Lifestyle Psychologia

Uczę się miłości, tej najtrudniejszej – miłości do samej siebie. Cholernie trudne zadanie!

Stara Panna
Stara Panna
20 maja 2017
Fot. iStock / piskunov
 

Podobno człowiek uczy się każdego dnia, w każdej chwili swojego życia. Jednak tego co najważniejsze nie da nam żadna szkoła, żadna książka czy mądrość wypowiedziana przez nauczyciela. Na nic nam skomplikowane wzory, encyklopedyczne definicje czy schemat budowy stawonogów, na nic znajomość czterech języków, mistrzowska obsługa pakietu office i umiejętność stawiania przecinków w odpowiednich miejscach. Wszystko to na nic, dopóki nie nauczymy się najważniejszego – kochać! Dawać miłość i przyjmować ją. Ale najtrudniejsze to nauczyć się miłości do samej siebie.

Jeszcze przed chwilą byłam wiecznie zabiegana, zapracowana, w stresie, czy ze wszystkim zdążę, czy nikogo nie zawiodę, nie narobię mu kłopotu. Dawałam z siebie zbyt wiele, w zasadzie nie oczekując w zamian tego samego. Wydawało mi się, że tak trzeba, że przecież powinnam, bo to takie życzliwe, sympatyczne i dobre. Zatraciłam się w tych powinnościach i koniecznościach do tego stopnia, że zgubiłam gdzieś radość i swobodę życia, zapomniałam, co znaczy odpoczynek i relaks. Nie wiem kiedy i gdzie stałam się wiecznie spiętą, zasadniczą i smutną kobietą. A przecież równocześnie miałam w sobie tyle miłości i czułości, które chciałam oddać światu, tej jednej, jedynej osobie, na która wciąż czekałam.

Aż w końcu mój organizm okazał się mądrzejszy i zbuntował się przeciwko takiemu życiu. Nie byłam w stanie pracować, myśleć i działać, dopadł mnie tak wielki spadek energii, że przez cały weekend leżałam bezczynnie w łóżku niezdolna do ruszenia ręką ani nogą. Nie, to nie była depresja, to zbyt duże słowo. Myślę, że po prostu moje ciało miało dosyć, mój umysł powiedział stop, moje serce zawołało w ten sposób o pomoc.

Leżałam tak i rozmyślałam, czego mi w życiu brak i wtedy zrozumiałam, że nie tędy droga! Że nie na brakach powinnam się skupiać, ale na tym, co posiadam. Że miłość, której tak bardzo pragnę i którą w sobie mam, powinnam ukierunkować najpierw na siebie. Bo skoro sama o siebie nie dbam, stawiam się zawsze na drugim lub nawet i dalszym miejscu, to jakim cudem inni mają mnie traktować inaczej? Nie bez powodu terapeuci, couchowie i niemal wszyscy dookoła powtarzają, że zanim pokochamy innych musimy nauczyć się kochać siebie. Więc uczę się tego i powiem jedno – to cholernie trudne zadanie!

Uśmiecham się do porannej siebie w lustrze

Nie boję się patrzeć na swoje odbicie w lustrze, robię to z uśmiechem i życzliwością. Przestałam się doszukiwać niedoskonałości, nowych zmarszczek, widocznych oznak zmęczenia. Są, to są, trudno, nawet z nimi jestem piękna, a co! Uśmiecham się do siebie, robię makijaż, puszczam oko i życzę miłego dnia. I wiesz co? Odkąd zaczęłam to robić, mam coraz więcej dobrych dni!

Odpuszczam, luzuję, pozwalam sobie nie musieć

Nie rzucam się już na każdy projekt, który mi proponują, uczę się negocjować terminy, gdy chcą narzucić zbyt duże tempo, częściej też odmawiam, gdy coś mi nie pasuje. Wcześniej zaciskałam zęby i grzecznie potakiwałam, bałam się, że moja odmowa kogoś urazi, kogoś zostawię w kłopocie. Uczę się odpuszczać, wyłączać komputer wieczorami i odpoczywać bez wyrzutów sumienia. Czy wiesz, że właśnie umiejętność relaksu i odpoczynku jest jednym z czynników, które charakteryzują ludzi sukcesu? No więc pracuję na swój sukces spędzając przyjemnie czas.

Nie patrzę na braki, ale doceniam to, co mam

Wielu rzeczy nie mam, ale nawet nie chcę ich mieć. Przestałam się skupiać na brakach i zaczęłam praktykować codzienną wdzięczność. Początkowo zapisywałam wieczorem  wszystkie fajne i miłe rzeczy, które mnie spotkały danego dnia, teraz wystarczy mi rozmyślanie o nich i przypominanie sobie. Do każdej z nich uśmiecham się i kłaniam się im w myślach – to bardzo pomaga i daje niesamowitą dawkę pozytywnej energii!

Nie zaprzeczam komplementom, uczę się je przyjmować i doceniać

Jeśli ktoś mówi mi komplement, przyjmuję go z radością i otwartymi ramionami. Przestałam myśleć, że mówią mi dobre rzeczy z grzeczności, że to jedynie takie tam gadanie. Skoro mówią, że ładnie wyglądam, że świetnie pracuję, zauważają postępy i sukcesy, to tak właśnie jest! Dzięki temu o wiele lepiej radzę też sobie z krytyką – nie załamuję się, ale wykorzystuję ja do poprawy i pracy nad sobą.

Przeszukuję archiwum dobrych wspomnień i robię porządek na półkach pamięci

Skupiam się na tym, co dobre, co miło jest wspominać, co chcę zachować. Robię porządek w archiwum mojej pamięci i staram się rozliczyć z tym, co kiedyś zepchnęłam, schowałam głęboko i zarosło już trochę kurzem. Było przy tym trochę płaczu (no dobra, więcej niż trochę), chwila bólu, ale to już czas, by pewne sprawy zamknąć i zostawić za sobą. Bo one nie dają nic, prócz emocjonalnego ciężaru, którego nie chcę dźwigać.

Zaczynam przyjmować do wiadomości, że jestem fajna i wyjątkowa

Jestem fajna. Jestem wyjątkowa. Jestem wspaniała. Zaczynam przyjmować do wiadomości, że taka właśnie jestem! To tylko brzmi tak łatwo, ale wcale proste nie jest. Oswajam się z tym, że moja przyjemność i wygoda, nie jest niczym złym – wcześniej wydawało mi się, że nie zasłużyłam sobie na to, że muszę więcej, bardziej, szybciej. Ale wcale nie muszę na dobre życie czymś specjalnym zapracować, bo to nie jest nagroda, ale moje prawo! Pozwalam więc sobie na układanie własnej codzienności tak, jak chcę i wiem już, że nie staję się przez to egoistką – dopóki nie żądam od innych by żyli według moich zasad, wszystko jest w porządku.

Wiem, że to wydaje się takie oczywiste i proste, że nie mówię nic odkrywczego – wszędzie dookoła słychać nawoływania couchów, Internet pełen jest cytatów i złotych myśli o samoakceptacji, uważności, medytacji, miłości do samych siebie. Kiedyś nie dowierzałam i nawet trochę się z tego śmiałam, ale dopóki jedynie słuchasz lub czytasz o tym, nie jesteś w stanie odczuć idącej za słowami niezwykłej mocy i siły. Nie tylko ja to czuję, ale widzą też to inni – mówią, że stałam się spokojniejsza, mniej zestresowana i bardziej życzliwa. Bo miłość do samego siebie niesie ze sobą miłość do świata, do drugiego człowieka, do wszystkiego, co cię spotyka, a dzięki temu życie staje się po prostu piękne.


 

Wysłuchała: Stara Panna


Lifestyle Psychologia

Dobre rady, których stara panna ma już po dziurki w nosie

Stara Panna
Stara Panna
29 maja 2017
Co nas wkurza?
Fot. iStock / knape
 

Ludzie uwielbiają dawać innym dobre rady. Szczególnie, gdy o nie nie prosisz i żadnych nie oczekujesz. Szczególnie, gdy jesteś starą panną i wydaje im się, że za sprawą ich fantastycznych podpowiedzi twój stan cywilny szybko się zmieni. Te wszystkie rady, porady i wskazówki znam bardzo dobrze, bo słyszałam je już setki razy i powiem szczerze – niektórych mam już po dziurki w nosie!

Nie martw się, jeszcze kogoś spotkasz

Czyli założenie z góry, że twój stan cywilny jest powodem zmartwień, rozterek i smutków. Stara panna, biedna, samotna, łkająca nocą w poduszkę z powodu nieudanego życia… Po części może to i prawda, ale na litość boską, mamy XXI wiek, trochę się zmienił styl życia, priorytety i konwenanse. Nie twierdzę, że bycie solo jest lepsze niż małżeństwo czy trwały związek, ale coraz częściej jest to świadomy wybór i autonomiczna decyzja. Czas poszerzyć horyzonty i przestać generalizować!

Musisz sobie kogoś znaleźć

Musisz. Nie, że możesz, powinnaś, czy byłoby ci fajniej w parze – ty MUSISZ kogoś mieć, bo… bo właściwie to co? Tego nikt już nie tłumaczy, ale mus to mus, masz znaleźć i kropka.  A gdzie znaleźć i jak? Oooo, pomysłów jest na to jest wiele – jedni polecają dyskoteki, inni mówią, że wszędzie, byle nie na dyskotece. Ktoś powie w kościele, wielu szuka wśród bliższych i dalszych znajomych, w swatki zaczynają się bawić i czują powołanie do zostania Kupidynem. Pamiętaj jednak, że nic nie musisz, a zaczynanie związku tylko dlatego, że ktoś ci tak radzi i czujesz presję, nie jest dobrym pomysłem.

Musisz wychodzić do ludzi

Bo teraz pewnie zabunkrowałaś się w swoim domu, unikasz towarzystwa innych stworzeń ludzkich i wychodzisz tylko po zmroku, by zminimalizować ryzyko napotkania kogokolwiek.  Droga stara panno, musisz do ludzi wyjść, z ludźmi się zbratać, porozmawiać, poudzielać nieco towarzysko.  Do boju, a raczej podboju męskich serc – bo to wychodzenie ma oczywiście konkretny cel, a mianowicie znalezienie mężczyzny i zmianę stanu cywilnego.

Załóż sobie konto randkowe

No przecież wszyscy tak teraz robią to i ty możesz. Rach, ciach, logujesz się, odpowiadasz na kilka pytań i już wybierasz, przebierasz, kandydatów masz w bród! A potem to już jak w filmie – od kliknięcia do zamążpójścia droga niedaleka… a przynajmniej tak sobie to wyobrażają ci „życzliwi”, którzy sami pewnie nigdy z portali randkowych nie korzystali. A szkoda, bo może wtedy przestaliby cię zasypywać swoimi dobrymi radami.

Nie bądź taka wybredna

I tu jest pies pogrzebany – starą panną jesteś, bo wybrzydzasz, przebierasz w mężczyznach, nikt ci się nie podoba. A gdybyś trochę odpuściła, mniej wybredną się stała to na pewno miałabyś życie poukładane i związek szczęśliwy.  Bo przecież to takie proste i oczywiste… gdy stoi się z boku i ocenia kogoś jedynie po kawałku rzeczywistości i tym, co nam się wydaje.

Udawaj trochę głupszą

Twoje staropanieństwo to wyłącznie twoja wina – używasz mózgu zdecydowanie zbyt często, a przecież każdy wie, że faceci boją się inteligentnych kobiet. Bądź od czasu do czasu typowa blondynką, udawaj, że nie wiesz, nie znasz się, taka niedoświadczona jesteś i słaba. Powiedz coś głupiego, gafę walnij, łzę uroń, by męskie serce zmiękczyć, a męskie ego podbudować.

Może gdybyś schudła/ zmieniła fryzurę/ ubrała się inaczej….

Czyli takie eufemistyczne powiedzenie ci „nie masz nikogo, boś brzydka jak noc”. Dziękuję bardzo za takie rady! Najczęściej dają je ci, którzy sami miss/ misstera universum nie przypominają. A co z tym, że liczy się wnętrze? Co z miłością do człowieka, a nie jego powierzchowności? Oczywiście, nikt nie jest naiwny, wygląd też ma znaczenie, ale nie czarujmy się, że zmiana fryzury będzie zmianą całego życia – takie rzeczy jedynie w filmach. Najważniejsze to kochać siebie, akceptować i być pewnym swojej wartości – nawet z rozdwojonymi końcówkami i w niemodnej bluzce.

Nie martw się, bo siostra mojej znajomej…

Czyli opowieści, które mają być pocieszeniem, ale często nie są. Bo przytaczanie przykładu siostry, sąsiadki albo czyjejś dalekiej znajomej, która w sanatorium w Ciechocinku w końcu spotkała miłość życia nie jest pokrzepiające – do emerytury jeszcze mam daleko i nie zamierzam z życiem miłosnym nie czekać na jesień życia. Poza tym kto powiedział, że potrzeba mi pocieszania? Dziękuję, mam się całkiem dobrze, korzystam z życia, zadowolona jestem, a że stara panna? Cóż, jeśli ktoś ma z tym problem, to jest to wyłącznie jego sprawa.

A wy macie jakieś „dobre rady”, których nie możecie już znieść? Jak sobie z nimi radzicie? A może jakieś stosujecie?


Lifestyle Psychologia

Dlaczego wybieramy życie solo? Naukowcy znają aż 76 powodów – jak dla mnie nie mają one najmniejszego sensu!

Stara Panna
Stara Panna
5 maja 2017
Fot. iStock/Anetlanda

Na temat związków i relacji międzyludzkich napisano już wiele, wytłumaczono całkiem sporo i zbadano chyba większość zagadnień. Wiemy już dlaczego ludzie się zakochują, dlaczego odkochują, z jakich powodów trwają w toksycznych związkach, jak udaje im się z nich wyplątać i kto nadaje się idealnie na partnera. Nadal jednak nie do końca wiadomo, dlaczego niektórzy z nas decydują się na życie w pojedynkę i unikają związków. A może to wcale nie jest ich decyzja i świadomy wybór?

Badania nad samotnością

Człowiek jest z natury istotą społeczną i wydawać by się mogło, że bez drugiej osoby u boku nie jest w stanie osiągnąć pełni szczęścia i satysfakcji. A jednak, niektórzy nie decydują się na stały związek, pozostają samotni i układają swoje życie w pojedynkę. Kwestia ta stała się obiektem zainteresowania psychologa ewolucyjnego, Menelaosa Apostelou, z Uniwersytetu Nikozja na Cyprze, który zebrał 120 mężczyzn i kobiet i przeprowadził wśród nich badania. Ostatecznie uzyskał aż 76 powodów dla których wybieramy życie solo.

Następnie Apostelou wysłał swoich asystentów, aby przepytali mieszkańców Cypru, zwykłych przechodniów, o to, jak bardzo prawdopodobne jest, by każda z 76 przyczyn stała się dla nich decydującą o samotnym życiu. Niektóre z powodów miały tendencję do wspólnego występowania, np. jeśli ktoś twierdził, że ma obawy iż nikt go nie zechce, prawdopodobnie powiedział też, że nie znalazł właściwej osoby. Badacze na postawie ankiet podzielili wszystkie dane na trzy grupy :

Grupa 1 – wolność wyboru

znalazły się w niej takie przyczyny jak: chęć flirtowania z innymi, pragnienie bycia wolnym, brak zobowiązań, unikanie konfliktów i ograniczeń, poczucie, że dobrze się radzimy sobie bez partnera, inne priorytety, radość z samotności

Grupa 2 – ograniczenia

znalazły się w niej takie przyczyny jak: dysfunkcje seksualne, problemy zdrowotne, starszy wiek, dzieci z poprzedniego związku

Grupa 3 -trudności z relacjami

znalazły się w niej takie przyczyny jak: złe doświadczenia w poprzednich związkach, brak zaufania do innych, obawy przed zmianą, niechęć do kompromisu, trudności z nawiązaniem związku, poczucie, że z partnerem wcale nie byłoby lepiej.

Naukowcy na podstawie odpowiedzi ankietowanych wyciągnęli wnioski i sformułowali trzy główne powody, dla których ludzie decydują się na samotne życie:

  1. Ponieważ chcą mieć swobodę ustalania innych priorytetów w życiu
  2. Czują się nieatrakcyjni dla potencjalnego partnera. (nie tylko pod względem fizycznym!)
  3. Uważają, że bycie w związku jest trudne i skomplikowane.

Bla, bla, bla – tyle o tym sądzę!

Dalej piszą coś o teoriach ewolucyjnych i uzasadniają swoje wyniki badań, ale bądźmy szczerzy – jak dla mnie, starej panny, kogoś, kto żyje samotnie i zna tę kwestie od podszewki, brzmi to jak naukowy bełkot i próba wytłumaczenia niewytłumaczalnego. Bo jak można skategoryzować pewne subtelności, indywidualne wpływy i zrządzenia losu? Tak, tak, miłość czasami bywa zrządzeniem losy – chemia,  czy nie chemia tak to właśnie jest.

Nie ma wzoru na zakochanie się, uniwersalnej metody na znalezienie partnera czy magicznego zaklęcia. Nie znaczy to, że należy czekać aż książę (lub księżniczka) nagle spadnie z nieba, zapuka do naszych drzwi, a uczucie walnie w nas niczym piorun z nieba. Ale jak wytłumaczyć fakt, że ktoś, kto przez lata był wolnym ptakiem, głośno mówił o swojej potrzebie niezależności i zaklinał się na wszystko, że wolność forever and ever, nagle zmienia się o 180 stopni i zostaje przykładnym mężem i ojcem?

Jak wyjaśnić fakt, że samotna matka po trudnym związku, która oprócz bolesnej przeszłości dostała także od eks brak poczucia własnej wartości, niską samoocenę i depresję (czyli „ma” w sobie kilka powodów z powyższej listy) odnajduje szczęście w nowym związku, odradza się i na nowo tworzy rodzinę? Nie bez pracy własnej, nie bez trudności, ale udaje jej się kochać i być kochaną.

Jak to się dzieje, że ludzie spotykają swoje bratnie dusze w najmniej oczekiwanych momentach, pomimo licznych przeciwności, wbrew wszystkim i wszystkiemu dookoła? Że nie poddają się, że wierzą, walczą, próbują wciąż od nowa?

To powiem wam bez badań, naukowych dowodów, ankiet, wielkich teorii i wykresów.

Magia miłości

Bo miłość to zjawisko magiczne, wyjątkowe i niepowtarzalne. Nie da się jej logicznie wytłumaczyć, bo na każde dziesięć przykładów odpowiadających jakiejś naukowej teorii znajdziecie tyle samo takich, które ją wykluczają. I to jest piękne, i nie trzeba się nad tym zastanawiać – trzeba to po prostu poczuć.

Dlaczego zatem ludzie żyją w pojedynkę i nie decydują się na związek?

Bo wciąż czekają na swoją historię miłosną! Ot, cała zagadka rozwiązana.

Trzymam kciuki, by prędzej czy później każdy się doczekał. Nawet jeśli to podejście naiwne, mało współczesne i zupełnie niezgodne z nauką. 😉


 

Na podstawie:

Zapisz


https://pillsbank.net

http://pillsbank.net

www.pillsbank.net