Związek

Małżeństwo z terminem ważności. Warto odświeżać związek

Żaklina Kańczucka
Żaklina Kańczucka
5 października 2019
Fot. Pixabay / CC0 Public Domain
 

„I ślubuję Ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz, że Cię nie opuszczę aż do śmierci…” Nawet przymierzając ślubną kreację, przyszłe panny młode powtarzają w myślach jak mantrę słowa przysięgi. Przeżywają to bardzo, bo nie da się myśleć obojętnie o tym, co z założenia obiecuje się partnerowi na resztę życia. A jaką to ma na początku moc! W zdrowiu i w chorobie, w bogactwie i w biedzie… Tyle optymistycznych założeń, bo życie po swojemu weryfikuje, ile warte były te słowa.

Aż do śmierci (miłości)

To, co na początku wydaje się być rzeczą, która was nigdy nie będzie dotyczyć, staje się i waszym udziałem. Zdejmujesz różowe okulary, znasz już ból życia i szarą codzienność, w której o fajerwerkach możesz jedynie pomarzyć przy okazji Sylwestra. Zamiast tego masz pakiet wkurzających „przyjemności”. Bo on chrapie, zostawia okruchy na stole i zachowuje się tak, jakby obsługa odkurzacza była zupełnie ponad jego intelektualne możliwości. Nijak nie przypomina tego uroczego przystojniaka, który bił się o ciebie pod szkołą.

Ostrzegała babka i matka, ale machałaś ręką na takie gadanie, w końcu ty miałaś mieć lepiej. A teraz? Nawet łóżko bywa poligonem nie tyle miłosnym, co walki o wpływy. Kto uczyni  komu przyjemność i jak często? Koniec końców, on szuka pornografii w internecie, a ona  funduje celibat, bo jakoś trzeba ukarać męża. Lub na odwrót. No i kończy się miłość, a wtedy zamiast liczyć czas od rocznicy do rocznicy, odliczacie dni do rozprawy rozwodowej.

To przykład ekstremalny, ale biją po oczach dane w badaniach dr. Piotra Szukalskiego, demografa z Uniwersytetu Łódzkiego, że co trzecie polskie małżeństwo kończy się rozstaniem. Policz po sąsiadach z założeniem, że wy przetrwacie, to ci spod trójki, szóstki, dziewiątki, statystycznie nie mają szans. Dużo? A pomyśl jeszcze, że nikt z decydujących się na małżeństwo nie staje przed ołtarzem z myślą, że przecież i tak weźmie rozwód. Na logikę, poza marnowanym czasem, nawet pod kątem ekonomicznym, szkoda kasy na taką imprezę, bo do najtańszych ona nie należy. Kiedyś przysięga zobowiązywała, normy społeczne były bardziej konserwatywne, kobiety mniej niezależne, więc i skala rozstań była mniejsza. Przykłady pokazują, że  podziękować sobie zaledwie po kilku latach, to żaden problem. „Nie, bo nie” i niech obrączką pierwszy rzuci ten, kto choć raz nie chciał pójść na łatwiznę.

„Termin ważności” nieokreślony

Jeśli nie przyłożycie się do tego, aby dostrzec pierwsze objawy zepsucia, możecie się poważnie zatruć i bardzo ucierpieć. Zapytajcie swoich rozwiedzionych znajomych, od kiedy zaczęło się wszystko pieprzyć. Idę o zakład, że to raczej nie stało się w ciągu jednego dnia. A takich historii bez happy endu jest całe mnóstwo – Był ślub i huczne wesele – wspominała Anka, uczestnicząca w terapii małżeńskiej – Piękni, młodzi, choć niebogaci mieliśmy siebie i to wystarczyło. Przyszły problemy z brakiem pracy, pieniędzmi. Serio, miałam dość, bo on zamiast ruszyć się do pracy, wolał szlajać się z kumplami. Nie tylko wydawał resztki pieniędzy, ale znalazł sobie pocieszenie na boku. W sumie mogłabym kopnąć go za to co zrobił, ale nie umiem tak tego zamknąć. Szkoda mi wspólnych lat. Czy się uda? Nie wiem.

U innych też zaczyna się niewinnie. Brak czasu, rozmowy o niczym, bo przecież nie da się ze sobą gadać, jeśli w tle brzęczy telewizor. Kłótnie o dzieci, zajęcia na basenie i te cholerne okruchy. A zamiast realnego życia internet, z którego ty się dowiadujesz, co słychać u ślubnego na ścianie Fb. Znak czasów? Nie sądzę, nikt nie broni wam żyć. A nie chce się już wielu wysilać w realu, wystarczy w wirtualu pościemniać, jak macie fantastycznie.

Czas na odświeżenie związku

I nie chodzi o wyścig do kościoła, by odnawiać przysięgę małżeńską, choć w sumie dlaczego nie? Wy wiecie, co sprawia wam przyjemność. A czy wiecie, jak sprawić radość partnerowi ? Kawa z rana, śniadanie, zwykłe czułe „dzień dobry skarbie”, gdy wyskakujecie z łóżka spóźnieni o godzinę. Zależy od nastawienia, chcieć to móc, naprawdę. Ci, którym udało się reanimować związki, dziwią się, jak niewiele do szczęścia trzeba – kwiaty, sms w ciągu dnia, wyjście wieczorem bez dzieci, nawet jeśli to wymagało proszenie teściowej o pomoc. „Czułam się jak idiotka wychodząc z mężem na randkę poza domem, a to zupełnie inny klimat, niż zamówiona kolacja z pizzerii. I zamiast siedzieć w gaciach i podomce przy stole,  oboje musimy się postarać”, albo  „kurcze, szlajaliśmy się po mieście nocą, znów czuliśmy się jak nastolatki” – to można usłyszeć od wielu kobiet, a one już wiedzą, o jakiej różnicy mówią. Korona z głowy nie spadnie, za to takie drobnostki, randki jak za szczenięcych lat dodadzą uroku, a także rumieńców na twarzy, bo przecież jeśli macie piękne wspomnienia sprzed ślubu, nic nie stoi na przeszkodzie, abyście nad takimi pracowali po ślubie. Tak aby było tak pięknie jak w tej ślubnej przysiędze „i że cię nie opuszczę aż do śmierci.”


Związek

Żel intymny – słowo grozy. Halo, nie ma się czego wstydzić! Przecież chodzi o dobry seks i komfortowe życie

Hanna Szczygieł
Hanna Szczygieł
6 października 2019
Fot. iStock
 

Żel… jaki? Żel intymny? Ciiii. Przecież o tym się głośno nie mówi! To nic, że „Badania naukowe wykazały, że około 30% kobiet ma problemy, do których oficjalnie wstydzi się przyznać”. Lepiej o tym nie mówić. Od okolic intymnych niedaleko do seksu, prawda? No właśnie. Seks nie jest już tematem tabu. A problemy intymne kobiet – jak najbardziej tak, temat zakazany, wstydliwy. Chodzimy ze sobą do łóżka, ale panicznie się siebie wstydzimy, a co dopiero „ktoś obcy”?

Hola, hola drogie Panie! Nasza intymność wymaga takiej samej dbałości, jak reszta ciała. I co roczna kontrola podwozia u ginekologa z cytologią w pakiecie – wcale nie zamyka tematu. Pora dowiedzieć się czegoś więcej. Żel intymny, to nie tylko seks zabawka.

Nie tylko do łóżka

Żel intymny – a raczej żele, bo jest ich naprawdę wiele rodzajów – nie służy tylko łóżkowych igraszek. Wybierając wyrób medyczny można zyskać nieco więcej. Na co działa taki żel?

Prawie każda kobieta w swoim życiu doświadcza jakiegoś intymnego dyskomfortu. Obtarcia, stany zapalne, uszkodzenia, uczucie suchości. Czasem mogą być efektem urazu lub zabiegu ginekologicznego, innym razem są związane z naszą kobiecą fizjologią – na przykład . Nawet stosowanie antybiotyku może prowadzić do zaburzenia równowagi w intymnych okolicach i przykre dolegliwości nas nie ominą. Warto właśnie wtedy nieco sobie ulżyć.

Kiedy okaże się pomocny?

• po antybiotykoterapii,
• po leczeniu, któremu towarzyszy także suchość
pochwy,
• w nawracających podrażnieniach,
• w zaburzeniach hormonalnych,
• w okresie menopauzy,
• po porodzie i zabiegach,
• w przypadku bolesnych stosunków,
• przy suchości śluzówki pochwy spowodowanej stresem,
jak również wiekiem i niedoborem estrogenów,
• w stanach zanikowych błony śluzowej oraz niedostatecznego nawilżenia lub
jego braku w tym w dystrofii po usunięciu przydatków, po chemio- i radioterapii.

Jednym ze składników „aptecznych”– ułatwiający odnowę komórek nabłonka.

Jednym z głównych czynników decydujących o zdrowiu intymnym każdej kobiety jest odpowiednie nawilżenie pochwy. Wówczas stanowi ona zrównoważone środowisko życia wielu rodzajów bakterii. Najliczniejszą grupą mikroorganizmów tworzących prawidłową florę bakteryjną okolic intymnych są bakterie mlekowe, które ograniczają rozwój bakterii wywołujących infekcje.

Suchość pochwy jest tematem tabu – co jest dość zaskakujące, bo nęka nas bardzo często – bez względu na wiek. Może nawet występować, jako nieprzyjemny skutek uboczny antykoncepcji hormonalnej. O dziwo, jest to tak naprawdę nie tylko kobiecy problem – również panowie odczuwają skutki (nie tylko fizyczne) tej przypadłości. Oprócz dyskomfortu czy nawet bólu podczas współżycia, panowie zwyczajnie tracą pewność siebie. Nasi partnerzy traktują sprawę bardzo ambicjonalnie – odnoszą wrażenie, że nie potrafią pobudzić swojej ukochanej.

Seks-klasówka

A kiedy zaprosić żel intymny do sypialni? Po pierwsze – jeśli mamy intymne dolegliwości, będzie on naturalnym gościem. Ale żele można stosować również jako seksualny gadżet.
Jakie jeszcze żele (poza tymi medycznymi) można znaleźć w sklepach i jak działają?

Pobudzające (rozgrzewające)

Nie da się ukryć, że ten rodzaj może podgrzać temperaturę w sypialni. Jednak ostrożnie – mogą też dać popalić. Ponieważ rozgrzewają mocno – mogą wpłynąć na przyspieszenie miłosnej akcji (uwaga panowie – może warto najpierw wypróbować sam na sam).

Przedłużające stosunek

Tu sprawy mają się wręcz odwrotnie. Żel ma za zadanie przedłużyć łóżkowe przyjemności. Jak działa? To dość proste – delikatnie znieczula. Może to być nie do końca efekt pożądany dla pań. Lepiej, gdy partner użyje go wewnątrz prezerwatywy.

PS: Nie stosujcie do seksu oralnego 😉

2 w 1 i smakowe

To typowe żele zabawowe. Do masażu i seksu oralnego. Do wyboru, do koloru. To już świat seks-zabawy.

Babskim okiem

Z damskiego punktu widzenia – chyba zawsze lepiej po udać się do apteki, a nie seks shopu. A już na pewno, gdy kupujemy go z potrzeby, a nie chęci zabawy ;). Jeżeli stosowanie żelu jest dla ciebie bardzo krepujące – ułatw sobie życie, przy zakupie zwróć uwagę chociażby na zamknięcie opakowania – zdecydowanie łatwiej użyć żelu zamykanego na „klik”, niż z tradycyjną zakrętką.


Artykuł powstał we współpracy z


Związek

Złość ma złą reputację, a przecież wcale nie musi być „zła”. Wręcz przeciwnie! Nie obawiaj się jej okazywać

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
5 października 2019
Fot. iStock/knape

O tym, dlaczego kumulujemy złość, dlaczego złościmy się na rozrzucone skarpetki, na innych ludzi i czy mamy prawo złościć się na swoje dzieci rozmawiamy z psychoterapeutą Pawłem Malinowskim. Tym samym rozpoczynamy cykl o emocjach trudnych i tych, które niełatwo nam okazywać.

Ewa Raczyńska: Czy Pana zdaniem kobiety często się złoszczą?

Paweł Malinowski: Nie wiem czy kobiety mają jakąś specyficzną skłonność do złości, różnice łatwiej zauważyć w jej wyrażaniu. Będzie to jednak zależało od pokolenia lub grupy społecznej. Sposób złoszczenia się kobiet i mężczyzn wynika w znacznym stopniu z uwarunkowań kulturowych i budowy fizycznej (np. mężczyźni mają więcej siły fizycznej i testosteronu do walki). Tradycyjnie u kobiet ceniono pewną powściągliwość i gotowość do ustępowania, co szło w parze z niezłoszczeniem się jawnie. Trudno wyzbyć się złości w ogóle, choć jak wszystko tak i gniew da się stłumić. Jednak dzieje się to sporym kosztem, więc nie warto próbować.

Częściej spotyka Pan na gruncie zawodowym, jak i prywatnym kobiety furiatki, czy jednak te tłumiące złość?

W porównaniu z tym, jakiego kiedyś zachowania oczekiwano po kobietach, teraz dużo się zmieniło, a formy wyrażania złości, także te ostre, są bardziej wspólne dla mężczyzn i kobiet. Młode dziewczyny mogą kląć czy szarpać się jak chłopcy. Spotykam więc kobiety różne, złoszczące się zbyt łatwo i w trudny do zniesienia sposób, ale też takie nie mogące się złościć albo okazywać złości, a również te, które złoszczą się z umiarem, jasno stawiające granice.

Czy ich złość jest adekwatna do sytuacji, bywa konstruktywna, zmusza do działania, czy wręcz przeciwnie, działa niszczycielsko?

Różnie to wygląda u samych kobiet, tak jak u mężczyzn, w ogóle jak patrzymy na ludzi. Złość jest wyraźnym sygnałem niezaspokojonych potrzeb oraz wyraża dążenie do zmiany sytuacji, tak, żeby potrzeby zostały zaspokojone. Jest więc rodzajem reakcji obronnej, chroniącej nasze potrzeby. Ślepa złość rani, bo jest impulsywna i pozbawiona empatii, nie widzi drugiego człowieka. Konstruktywna jest wtedy, gdy istnieje wewnętrzna zgoda na jej odczuwanie i można ją utrzymać w sobie bez natychmiastowego rozładowania ani tłumienia. Wtedy łatwiej nią pokierować. Taka uważność na własne uczucie to warunek wstępny, żeby zrozumieć co w nas wywołuje złość, a tym samym zorientować się, które z naszych potrzeby są zaniedbane.

Wtedy jesteśmy w stanie przekuć ją na coś pozytywnego?

Tak, wtedy można skorzystać z energii złości, bo złość daje siłę i energię. Pomaga postawić granice, wyrazić potrzeby, nie zgodzić na coś. Pomaga mówić jasno co i dlaczego jest dla nas ważne. Bywa jednak tak, że w momencie pojawiania się złości stajemy się napięci, bierni czy bezradni albo płaczliwi, ale wtedy nie działa już sama złość, tylko uruchamiające się nieświadomie mechanizmy służące jej unikaniu. W innych przypadkach złość jest gwałtownie i nazbyt brutalnie rozładowywana, co krzywdzi osoby, do których jest skierowana.

Czy właśnie dlatego nie chcemy okazywać złości? Dusimy w sobie te emocje? Często słyszę od moich przyjaciółek, że przysłowiowa żyłka im pękła i zrobiły awanturę o wszystko, nawet o rzeczy sprzed pół roku.

Często obawiamy się złości z powodu nieświadomych doświadczeń z przeszłości, czyli tych, które pamięta nasz „mózg emocjonalny” (ta część, która nie posługuje się językiem, tylko pamięta koloryt emocjonalny przeżyć) i traktuje jako wskazówkę na życie. Chociaż świadomie często trudno nam sobie przypomnieć fakty, okoliczności, w których odbieraliśmy tę lekcję życia. Najczęściej boimy się siły niszczącej złości, jeśli w naszej przeszłości powodowała ona znaczne problemy w relacji z rodzicami. Oni obrażali się, odtrącali okazując cierpienie, czy odpowiadali wybuchem, zbyt gwałtownie, a my uczyliśmy się, że z tej złości wynikają same złe rzeczy. Bo strach o relację z rodzicami i między nimi jest zawsze dużym problemem dla dziecka. Taką już mamy wbudowaną biologiczną i psychologiczną zależność od rodziców.

Źle myśleć o złości uczymy się też, kiedy nie umiemy wyrażać jej w konstruktywny sposób. Wtedy raz po raz wychodzi na to, że do dobrych rzeczy ona nie prowadzi. Co ciekawe, w języku polskim złość jest bardzo blisko słowa „zły”. Byłem zły w sensie uczucia, emocji i byłem zły w sensie oceny etycznej moich czynów czy mnie samego. To niefortunne, bo złość załapuje się na złą reputację. Już językowo. Z tej perspektywy zręczniej byłoby mówić zagniewany versus zły, ale zagniewany to mniej popularne słowo obecnie.

Często, chociażby podczas terapii małżeńskich pada ze strony zaskoczonego mężczyzny: „Nigdy mi tego nie mówiłaś.” I dopiero wtedy on dowiaduje się, że ją złościły skarpetki w salonie, kubek nieodstawiony do zlewu, mnóstwo szczegółów, które złożyły się na duży problem. Czy ma to związek z nieumiejętnością wyrażania złości?

Niemówienie latami o sprawach, które dają się we znaki to zawsze problem. To nie tylko problem z wyrażaniem złości, to także problem z wyrażaniem swoich potrzeb. Takie rozwiązanie nie sprawdza się na dłuższą metę. Zwłaszcza, jeśli przemilczamy coś tylko ze strachu. Choć mogę sobie też wyobrazić, że ta kobieta z przywołanej terapii mogłaby nie mówić o tych drobiazgach także z dobrych intencji, kiedy sama uważała, że przesadnie się tym przejmuje i nie chce zadręczać partnera. Jednak wtedy byłaby na to wewnętrzna zgoda i nie kumulowałaby się złość.

To dość skomplikowane, bo w rzeczywistości nawet świadoma intelektualna zgoda w stylu: „Odpuszczę te skarpetki, bo czepiam się bez sensu” to jedno, a emocje ciągną w dokładnie przeciwnym kierunku. I wtedy, tak naprawdę, zgody nie ma i złość może się w nas kumulować.

Kolejna sprawa to „czepianie się drobiazgów”, zafiksowanie uwagi na nich – kubek nie tam, buty nie w szafce. Czasem jest w tym rodzaj kompulsji, nad którą kobieta nie panuje. Musi to powiedzieć, sama nie może się uwolnić od tych drobiazgów. One ją męczą i ona męczy nimi bliską osobę. I tu warto przyjrzeć się sobie, bo przymus reagowania zawsze w ten sam sposób w niezbyt ważnych życiowo sprawach to sygnał wewnętrznego problemu.

Mężczyźni tę naszą dbałość o szczegóły często uważają za kobiecą, przepraszam za słowo, „upierdliwość”.

Bo jako mężczyźni często nie doceniamy pewnej różnicy w przeżywaniu estetyki otoczenia. Kobiety są zwykle na to bardziej uwrażliwione i wypadałoby zrozumieć ich większe potrzeby w tym zakresie. Trochę inaczej opiekują się światem i to jest całkiem dobre, bo świat staje się lepszym miejscem dzięki nim.
Jeśli jednak każdy kubek „nie tam” powoduje, że zęby się zaciskają, to pomyślałbym o jeszcze jednej sprawie. Często te drobiazgi to tylko pretekst do wyzwalania złości, której przyczyna kryje się za ważniejszymi problemami w związku ciągnącymi się miesiącami, a nawet latami. I kiedy złość na mało ważne rzeczy przykrywa sedno problemu, to w efekcie dochodzi do poważnych, ale jałowych konfliktów. Fiksujemy się na drobiazgach i walczymy bez sensu o odstawiony kubek, zamiast skupić się na faktycznym problemie.

Jednak często kierujemy złość w stronę drobnych rzeczy – kopiemy drzwi, które się nie chcą zamknąć, gdy nam się spieszy, rzucamy nożem, bo nie jest wystarczająco ostry. Czy błędnie kierujemy swoimi emocjami? Dlaczego łatwiej „wyżyć się” nam na przedmiocie, niż poszukać faktycznej przyczyny naszej złości?

Łatwiej złościć się na przedmioty, bo mniej kojarzą się z relacjami z ludźmi, które nasz „emocjonalny mózg” pamięta. Czyli wtedy uruchamia się mniej lęku przed niszczącym dla relacji działaniem złości. Złość zmienia adresata, przedmioty zostają trochę spersonifikowane, a my tworzymy sobie wirtualną relację z nimi: „ten pieprzony nóż mi nie kroi”. Czyli jestem ja, jest on-nóż i nie chce mi kroić, czyli zaniedbuje moje potrzeby, lekceważy, nie daje czego ja chcę. A zwykle zaniedbane są inne ważne potrzeby w życiu, przez co obniżył się nam próg tolerancji na frustrację.

Czy kiedy czuje się pani radosna, naprawdę w środku zadowolona, rozluźniona to zdenerwuje panią taka rzecz jak tępy nóż? Nie, wtedy to błahostka, wystarczy wziąć drugi albo naostrzyć go. Ostrzenie też może być fajne, a czemu nie? Ale jeśli czuję, że żyję z mężem, z żoną obok siebie, brakuje mi zainteresowania bliskiej osoby, przyjaznego nastawienia, jestem zmęczony, spieszę się prawie codziennie, niedosypiam, nie mam czasu dla siebie, na poczytanie, spacer, cokolwiek – to wtedy „ten cholerny nóż nie chce mi kroić pomidora!” i walę nim o ziemię.

A co ze złością na dzieci? Nie jesteśmy ze stali, mi samej zdarza się wściekać, kiedy po raz kolejny proszę o wrzucanie brudnych ubrań do kosza. Tyle tylko, że w Polsce panuje kult Matki Idealnej, która przecież na dzieci złościć się nie będzie. Ma do niej prawo, czy nie ma?

Ma prawo, nie ma prawa – a kto ma go udzielić? Lepiej patrzeć na znaczenie sytuacji niż w analizować w kategoriach norm. Jest tyle ładnych norm, a ludzie ich co rusz nie przestrzegają. Mi się wydaje, że matka może się złościć, jak każdy inny człowiek. Bo przecież matka to też człowiek. Natomiast tak się składa, że ma obok siebie mniejszego człowieka, mocno reagującego na tę złość. I to trzeba uwzględnić. Dlatego warto odpowiedzieć sobie na pytanie, jak często się złoszczę, w jaki sposób to robię, jak długo to trwa. Czy kiedy złoszczę się o bałagan w pokoju, to umiem to nazwać wprost i złość mi przechodzi, czy może mam zaraz dość tego dzieciaka w ogóle i dopiekam mu obraźliwie.

Jest jednak różnica między: „No piany zaraz dostanę, czemu te rzeczy nie mogą znaleźć drogi do kosza” a „Ty bęcwale, wpędzisz mnie do grobu”. Niszczące jest też karanie dystansem, niechęcią i ciszą. Ale to coś innego, niż zapowiedź: „Sorry, muszę wyjść na chwilę ochłonąć”. Poza tym reszta relacji z dzieckiem, poza momentami złości, ma wielkie znaczenie. Jeśli mamy dobry kontakt, lubimy się, rozumiemy, gadamy, żartujemy – to umiarkowana złość nie powinna być wielkim problemem.
Ale kwestia złoszczenia się na dzieci dotyczy tak samo ojców, także cały powyższy komentarz odnosi się tak samo do tatusiów.

Różne przestrzenie otwieramy dla złości. Złościmy się przecież także (albo tylko) na siebie, że znowu nie schudłam, nie podołałam diecie, że jestem zbyt mało zorganizowana, czy ta złość jest destrukcyjna?

Tu jest subtelne, ale bardzo ważne rozgraniczenie: kiedy coś w moim postępowaniu rozczarowuje mnie, to czy złoszczę się na siebie czy na swoje ograniczenia. To fundamentalna różnica. Jak złoszczę się na siebie, to atakuję siebie, krytykuję, tracę do siebie sympatię. To niszczące. Jeśli złoszczę się na swoje ograniczenia, to wciąż widzę tą siebie, która jest fajnym człowiekiem, tyle, że ze słabościami. Wtedy mam dobrą relację ze sobą, to znaczy ten fajny człowiek może chcieć sobie samej pomóc przezwyciężyć słabości. Mogę się zaopiekować sobą, ruszyć do działania zamiast sobie dokopywać.
Inna sprawa, że możemy mieć też po prostu zbyt duże wymagania wobec siebie, co spowoduje częste rozczarowania.

A dlaczego złoszczą nas inni ludzie?

Bo wychowaliśmy się wśród ludzi, oni byli potrzebni do przetrwania. I tak zostało, że od innych ludzi zależy zaspokojenie części naszych potrzeb w życiu. Kiedyś, u małego dziecka właściwie wszystkie potrzeby były w rękach opiekunów. Jesteśmy więc relacyjni, potrzebujemy interakcji z innymi. Te relacje muszą mieć odpowiednią jakość, żebyśmy mogli poczuć się dobrze. A ludzie zawodzą, nie są idealnie dopasowani i wtedy pojawia się frustracja. Złość, jak każda inna emocja, to system szybkiego ostrzegania, źródło błyskawicznych danych o własnej sytuacji. „Jestem ignorowany”, „brakuje mi życzliwości”, „nie podobam się”, „tęsknię za czułością” są sygnałami zachwiania w relacji.

Sygnałami zagrożenia, na które uruchamia się złość i daje znać, że trzeba coś zmienić. Kiedy jest konstruktywna, może pomóc naprawić tę sytuację – czasem wystarczy powiedzieć o swoich potrzebach, jakoś zaprosić do kontaktu. Często jednak złość, albo nie jest wyrażana konstruktywnie – na przykład zbyt atakująco, a czasami uruchamia się zbyt łatwo, co wprowadza nas w błąd sugerując nam co chwilę, że już coś poważnego i złego dzieje się w relacji. Jeśli tak nadinterpretowujemy drobne niedopasowania w relacji, to kosztem jest wiele czasu spędzane w poczuciu zagrożenia, którego właściwie nie ma. I rozliczanie bliskiego człowieka z win, których nie popełnił. Wtedy zagrożenie istnieje bardziej w naszym umyśle, niż w sytuacji zewnętrznej. Jednak problemem będzie też przeciwna sytuacja, kiedy bagatelizujemy różne zaniedbania emocjonalne, które nas spotykają i latami biernie żyjemy w podskórnej frustracji, która zatruwa radość życia.

Zatem co jest lepsze dla funkcjonowania człowieka i jego zdrowia – złoszczenie się i wyrzucanie z siebie tej złości – przez chociażby awanturę, tłuczenie talerzy, czy jej tonowanie, praca nad sobą tak, by złość nami nie kierowała?

Patrząc w dłuższej perspektywie, wiele zależy od tego jak wyrzucamy tą złość. Ale nawet impulsywne rozładowanie złości pod jednym względem doraźnie jest zdrowsze, niż jej długotrwałe tłumienie, bo nie powoduje napięć w ciele i złych zmian metabolicznych. Powoduje jednak szkody, bo zastrasza i krzywdzi innych ludzi, wywołuje poczucie winy w nas samych i przez to na dłuższą metę też zatruwa. Dlatego długoterminowo patrząc na nasze życie i relacje to właśnie praca nad sposobem doświadczania złości oraz nad jej wyrażaniem jest lepszym rozwiązaniem. Lepiej mieć miejsce w sobie na złość, czyli móc ją odczuwać i skupiać uwagę na tym odczuciu, rozumieć co ją wywołuje i wybierać sposób jej wyrażania. Ale warto też pamiętać, że czasem jest też miejsce na impulsywne i gwałtowne wyrażanie złości, choćby przy obronie w sytuacjach zagrożenia życia czy zdrowia, albo kiedy to tłuczenie talerzy jest kulturowo akceptowane i wszystkim się w zasadzie podoba.

Samodzielna praca nad emocjami jest możliwa w pewnym zakresie, w niektórym momentach bywa jednak zbyt trudna. Niełatwo samotnie odkrywać i przekraczać wszystkie swoje uwarunkowania. Jesteśmy relacyjni, potrzebujemy pomocy w trudnych zadaniach. Wtedy można korzystać z warsztatów czy psychoterapii.

Dziękuję za rozmowę.

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne

Paweł Malinowski, certyfikowany psychoterapeuta PTP, prowadzi psychoterapię indywidualną i grupową, a także warsztaty umiejętności psychologicznych, w tym warsztaty „Natura złości – czyli kiedy złość niszczy, a kiedy buduje” w Laboratorium Psychoedukacji w Warszawie.


Zobacz także

Cztery nieoczywiste sprawy, na które nie powinnaś pozwalać facetowi

Dlaczego nie odejdę? Opowiem ci o moim małżeństwie

Na dobre i na złe, w zdrowiu i w chorobie. Jak nas zmienia małżeństwo

http://pharmacy24.com.ua