Związek

Dwa miesiące z życia kobiety. To nie takie proste

Małgorzata Rubin-Bedra
Małgorzata Rubin-Bedra
17 lipca 2016

Dobra, dokonało się, 9 czerwca stuknęła czterdziestka, od której tak wiele miało się zmienić, ulepszyć, nabrać innego smaku, etc.
Cóż… Już sama nie wiem, czy to tzw. perimenopauza (hasło znalezione w książce o etapach życia kobiety, a otrzymanej od innej kobiety właśnie na TE urodziny (sic!)), czy też skutek powrotu do tabletek antykoncepcyjnych po dłuższej przerwie. Objaw był jednak wątpliwie przyjemny – permanentny wkurw.

Oczywiście, najbardziej i najmocniej wkurzał mnie na każdym kroku mój własny mąż. Matko… Reagowałam ostro i chyba niezbyt adekwatnie, za mocno, na każdą konfliktową sytuację. No, bo sorry, ale jeśli jedziemy rowerami do Wigier, przez Wigierski Park Narodowy, a on zaciekle twierdzi, że WIE, którym szlakiem, mimo, iż z moich map i GPS-u, wynika INACZEJ. To w rezultacie skutkuje tym, że jedziemy złą drogą, nadrabiamy kilka kilometrów – to naprawdę, sorry, ale to było wkurzające(!). Więc pokrzyczałam sobie. Bo dla mnie logiczniejsze jest, że jeśli się czegoś nie wie na 100% (np. właściwej drogi), to nie wmawia się drugiej osobie, że ona nie ma racji, bo to na pewno tamten szlak.

Albo druga sytuacja. Z tego samego miejsca i czasu. Słyszę, że źle wchodzą tylne przerzutki w moim rowerze. Pytam więc męża, czy też słyszy i co z tym zrobimy? W odpowiedzi pada znowu pewne siebie i swojej racji: Wszystko jest OK. A za kilkaset metrów, podczas pedałowania pod górę, spada mi łańcuch, wywalam się z impetem na bok (system SPD, przypięta butami do pedałów), a siodełko wbija mi się w dwóch miejscach w pośladek (mam zdjęcia wielkich krwiaków, dla chętnych i niedowiarków). Więc??? Więc jak mam się nie irytować, skoro ZNOWU „przez niego”? Żeby mówił: „Nie wiem, kochanie, nie znam się na tym”, to zrozumiałe. Ale nie, on był za każdym razem pewien na 100%. I jakoś tego wszystkiego moje hormony nie były w stanie znieść, wariowały… Trwało to długo, bo z półtora miesiąca co najmniej, nakładały się na to inne, trudne życiowe sytuacje. I też już nie wiem, czy ze zmiennej pogody, czy też z częstego „darcia ryja” na męża – po powrocie z Suwałk, siadło mi gardło i krtań.
Najgorsze w burzy hormonów (tak to nazwijmy roboczo, bo kto wie, co, kiedy i z czego wynika w zachowaniu i reakcjach kobiety) była świadomość. Świadomość tego, co się dzieje, że staję się zrzędząca i ciągle „drąca ryja”. I że dookoła wszystko tak wkurza i irytuje…

O! Do tego psychoterapia. Matko… Ciągniemy terapię małżeńską od prawie 1,5 roku (z przerwą), a od kilku miesięcy tzw. trening umiejętności komunikacji. Super. Świetna sprawa, konkrety i tyle można się nauczyć. A nam zależy, bo się kochamy, bo przecież nikt nie pochodzi z idealnej rodziny z idealnymi wzorcami, bo lubimy generalnie być ze sobą, bo mamy wielką wspólną pasję (rowery) i tak wiele nas łączy. Ale… Do cholery, w którym punkcie, w którym momencie, spotkać się z facetem-introwertykiem, który nie reaguje (w ogóle) na pięć razy powtarzane zdanie (prośbę, oczekiwanie, potrzebę, cokolwiek)? Zdanie, wypowiadane poprawnie, nie podniesionym głosem, normalnie, jak do normalnego człowieka, w dodatku w tzw. „komunikacie JA”. I nic, zero, żadnego: „Za chwilkę”, „Słyszę, co do mnie mówisz” albo „Nie bardzo teraz rozumiem, pogadajmy za godzinę”. Nic. Ściana. Reaguje na bardzo podniesiony głos i przekleństwo (bo przecież po sześciu próbach zaczynam się denerwować, czuć nieważna, ignorowana). Podniesiony mój głos i „ku*wa”… wtedy J. reaguje, mówi, że nie będzie w ten sposób rozmawiał i tego słuchał, bo krzyczę i przeklinam. No, ku*wa…(!)

Aha. Przyszła jeszcze jedna świadomość. Że te 40 lat, to jakoś dużo. Że jestem „stara” i powinnam sobie już radzić z życiem, z trudnymi sytuacjami. Że teraz to jakoś tak żenująco wygląda, gdybym poszła do swojej pani psycholog i żaliła się (płacząc), jak to np. rodzina mnie wkurza, bo wyznaczają mi nadal tę samą rolę, co zawsze, że przyjaciółka zamieszkała w Hiszpanii, druga nie ma prawie czasu, a własny mąż jakoś nie umie mnie wspierać tak, jakbym chciała i w ogóle – nie jest idealny i taki, jakbym chciała.

Cóż… Tak jakoś inaczej ten przełom się zapowiadał 😉

P.S. Jeden pozytyw jest wciąż aktualny – nadal nie wyglądam na 40 lat :)))
(konkluzja wynikająca ze słyszenia opinii innych osób 😉


viagra brest

Купить Сиалис супер актив

http://220km.net