Macierzyństwo

„Ratunkuuuuuu, on mnie nienawidzi”. Jak przeżyć z nastolatkiem i nie zwariować

Matka, żona i kłopoty
Matka, żona i kłopoty
31 maja 2016
„Ratunkuuuuuu, on mnie nienawidzi". Jak przeżyć z nastolatkiem i nie zwariować
Fot. Pixabay / ruben_gal0 /
 

One dwie. Matki (prawie) jedenastolatków.

Ona Jeden: Co on (w sensie twój syn) taki ciągle na „nie”?

Ona Dwie: A myślisz, że ja to wiem? Nazywam go w myślach: panem Fochem, od razu mi lepiej. Zresztą widzę, że twoja córeczka też już zabiła aniołka w sobie.

Ona Trzy (pocieszająco?): Najgorsze przed wami.

„Oesu. Jeśli to jeszcze nie jest najgorsze, to co będzie potem?” zastanawiam się. I szukam w głowie kontaktów do najlepszych psychologów dziecięcych, bo NA PEWNO będę ich potrzebować. No i rozważam też, jak ja będę się ratować.

– Bycie matką nastolatka to koszmar (koleżanka)

– Błagam, porozmawiaj z psychologami, napisz coś o tym. Jak żyć w domu z wiecznie niezadowolonym, wkurzonym, poirytowanym człowiekiem ( druga koleżanka).

Znajoma psycholog mówi: cieszmy się buntem dziecka, bo to znaczy, że ono jest zdrowe, a nasza relacja z nim jak najbardziej normalna. Bunt jest naturalnym etapem rozwoju. Gorzej, gdy go nie ma. Często tak się dzieje, gdy dzieci muszą być za nas odpowiedzialne, wchodzą w rolę naszego partnera ( np. tata pije, bije, mama szuka w synu lub córce wsparcia, nawet podświadomie). Dzieci, które muszą być „lojalne” często nie mają przestrzeni na bunt.

A co u całej reszty?

Jako nastolatka, nie ja jedna, myślałam o rodzicach: szurnięci, osaczający, zwariowani, męczący, nudni, zabierający wolność. Dopiero po latach zrozumiałam: sporty, ciśnienie na w miarę jako takie oceny, zarażanie miłością do języków, napędzanie do walki to nie było osaczanie i ograniczanie, to był przejaw ich troski o moją przyszłość.

Jako matka prawie nastolatka myślę: Boższ, jak on się tak będzie uczył, to koniec, masakra. Jeśli on tak będzie się zachowywał, to wszystko będzie przeszkodą. Oraz: kto mi podmienił dziecko?!!!

Jak to się, k…, aaaaa stało, że z wolnej i wyluzowanej dziewczyny stałam się męczącą i gderliwą (choćby w myślach) czterdziestolatką. To pytanie retoryczne, wiadomo.

Warto jednak w tym szale zapamiętać kilka, bolesnych być może, prawd:

Po pierwsze: badania wśród osób mających dzieci wykazały, że rodzice nastolatków to najmniej szczęśliwa grupa rodziców ( badania zrobił prof. Czapiński)

Po drugie: dziecko, by stać się samodzielnym człowiekiem potrzebuje dwóch rzeczy

– ustalenia swojej tożsamości

– izolacji od nas, rodziców

Co to jest ustalenie swojej tożsamości? To jest zadawanie sobie miliona pytań. Albo ich nie zadawanie, ale doświadczanie różnych rzeczy. I próba zrozumienia: lubię to serio, czy może lubię to, bo tak mi wmówili rodzice, kumple, nauczyciele.

I tak jest ze wszystkim. Lubię jeździć na nartach, czy oni mnie do tego zmusili? Lubię tenisa, angielski, bieganie, pływanie i życie towarzyskie czy lubią to moi rodzice?

To się nie dzieje, rzecz jasna, na poziomie świadomym. Żaden nastolatek nie jest zdolny do autoanalizy, do której zazwyczaj zdolny jest dorosły człowiek. On po prostu mówi: „Pier…, nie jadę”.

To dlatego często rodzice nie rozumieją,  dlaczego ich dziecko, nagle, nie chce jeździć na wakacje z namiotem, choć do tej pory to kochało. Dlaczego rzuca pływanie czy treningi gimnastyki artystycznej?

To jest trochę tak jakby pakować coś do plecaka dziecka przez kilkanaście lat (to jest fajne, to nie, to mądre, to głupie). To są nasze (rodziców) przekonania, marzenia, pasje, oczekiwania. Często również wobec siebie. W wieku 12 i więcej lat dziecko rozpakowuje ten plecak i mówi: To mi nie pasuje, to głupie, to fajne,  biorę.

A teraz izolacja. Jest bolesna dla nas, rodziców. Często, choć nie zawsze. Bolesna tym bardziej, im jesteśmy samotni w swoim życiu. Niewielu z nas to przyznaje, ale wiele naszych emocji, pragnień dzieci zaspokajają. Potrzebę uwagi, bezwarunkowej miłości, troski, czułości, bliskości fizycznej. To dlatego często ludzie z małymi dziećmi nie rozstają się. Nie tylko z przyzwyczajenie. Też dlatego, że nie muszą konfrontować się z pustką, bo te braki zapełniają dzieci. Nie widzą w pełni siebie, łączącej ich relacji. Gdy dzieci się odłączają, symbioza się kończy następuje bolesna konfrontacja z rzeczywistością. Wracam do punktu wyjścia, jestem sam. Muszę teraz (JA) na nowo się określić, coś z tym zrobić. Radzę sobie z tym jeśli mam wspierającego partnera, jestem osobą samowystarczalną. Gorzej, gdy tak nie jest.

Po trzecie: za późno zaczynamy wychowywać

Niestety, czas nastoletni naszych dzieci to konfrontacja z tym, co zrobiliśmy źle. Jeśli patrzę (na przykład) na mojego syna, który w samochodzie woli sobie pograć niż ze mną rozmawiać, to czyja to jest wina? Jego czy może mnie, która kiedyś wolała porozmawiać w aucie przez telefon z koleżanką niż zabawiać dziecko? Jeśli nasze dziecko nie mogło na nas liczyć w przedszkolu i pierwszych latach podstawówki, bo wciąż słyszało: „muszę pracować”, „muszę posprzątać” to dlaczego nagle ma nam się zwierzać? Jeśli nie nauczyłam go zmywać, sprzątać po sobie, dbać o innych– dlaczego ma to nagle umieć? A może za bardzo cisnęłam? To dlaczego teraz się dziwię, że on ucieka?

Różnica jest często taka, że młodsze próbuje się do nas dobić, starsze ma to gdzieś.

Zaczynamy widzieć te błędy i szybko naprawiać. To może film? Wystawa? Wspólny obiad? Hola, hola, mam to gdzieś, za późno. Nastolatek im silniejszą czuje presję, tym bardziej ucieka. „Ratunku, o co im chodzi”. Nie interesowali się moją nauką, teraz nagle interesują? Nie zajmował się mną, nagle chce? Ej…

Często dopiero bunt nastolatka sprawia, że rodzice weryfikują swoje zobowiązania zawodowe, czas, który poświęcają na życie prywatne, na rozmowy z bliskimi, dbanie o nich. Tylko, że na to jest już trochę za późno. Oczywiście, mniejsze lub większe błędy popełnia każdy z nas, pytanie co dalej z tym zrobimy.

Po czwarte: zamiast wyciągnąć wnioski z przeszłości, popełniamy kolejne błędy

O tym już napisałam wyżej. Błąd to próba powrotu do czasu, gdy dziecko było małe i wracanie do tamtych zasad. Błąd to ciśnienie, stresowanie, naciskanie. Przeczytałam dzisiaj świetny tekst o tym, że nawet nagłe biegnięcie do psychologa jest błędem– bo dajemy komunikat. „Coś z tobą nie tak”. A to najpierw my powinniśmy chodzić do psychologa, często sami. Choćby po to, żeby nauczyć się nowych strategii postępowania.

Jedyne co może zrobić rodzic nastoletniego dziecka to ćwiczyć cierpliwość, spokój wewnętrzny i techniki zen, może się uczyć ustalać nowe zasady jednocześnie respektując zdanie dziecka na ich temat. Może uczyć się towarzyszenia. Bez osądzania, rad, pouczeń. To trochę tak jakbyśmy przerabiali relację z inną bliską osobą– na ile możemy przy niej być po prostu, na ile akceptować, nie chcieć zmieniać, pozwalać na błędy….

Pozwalać na błędy, bo oczekiwać, że nastolatek będzie miał nasz umysł, będzie rozumiał czym skończą się notoryczne wagary, olewanie szkoły, czy inne nieprzemyślane działania to jak chcieć zmienić bieg świata i życia.

Wszyscy dorośli to robią, wszyscy przegrywają. To po co marnować energię?


Macierzyństwo

6 lekcji na temat mężczyzn, których udzieliły nam matki i babcie. Prawda czy fałsz?

Matka, żona i kłopoty
Matka, żona i kłopoty
1 czerwca 2016
Fot. Unsplash /
 

Na pewno to znacie. „Kochanie, nigdy nie dzwoń pierwsza”, „Kochanie, to i tamto”. Nigdy nie zapomnę. Miałam 20 lat i jechałam właśnie do mojego chłopaka na drugi koniec Polski. „Dlaczego on nie przyjedzie do ciebie?” spytała moja babcia. „Nooo, ma dużo pracy” odpowiedziałam. A babcia odrzekła: „Oj, z tej mąki chleba nie będzie”. Obruszyłam się, ale okazało się, że miała rację. Czy zawsze jednak nasze babcie (i mamy) tę rację miały? Co możemy wziąć z ich lekcji dobrego, co powinnyśmy odrzucić?

„To mężczyzna musi zdobywać”

PRAWDA (raczej)

Znam tę teorię świetnie. I raczej się z nią zgadzam. Ale… No cóż, gdybym to nie ja „zdobyła” mojego męża, pewnie nigdy byśmy razem nie byli. Albo wzajemne „podchodzenie” trwałoby miesiącami. Nie miałam na to czasu ani ochoty.

Ale pewnie swojej córce przekazałabym to samo. W końcu zasady są po to, żeby je łamać.

„Nigdy nie wyciągaj pierwsza ręki”

FAŁSZ

Taaaa, jasne. I obchodźcie się przez kilka tygodni w milczeniu, bo żadne nie ma ochoty się „poddać”. Dla mnie bzdura, szkoda czasu. Ale znam kobiety, które stosują tę zasadę i uważają, że dobrze na tym wychodzą.

Znam też parę, która rozstała się przez to, że żadne z nich się nie złamało po dzikiej awanturze. Ona wyszła, trzasnęła drzwiami. Nie zadzwoniła, on nie zawalczył. Oboje przeżywali to ponad rok. Dziś są w innych związkach. Nie do końca szczęśliwi… o czym każde z nich parę razy powiedziało. Smutne, co?

„Atmosfera w domu zależy od kobiety”

PRAWDA (rozumiana często z wiekiem)

Kiedyś dostawałam szału, gdy słyszałam to zdanie. To chyba jakiś żart?!! Dlaczego kobieta? No niestety, dlatego, że większość mężczyzn myśli o innych rzeczach. Facet nawet jeśli dba o dom, sprząta, gotuje (mój mąż taki jest) nie pomyśli raczej o kupieniu kwiatów, naszykowaniu pięknej zastawy na obiad czy zapaleniu świec. A przecież od tych rzeczy, w dużej mierze, zależy atmosfera w domu.

Zmieniłam zdanie, gdy parę razy trafiłam do mojej przyjaciółki, projektantki wnętrz. Potrafiła takie cudowności wyczarować, że obłęd.

Ale wierzę, że mogą być faceci, którzy potrafią stworzyć genialną atmosferę. Poproszę o kontakty :). Kilka moich wolnych koleżanek marzy o takich.

„Wszyscy mężczyźni są tacy sami, chodzi im o to samo”

FAŁSZ (razy milion)

Wiadomo, chcą uwieść, wykorzystać i oszukać. Nie wszystkie słyszałyśmy to zdanie na temat mężczyzn, ale te, które słyszały, mają nieźle pogmatwane w głowie. Tak uczyłyśmy się, że:

Po pierwsze: seks i twoje ciało to jest narzędzie, musisz sprytnie go używać. „Dać” w odpowiednim czasie (oczywiście nie za szybko), potem dawkować i tak dalej. Nijak to się ma do prawdziwej seksualności, która polega na dawaniu i braniu, partnerstwie i głębokiej więzi gdzie nie ma miejsca na seksualne i psychologiczne gierki.

Po drugie: facetom nie należy ufać.

Po trzecie: są gorszym gatunkiem, zdeterminowanym przez swoje biologiczne potrzeby ( no jednak nie!)

Nie znam dwóch takich samych mężczyzn, podobnie jak nie nie znam dwóch takich samych kobiet.

„To mężczyźnie musi bardziej zależeć”

FAŁSZ

Musi mu zależeć tak samo :). Każda inna relacja raczej kobietę unieszczęśliwia

„Mężczyznę trzeba sobie wychować”

FAŁSZ (raczej)

To nie jest pies, żeby go wychowywać. Ani dziecko. Spotykasz faceta i najgorsze co możesz pomyśleć to: „zmienię go”, „ulepszę”. On już ma matkę, jakoś go wychowała. Ale…

Naprawdę widziałam facetów, którzy pod wpływem kobiety zmieniali się na lepsze. Stawali się ambitniejsi, uczyli się okazywać uczucia, rozmawiać. Tyle, że to nie chodzi o  wychowanie. Chodzi o miłość i to co może zrobić z drugim człowiekiem. W szczęśliwym związku ludzie chcą być dla siebie lepsi, chcą nad sobą pracować. To kompromisy, a nie trenowanie jednej osoby (mężczyzny) przez drugą.

A Wy co słyszałyście na temat mężczyzn? 🙂


Macierzyństwo

Cztery (nieoczywiste) typy toksycznych ludzi. Zepsują ci humor, podetną skrzydła

Matka, żona i kłopoty
Matka, żona i kłopoty
30 maja 2016
Fot. Flickr / Luis Marina /

O wampirach emocjonalnych, ludziach toksycznych napisano już naprawdę sporo. Wiemy, że mamy chronić się przed marudami, narzekaczami, plotkarzami… Wiemy, że u siebie mamy tępić te cechy, przepraszam, pracować nad nimi…Ale są zachowania, które podobnie jak tamte są destrukcyjne i niszczące dla innych, a my często uważamy je za zalety.  Oto one:

„Ja to wszystko zrobię”

Osobie reprezentującą tę życiową postawę nawet nie zadawaj pytania: „W czym mogę ci pomóc”. Oczywiście, nic nie pomóc. Da radę. Więc ty siedzisz bezczynnie, a ona uwija się jak w ukropie. Czujesz się przy niej niepotrzebnym, zawadzającym dzieckiem. Jeśli próbujesz coś zrobić, ona przewraca oczami i prędzej czy później powie: „Nieeee, daj, ja to zrobię lepiej” ( po swojemu, szybciej). Lepiej rozrobię ciasto, ubiorę dziecko, ułożę rzeczy w lodówce, nawet buty ustawię w przedpokoju lepiej.

Choć to cecha głównie kobieca, znam też takich mężczyzn. Czasem widzisz, że ktoś goni w piętkę, albo zadania, które wykonuje pozostawiają wiele do życzenia (nie da się zrobić WSZYSTKIEGO dobrze) mówisz: „Kochanie, może jednak ja to zrobię, widać, że jesteś zmęczona/ zmęczony”. „Jaaaa? Zmęczona? Ale co sugerujesz?! Nie jestem zmęczona”.

Dlaczego taka postawa jest destrukcyjna? Bo niszczy relacje, złe też efekty przynosi np. w firmie, gdzie najlepsza jest praca zespołowa. Osoba „ja to wszystko zrobię” przede wszystkim chce nakarmić siebie własną perfekcyjnością i byciem niezastąpionym. Mówi: wkurza mnie, że inni robią to tak wolno (niedokładnie). Jest w tym już ocena pt. „Ja jestem lepsza, szybsza, dokładniejsza”. Drugiej osobie podcina to skrzydła ( każdy chce się czuć potrzebny), wycofuje się, i pozwala pani „Ja to wszystko zrobię” zajmować przestrzeń.

Pani „Ja to wszystko zrobię” jest w głębi duszy poirytowana i zmęczona, że wszystko spoczywa na jej barkach. Pat, prawda?

„Możesz mi zaufać”

To wszyscy święci wokół nas, gotowi nas wysłuchać, wesprzeć, pomóc zawsze, nawet kosztem siebie. To przyjaciółka, która przyjedzie do ciebie o trzeciej w nocy, bo zostawił cię facet czy masz napad lęku. Poświęci weekend z rodziną, żeby z tobą porozmawiać. Ale wymaga tego samego dla siebie. Do końca świata nie zapomni, że ty o trzeciej w nocy do niej nie przyjechałaś, czy wybrałaś rodzinę zamiast niej. Nie wybaczy ci też nielojalności, bo ona nielojalna nie jest.

Często zrywa kontakty albo odsuwa się, gdy ją zawiedziesz. Czujesz się wtedy podłym, złym i winnym człowiekiem. Przecież ona jest doskonała.

Dlaczego taka postawa jest destrukcyjna? Bo nikt nie jest idealny, ludzie popełniają błędy, ona nie, bo w pewnym sensie karmi się swoją wyjątkowością i dobrocią. W głębi niej często kryje się mała dziewczynka, która boi się zawieść innych. Albo kobieta „borderline”, którą interesują tylko skrajne i mocne relacje. Doskonale działa w kryzysach, kiepsko sprawdza się w codzienności i życiu „tu i teraz”, bez napięcia.

„Nic się nie stało”

Osoba opanowana, stonowana, nie okazująca nadmiernych emocji. Nigdy nie zrobi ci żadnych wyrzutów, nawet jeśli czujesz, że ją zawiodłeś/ zawiodłaś. „Powiedz jeśli coś ci przeszkadza, proszę” mówisz. „Ależ nic mi nie przeszkadza”. „Wszystko w porządku”. Ty możesz jej opowiadać co czujesz, ona nigdy nie odwzajemni się tym samym.

Dlaczego taka postawa jest destrukcyjna? Bo nie daje innym osobom szansy na normalny, zdrowy dialog i na zmianę. Jak ktoś ma wiedzieć, że coś robi źle, gdy nikt mu o tym nie mówi?

Zresztą osoba „nic się nie stało” często z osobami trzecimi potrafi rozmawiać o tym, co jej w nas przeszkadza. Gdy dowiadujemy się o tym od innych, jesteśmy w szoku. Ale jak to, przecież mówiła, że jest w porządku. No tak, mówiła, bo nie potrafi rozczarowywać innych, konfrontować się z nimi, postawić w 100 proc. na szczerość.

Grząski to grunt.

„Wszystko się da, wystarczy chcieć”

Córka/ syn filozofii pozytywnej do potęgi entej. Może właśnie zawalić ci się świat, on/ ona i tak powiedzą: „To nieważne, wszystko zależy od ciebie”. Jest to postawa znośna, a nawet inspirująca u ludzi, którzy pokonali ileś kryzysów, wydobyli się z najgorszego g…. Nieznośna jednak u innych, którzy nie muszą się za wiele martwić, bo a.) mieli dobrze sytuowanych rodziców, b.) ich bliscy mieli dobre pracę i mogli tę pracę pomóc znaleźć, c.) mają fajnych partnerów, z którymi nietrudno budować związek, d.) mają fajną pracę.

Dlaczego ta postawa jest destrukcyjna? Bo da się dużo, ale nie wszystko. Nie wszystko da się też kontrolować. Zresztą państwo „wszystko się da” często nie wyciągają ręki do innych, nie pomagają w kryzysie, kończy się na magicznych i motywujących słowach.

No dobra, dziś poniedziałek, koniec miesiąca, czas na zmianę;) Ja bywam przynajmniej dwoma z tych typów. Brr. A wy?


www.progressive.ua/en/online_store/

progressive.ua

www.buysteroids.in.ua/tabletirovannyie-anabolicheskie-steroidyi/oksandrolon.html