Lifestyle Zdrowie

„Weźcie się wreszcie do roboty, a nie świrujcie…”. Czy ktoś może mi wytłumaczyć, dlaczego zamożni, młodzi ludzie ryzykują życiem?

Joanna Ćwiek
Joanna Ćwiek
29 listopada 2016
Fot. iStock / aetb / igor_kell
 

„Ceremonia kambo” to jeden z najmodniejszych ostatnio sposobów oczyszczania organizmu, usuwania z niego chorób i przywracania harmonii między ciałem a duchem. Koszt ok. 250 zł. Za te dwie i pół stówy uczestnicy ceremonii mogą sobie do woli, za przeproszeniem, rzygać. W towarzystwie innych osób zakochanych w medycynie naturalnej.

Co wyrzygają? To zależy od koloru wymiocin. Potem szaman razem z uczestnikami analizuje zawartość wiaderka i mówi o problemach zdrowotnych uczestnika.

W ostatnich dniach nie ma chyba gazety, portalu czy stacji telewizyjnej czy rozgłośni radiowej, która by nie wspomniała o jadzie amazońskiej żaby wykorzystywanej właśnie do kambo.

Tyle, że owe wzmianki nie dotyczą bynajmniej cudownego działania jadu. Media donoszą o śmierci 30-letniej Haliny T., która najprawdopodobniej zmarła po zażyciu pigułki z jadem żaby.

Moje pytanie jest takie: czy ktoś może mi wytłumaczyć, dlaczego zamożni (wnioskuję po kosztach), młodzi ludzie ryzykują życiem (przed zażyciem jadu podpisuje się oświadczenie, że robią to na własna odpowiedzialność) spotykają się w sobotę wieczorem, by sobie wspólnie porzygać?

Nie rozumiem tego tak samo, jak nie potrafię zrozumieć rodziców małej, zaledwie półrocznej Magdy z Brzeznej, którą rodzice tak długo leczyli według wskazówek lokalnego znachora, że dziecko zmarło. Znachor leczył wysypkę u dziecka nakazując odstawienie karmienia piersią i w zamian kazał podawać dziecku rozwodnione kozie mleko. Dziewczynka zmarła z głodu.

Głód jest dziś modny. Sprawdziłam. Wczasy z głodówką kosztują ok. 2 tys. zł za tydzień. Kurczę, głodna i wściekła na cały świat to ja mogę być w domu, a nie w wypasionym ośrodku. Może jestem dziwna, ale jak mnie ssie w żołądku, to ja się relaksować nie potrafię.

Tak samo nie rozumiem kobiety, której wpis widziałam ostatnio na jednej z parentingowej grup w internecie. Kobieta opisywała, że jej półtoraroczne dziecko ma właśnie krztusiec. Dla przypomnienia, to ta zakaźna choroba, która przed laty dziesiątkowała dzieci. Chore maluchy dusiły się i umierały.

Obecnie krztusiec występuje, ale nie jest już tak śmiertelny. Leczy się go i zapobiega zakażeniom za pomocą specjalnych antybiotyków. Ale mama wspomnianego dziecka lekarstw nie chciała mu podać. Dopytywała koleżanek w grupie, co ma zrobić, by ten wstrętny lekarz wespół z wyrodnym ojcem, uchronili dziecko przed antybiotykiem. To sama chemia. Ona chciała wyleczyć dziecko naturalnie. Ziółkami.

Kurczę, najgorsze jest to, że nikt z całej grupy nie powiedział jej wprost: kobieto, puknij się w łeb i się ogarnij, bo możesz stracić dziecko. Tylko wszyscy wspierali panią w antylekarskiej krucjacie.

Nie jest tak, że neguję medycynę tradycyjną. Pewnie, nie należy byle przeziębienia leczyć antybiotykami, bo mamy później problem z antybiotykoopornością. Lekarze coraz częściej zwracają uwagę na to, że ich zbyt częste stosowanie uodporniło drobnoustroje na działanie lekarstw. Rozumiem ludzi, którzy walczą o możliwość leczenia marihuaną padaczki lekoopornej czy jak były rzecznik SLD Tomasz Kalita o to, by można było za pomocą oleju z konopi leczyć ból w chorobach nowotworowych. I sama też miewam stawiane bański.

Nauka pokazuje, że są niektóre substancje, które dobroczynnie wpływają na organizm. Warto jeść szpinak, brokuły, nieprzetworzoną żywność i unikać tego, co zamiast składnikami odżywczymi nafaszerowane jest różnymi wzmacniaczami smaku i zapachu. Wierzę, że katar świetnie się leczy gorącą kąpielą, wodą z imbirem czy cebulą z miodem. A człowiek jest z pewnością zdrowszy, gdy się wysypia, nie stresuje i się rusza, a nie jak ja dziś – siódmą godzinę gniję przy kompie…

Ale nie łudźmy się, że uda nam się  wyleczyć choroby i całe zło świata za pomocą ziółek. Gdyby tak było, to nasi przodkowie żyliby wiecznie, a nie schodzili z tego padołu w wieku 35 lat w najlepszym wypadku.

Wkurza mnie, jak ktoś aplikuje sobie lub co gorsza dzieciom, jakieś podejrzane mieszanki ziółek twierdząc, że to przecież sama natura, że zioła nie zaszkodzą. Jeśli tak nie działają, to po cholerę to bierzesz? I skąd wiesz, co rzeczywiście dali ci do łykania szamani z Azji czy Afryki w ładnie wyglądającym gabinecie medycyny naturalnej. Wierzysz w państwo? Że niby jak by szkodzili, to by ich zamknęli? Naprawdę tak uważasz? To wiedz, że w Polsce nie potrzeba żadnych kwitów, by taką działalność prowadzić. Tak samo, jak możesz jeździć w Bieszczady na psylocybki. Kto ci zabroni żreć halucynogenne grzybki? No i przecież to sama natura. Niektórzy by pewnie rzekli, że zero chemii…;)

Pewnie na koniec powinnam wspomnieć o ruchu antyszczepionkowym. Fakt, przybywa ludzi, którzy rezygnują ze szczepienia swoich dzieci. Robią to jednak z różnych powodów. Są tacy, którzy raz zaszczepili, dziecko bardzo źle zareagowało na szczepionkę, przestraszyli się i nie szczepią. Trudno ich nie rozumieć.

Są też tacy, którzy uważają, że szczepienia zastąpi karmienie piersią, dieta tłuszczowa czy beztłuszczowa, brak glutenu, warzywka z działki. Nie wiem, w jaki sposób żywność miałaby przeciwdziałać zakażeniu tężcem, ale może są jakieś badania naukowe, które to uzasadniają. Nie widziałam.

Rosnąca popularność do alternatywnych metod leczenia z pewnością niepokoi. Ale wydaje mi się też, że jest to w jakimś stopniu skutek słabnącego zaufania do lekarzy. Kto z nas nie spotkał się z takim, który lekceważy pacjentów i leczy tak, że idziemy do niego w ostateczności, jak już brakuje w przychodni numerków. Co zresztą nie jest szczególnie trudne, bo w wielu przychodniach brakuje ich już przed ósmą rano, a w kolejce do specjalisty stoi się kilka miesięcy czy nawet lat.

Może więc warto by było wreszcie przebudować system opieki zwrotnej na taki bardzie sprzyjający pacjentom. Może by wtedy pole do popisu dla różnej maści znachorów, szarlatanów i magików z żabą w ręku było mniejsze.

A tym, którzy eksperymentują z własnym organizmem by znaleźć harmonię trzeba powiedzieć krótko: weźcie się wreszcie do roboty, a nie świrujcie w towarzystwie żab.


Lifestyle Zdrowie

Lubisz jazdę na nartach? Nie zapomnij o tej jednej ważnej rzeczy…

Redakcja
Redakcja
29 listopada 2016
Mat. prasowe
 

Co piąty Polak jeździ na nartach, ale nie wszyscy miłośnicy tej dyscypliny pamiętają o jednej z najważniejszych zasad bezpiecznej jazdy – o wkładkach do butów narciarskich. I chociaż wśród profesjonalnych sportowców to norma, wielu początkujących narciarzy znajduje mnóstwo wymówek, aby z nich zrezygnować.

„Nie mam problemów ze stopami, więc nie potrzebuję wkładek narciarskich”

Stopy w butach narciarskich są chronione poprzez sztywną skorupę, ale jednocześnie ograniczenie ich ruchomości powoduje, że nawet najdrobniejszy ruch przenosi się zarówno na nartę, jak i powyżej na kolano. Wiąże się to z ogromnym obciążeniem stawów kolanowych, co jest niebezpieczne nawet dla najzdrowszych narciarzy.

„Wkładki narciarskie zapewniają prawidłowe rozmieszczenie nacisku na przyśrodkowej części buta i wewnętrznej krawędzi narty, bez przeciążania kolan. Dodatkowo zapewniają idealne przyleganie stopy do buta i eliminują kątowe wady stóp np. koślawość. Oprócz tego powodują przyspieszenie reakcji nart na ruchy stopy, co gwarantuje lepsze dośrodkowanie
i kontrolę toru jazdy na krawędziach, a to może uchronić nas przed kontuzją, a nawet wypadkiem.”
– tłumaczy dr n. med. Joanna Stodolna-Tukendorf, fizjoterapeuta z

Mat, prasowe

Mat, prasowe

„Nie potrzebuję wkładek narciarskich, bo mam dobre, drogie buty”

Niestety, w butach narciarskich, nawet tych z najwyższej półki, znajdziemy płaskie, cienkie wkładki, które muszą pasować na każdego narciarza, a przecież wszyscy mamy inne stopy, rozkład wagi ciała i podbicie. Profesjonalne wkładki narciarskie powinny być  spersonalizowane i wykonane w gabinecie podologii ortopedycznej.

„Wykonanie wkładek ortopedycznych dla narciarzy poprzedza komputerowe badanie stóp. To umożliwia nam zbadanie podeszwowej części stóp, a także sprawdzenie miejsc największego nacisku. Na tej podstawie można stworzyć indywidualną wkładkę ortopedyczną. Poza tym możliwość dopasowania nawet w tych najdroższych butach dotyczy ustawienia cholewki obuwia tzw. „canting”, co nie eliminuje współistniejących wad stóp, zwłaszcza tych wrodzonych, ukrytych.” – wyjaśnia dr n. med. Joanna Stodolna- Tukendorf.

„Dawniej nie korzystano z wkładek narciarskich i było dobrze”

Rzeczywiście noszenie wkładek narciarskich nie było tak powszechne, a sportowcy radzili sobie z negatywnym wpływem nart na stopy stosując wcześniej wspomniany canting, czyli regulację cholewki butów, która redukowała koślawość i szpotawość kolan. Technika ta nie była jednak idealna. Nieprawidłowa albo niedokładna regulacja cholewki utrudniała wprowadzenie narty w ślizg na krawędzi i wymagała dośrodkowego pochylenia kolan, a to prowadzi do ich przeciążenia ich przyśrodkowej części. Dziś nauka o stopach i techniki ortopedyczne idą do przodu, a my wiemy o podologii ortopedycznej coraz więcej.

Mat. prasowe/wkładka narciarska

Mat. prasowe/wkładka narciarska

 „Przecież mogę korzystać ze zwykłych wkładek ortopedycznych także podczas uprawiania sportu”

Nic bardziej mylnego. Wkładki narciarskie mają zupełnie inną strukturę i spełniają odmienne funkcje. Są sztywne, wykonane z twardego, termoplastycznego tworzywa, które zapewnia naszym stopom doskonałe przyleganie do skorupy. Ich zadaniem jest przyspieszenie reakcji narty na ruch stopy, redukcja nacisku buta na przodostopie, a także eliminacja kątowych wad stóp i asymetrii. Warto korzystać z tych wkładek także wtedy, kiedy jeździmy na łyżwach.

 „Szkoda mi pieniędzy na wkładki narciarskie”

Wkładki narciarskie są inwestycją. Materiały użyte do ich produkcji są trwałe i posiadają właściwości antybakteryjne, dlatego mogą służyć nam nawet kilka lat. Jednorazowy wydatek w granicach 300-350 zł uchroni nasze stopy przed obtarciami i urazami, które mogą mieć nieodwracalne skutki.

 „Mam wady stóp, więc muszę zrezygnować z jazdy na nartach”

„Wady stóp, takie jak koślawość, płaskostopie, szpotawość czy nerwiak Mortona mogą ograniczać naszą aktywność sportową, jednak nie musi to oznaczać, że mamy z niej zrezygnować! Odpowiednie wkładki narciarskie nie tylko uchronią nas przed rezygnacją
z ulubionego sportu, ale także zapewnią nam komfort jazdy i skorygują wady stóp.”
– wyjaśnia dr n. med. Joanna Stodolna-Tukendorf z

UWAGA! Jeśli chcielibyście wykonać diagnostykę leczenia stóp jeszcze przed wyjazdem na narty, zapraszamy do Kliniki Zdrowej Stopy FoodMedica. Na hasło „ohme” otrzymacie 20% zniżki na badanie stóp. Oferta jest ważna do końca grudnia 2016 roku. Serdecznie zapraszamy, bo o swoje zdrowie warto dbać.


 

Artykuł powstał przy współpracy z 

 


Lifestyle Zdrowie

Obleciał mnie strach, bo do końca nie byłam pewna, czy chcę być matką, a miałam zostać macochą. Ale byłam pewna, że go kocham…

Anika Zadylak
Anika Zadylak
29 listopada 2016
Fot. iStock/svetikd

–  Ja i Kuba pracowaliśmy w jednej firmie, ale niewiele o sobie wiedzieliśmy. Słyszałam, że kilka lat wcześniej zmarła mu żona, że jest sam. Podobał mi się, to mało powiedziane, taki typ faceta, o którym myślisz przed zaśnięciem. Odpowiedzialny, ciepły, mądry. I przystojny. Wysokim smukły i te jego oczy. Przejęłam inicjatywę, bo nie uważam tego za coś złego. Zagadnęłam raz, potem kolejny. Zauważyłam, że podoba mu się to, że nie czekam, że otwarcie pokazuję, że zależy mi na bliższym poznaniu. Zaczęliśmy się spotykać. Na spokojnie, czasem jakaś kawa, czasem krótka kolacja, po której zawsze odwoził mnie do domu. Dwa czy trzy razy się zdarzyło, że musiał wracać nagle, bo pilny telefon. Nie dopytywałam, bo szczerze mówiąc najchętniej ominęłabym w ogóle temat jego żony. Czułam, że to dla niego nadal bolesne, a dla mnie niezręczne. To nie tak, że chciałam się jej pozbyć czy zastąpić, po prostu nie bardzo wiedziałam jak i czy w ogóle, z nim o tym rozmawiać. Minęły trzy miesiące i nagle przyjechał do mnie sam. „Monika posłuchaj. Chyba właśnie zacząłem cię kochać. Pierwszy raz od śmierci Gosi to poczułem, choć myślałem, że już nigdy. Tylko nie powiedziałem ci czegoś. Ona odeszła, zabrała ją choroba. Ale zostały dzieci, nasze dwie córki”. Pamiętam, że usiadłam w fotelu i patrzyłam przed siebie. Obleciał mnie strach, bo do końca nie byłam pewna, czy chcę być matką, a miałam zostać macochą. Ale byłam pewna, że go kocham. I, że nie jestem najgorszym człowiekiem. Więc skoro tyle czuję do Kuby, to pokocham też jego córeczki. Niestety, to było trudniejsze, niż mi się wydawało.

Dziewczynki Milena i Jagoda,  bliźniaczki zresztą, miały po 11 lat. I nawet nie chciały o mnie słuchać, a co dopiero  poznać. Powtarzałam Jakubowi, żeby dał im czas, że nic na siłę, bo to tylko pogorszy sytuację. Buntował się, mówił, że nie może być tak, żeby dzieci nim rządziły. Są i zawsze będą najważniejsze ale on też już dłużej, nie chce być sam. Bo czuję, że moglibyśmy być razem bardzo szczęśliwi. Przekonywał ponad tydzień swoje córki do tego, żeby zaprosić mnie na obiad. Niechętnie, ale zgodziły. Szłam jak na skazanie. Miałam dla nich po drobiazgu, bo nie chciałam, żeby ktoś zarzucił, że chcę je sobie kupić prezentami. Nawet ich nie obejrzały, nie zajrzały do torebek z upominkami i ostentacyjnie zostawiły na szafce, przy drzwiach wejściowych. Nabrałam głębokiego oddechu, Kuba mrugnął porozumiewawczo, więc poczułam się trochę pewniej. Przy stole był istny cyrk. Popisywały się, były niemiłe, nie słuchały, gdy usiłowałam się odezwać. Gdy Jakub zwrócił im uwagę, Milena syknęła, że nie musi być miła dla obcej baby, która i tak tu nigdy nie zamieszka i wyszła. Jagoda za to wstała, podeszła do mnie i pokazując mi zdjęcie swojej mamy bezczelnie zakomunikowała, żebym się nie łudziła. Tata bowiem lubi piękne kobiety, ja jestem podrzędna i zwyczajna. Nie wyszłam, choć chciało mi się płakać. Szalę goryczy jednak przelała nagła, niby przypadkowa wizyta byłych teściów mojego partnera. O ile były teść Kuby przyjął mnie miło i serdecznie, wręcz miałam wrażenie, że szczerze nam kibicuje, o tyle eks teściowa już nie bardzo. Potem się wydało, że jedna z dziewczynek zadzwoniła ze skargą, że tu jestem i babcia postanowiła przyjść z odsieczą i… wykładem dla mnie, czy ja w ogóle mam pojęcie o wychowywaniu dzieci. I to najgorsze z pytań: dlaczego 32 -letnia kobieta, nadal nie ma swojego dziecka? I sugerowanie, że macierzyństwo nie każdemu jest pisane. Wtedy wyszłam. Jakub oczywiście wybiegł za mną, ale prosiłam, żeby wrócił do córek. Czułam że zwątpiłam. Pierwszy raz.

Drugi raz chciałam zrezygnować po kolejnym naszym spotkaniu. Tym razem wybraliśmy bardziej neutralne miejsce. Miał być park, potem zoo i wspólne lody. Niestety zaczęło się i skończyło w parku, bo dziewczynki najpierw były naburmuszone. Dwoiłam się i troiłam, żeby jakoś do nich zagadać, dotrzeć. Żeby im pokazać, że możemy się po prostu polubić, a z czasem nawet zaprzyjaźnić. W ogóle nie zwracały na mnie uwagi, jakby mnie tam nie było. W końcu nie wytrzymałam, przysiadłam na ławce i powiedziałam głośno, że nie czuję się tu mile widziana. Oczywiście usłyszałam, że to dobrze, że one nie muszą mi tego tłumaczyć. Że najlepiej będzie, jak zostanie po staremu, gdy są one i tatuś. Kuba mnie przeprosił i powiedział, że przyjedzie do mnie później. Im kazał wracać do auta i podkreślił, że bardzo się na nich zawiódł, że jeszcze nigdy nie czuł takiego wstydu przez ich zachowanie. Wiedziałam, że karę za jego słowa poniosę ja. Nie myliłam się, bo Jagoda dorwała telefon ojca i wykradła mój numer. Zadzwoniła i oznajmiła, że nie jestem pierwszą koleżanką z pracy, którą ojciec przyprowadził do domu. Żebym zaoszczędziła sobie nerwów i lepiej sama zniknęła. Nie wiem, co mnie szokowało bardziej. Sposoby w jaki chciały się mnie pozbyć, brak jakichkolwiek hamulców czy to, że były takie zimne, takie wyzbyte z uczuć. Że oceniły mnie, choć tak naprawdę nie znały, od razu pozbawiły szans, odepchnęły i nie życzyły mojej osoby. Tłumaczyłam sobie, że to nie ich wina. Że tyle musiały przejść i to już jako małe dzieci, że kieruje nimi lęk i zazdrość. O miłość ukochanego i jedynego taty.

Próbowaliśmy jeszcze kilka razy, nic się nie zmieniało. Gdy byliśmy we dwoje, czułam się najszczęśliwsza na świecie.  Mogliśmy rozmawiać godzinami o wszystkim, albo milczeć i nie czuć się z tym niezręcznie. Wszystko nas łączyło: od zainteresowań, poprzez pracę i znajomych, aż po uczucie, którego byliśmy coraz bardziej pewni. Ale dzieliły nas nadal jego dzieci. Czas leciał, a my się miotaliśmy między dwoma domami, między dziewczynkami, które za nic nie chciały ustąpić, a mną, która przestawała w to wierzyć. W to, że kiedykolwiek będzie normalnie. I wtedy Kuba zaproponował, żebym się do nic wprowadziła. Roześmiałam się gorzko i rzuciłam czarnym żartem, że pewnie na powitanie stracę włosy. Bo córeczki tatusia mi je obetną jak już zasnę. Albo wymyślą jeszcze coś gorszego. Kuba zaczął mi wyrzucać, że mogłabym się bardziej postarać, że brak mi wyrozumiałości. Że one tyle przeszły, że się zwyczajnie boją. Zapytałam go, czy ma pojęcie, jak ja się boję? Bo nikogo nie chcę skrzywdzić, ale za to sama obrywam. I, że chyba jednak nie mam sił na rywalizowanie. Zresztą nie takim jestem człowiekiem. Myślałam, że pomału się to wszystko poukłada, bo za nic w świecie nie chciałam zastępować im matki. Za bardzo szanuję pamięć o tamtej kobiecie i cieszyłabym się nawet wtedy, gdybym mogła się z nimi po prostu zakumplować. Nie matkować, nie narzucać, nie zabierać miłości ich ojca. Raczej się dzielić.

I to był trzeci raz, gdy postanowiłam odejść. A Kuba nie bardzo mnie zatrzymywał. Choć widziałam łzy w jego oczach. I nie miałam pretensji, wiem, że znalazł się między młotem a kowadłem. Że czasem nie ma dobrych rozwiązań. Wyjechałam służbowo na tydzień, prawie się ze sobą nie komunikowaliśmy. Dwa razy zapytał, czy wszystko u mnie dobrze. Odpisywałam tylko zdawkowo, nawet słowa o tym, że za nimi tęsknię. Tak – za nimi, bo nagle sobie uświadomiłam, że te dwie niemiłe istoty są mi bliskie. Że jest mi ich żal, bo walczą o swojego tatę dlatego, że straciły już matkę. Nowy ktoś zabierze mu czas przeznaczony dla nich. A to przecież nieprawda. Wróciłam i zadzwoniłam do Kuby, powiedziałam, że chcę porozmawiać. Ucieszył się, miałam wrażenie, że do mnie biegł. Płakaliśmy oboje, tłumaczył mi, że on nie wie co robić. Że ten tydzień beze mnie był koszmarem ale z drugiej strony są jego córki, którym on nie potrafi przekazać i wytłumaczyć. Że nie chce być już sam, że one dorosną nie wiadomo kiedy i pójdą swoją drogą. Że przecież, gdy żyła ich matka, którą kochał ponad wszystko, to one na tym nie ucierpiały. I teraz też tak będzie. Bo tak różna jest miłość ta rodzicielska od tej, do drugiej kobiety. Powiedział im o tym. I o tym, żeby przestały prowadzić swoje gierki, bo mnie kocha i chcę ze mną być. Oczywiście nadal nie było i nie jest za różowo. Ale się trochę uspokoiło. Zrezygnowałam chwilowo z przeprowadzki, wiem, że nie powinno się niczego ponaglać. Ale nie rezygnowaliśmy już z siebie. Dziewczyny rosną, zmieniają się. Minęły dwa lata odkąd nie chciały mnie wpuścić do swojego domu po raz pierwszy.

Dziś przewożę rzeczy i słyszę od Mileny, że mają nadzieję, że się dogadamy w kwestii łazienki. I, że robię dobre naleśniki ze szpinakiem, choć wiadomo, że mama robiła lepsze. Bajkę o złej macosze, już dawno schowałyśmy na najwyższą półkę. Lubimy się, docieramy, poznajemy. I to mnie cieszy. Gdy ktoś mnie pyta, czy mam dzieci, zawsze odpowiadam, że dwie piękne córki. I one tego nie komentują, nie przytakują. Ale się uśmiechają. Czy usłyszę kiedyś, jak mówią do mnie mamo? Nie myślę o tym w ten sposób. Najważniejsze, że jesteśmy razem. Ja, on i nasze dziewczyny.


Zobacz także

Owczy pęd. Kocham Adele, bo kochają ją inni

Klucze, piloty, zasłony prysznicowe… 16 rzeczy, których nie czyścimy regularnie, a powinniśmy

Domowe SOS dla brzucha. 5 ziółek, które złagodzą żołądkowe dolegliwości

www.cialis-viagra.com.ua

cialis-viagra.com.ua/viagra-sildenafil/viagra-200-mg/

www.buysteroids.in.ua