Macierzyństwo

O wielozadoniowości

OnaPoLeonie
OnaPoLeonie
16 listopada 2019
pozytywnaperspektywa.pl
 

Jak przeciętny człowiek posiadam dwie łapy. Na szczęście zdrowe. Najczęściej używam ich obu jednocześnie, nierzadko w różnych celach.

Ot na przykład jedną mieszam zupę, drugą trzymam Melona. Jedną wskazuję Malinie ważny fragment książki, drugą ustawiam wieżę z klocków. Jedną nalewam wody do kubka, by sparzyć upragnioną kawę, drugą zamiatam powłóczystym ruchem podłogę. Sprzątam łazienkę i jednocześnie gotuję obiad. Odkurzam i jednocześnie tańczę, by rozbawić towarzystwo. Chowam do pudeł zabawki i tłumaczę zawiłości gramatyki brytyjskiej. Myję zęby i przeczesuję włosy. Podkreślam rzęsy i kopię gumową piłkę. Kąpię się i lecę z pamięci rymowanki. Prowadzę samochód i planuję jadłospis na kolejne dni. Niosę Melona, wiolonczelę i skrzypce i wysłuchuję ryku zniecierpliwionego malca i dwóch relacji z całego dnia, jednej szczegółowej, drugiej zdecydowanie bardziej zdawkowej. Po cichu zsuwam jeansy i padam na łóżko, uwalniając pierś, by ukoić niepokój syna. Nawet książkę czytam, jednocześnie karmiąc. Poranną owsiankę przygotowuję, przewijając Melona i szykując odpowiedni przyodziewek. Korzystam z toalety, przygniatając nogą łazienkową szafkę pełną skarbów dla niemal połtoraroczniaka. Rozmawiam przez telefon, łapiąc syna lecącego z/do schodów. Nic, absolutnie nic nie robię pojedynczo. Mam wrażenie posiadania ośmiu odnóg, trzech mózgów z doskonałymi superszybkimi procesorami i motorka w dupie.

W minioną sobotę postanowiłam się zalogować w wannie pełnej aromatycznej piany. Zamknęłam drzwi, odesłałam rodzinę piętro niżej, zapaliłam świeczki, nalałam sobie kieliszek wina i włączyłam radio, a następnie otworzyłam książkę.

Bo odpoczywać też należy wielozadaniowo.

Edit.

Zapomniałam (ach, jakże mogłam o tym zapomnieć!?). Niemal zawsze trzecią, niewidzialną ręką rozdzielam skonfliktowane (cóż za eufemizm) rodzeństwo. No taka karma.

(fotografia: )


Macierzyństwo

O uwięzieniu

OnaPoLeonie
OnaPoLeonie
25 listopada 2019
pozytywnaperspektywa.pl
 

Chciałabym wysupełkować frywolitkową gwiazdkę. Wykonać kartki świąteczne. Albo zaszaleć na maszynie do szycia. Może zrobić kalendarz adwentowy (chyba raczej trzy). Lub też ze spokojem poczytać książkę, tak rozdział albo dwa, a nie pół strony z wyszarpywaniem kartek w trakcie.

Chciałabym coś napisać, gdy słowa z głowy wylatują niczym gołębie z klatek wypuszczane, a nie gdy książę zaśnie. Ewentualnie poćwiczyć jogę i bezpiecznie schodzić z pozycji psa z głową w dół na kolana, bez raczkującego syna pod brzuchem, zaglądającego pod swobodnie zwisającą bluzkę.

Tymczasem książę nie sypia dobami całymi (i całe szczęście), a gdy już to robi, to strawę trzeba przygotować i obejście ogarnąć, pranie wstawić, pranie przerzucić do suszarki, pranie z suszarki wyjąć (oż cholera, właśnie czeka od rana!), pranie złożyć i wynieść (nie prasuję, wystarczy mi atrakcji z praniem). I zazwyczaj gdy opadam lekuchno na oparcie kanapy z gorącym kubkiem słabej kawy – syn otwiera brązowe oczęta i rozdziera ust korale. I z rękodzieła nici (dosłownie).

Czas sprzyja, ręce świerzbią, a syn woli burzyć wieże z klocków albo spierniczać ku schodom i mozolnie się na nie gramolić.

Nauczyć się przekuwać chęci twórcze w zabawy odtwórcze – zadanie na nachodzący adwent. Poziom master.


Macierzyństwo

październik

OnaPoLeonie
OnaPoLeonie
31 października 2019

 

Zimno. Ciemno. Mgliście. Dziesiątki kartkówek, sprawdzianów i testów Starszaków, turniej gam pełen niepowodzeń, popisy w niedalekiej przyszłości, smutek, wkurw, kolejki do lekarzy i wykorzystane limity NFZ do końca roku, słowem – fucktober.

Wtem!

jesien

Spotykam Magdę. Zauroczoną, rozświetloną, uśmiechniętą łagodnie, tak inną od mijanych na co dzień ludzi. I Ona mi mówi, że to dlatego, że to Jej czas, Jej pora roku, Jej miesiące.

– Naucz mnie – proszę – jak nie polubić, to chociaż zaakceptować ten cholerny mordor zza okna.

W zasadzie każdy jej argument mogłam obalić swoim, przemyślanym przez lata, wypielęgnowanym głęboką nienawiścią, wypolerowanym nabytym pesymizmem, ozdobionym paskudnym charakterem i przystrojonym peemesem. Że zapach liści (chyba psich gówien). Że piękne pejzaże (chyba w kalendarzu z biedronki). Że ludzie są bliżej (chyba kaloryfera). I tak dalej.

A następnie rozszczelniłam te dwie szare komórki dryfujące w mym niewąskim łbie i pomyślałam, że wóz albo przewóz. Albo w istocie pogodzę się z jesienią, albo przez osiem miesięcy w roku (sierpień zwiastuje już klęskę) będę ubolewać, lamentować, narzekać, psuć humor sobie i, niczym wrzód na dupie, stanę się tematem tabu dla wszystkich wokół, którego ani wycisnąć, ani zaakceptować, a już na pewno nie polubić.

I po co mi to.

Zaczęłam słuchać Magdy bez waty w uszach i kontrargumentów w rękawie. Też lubię herbatę z cytryną. Też uwielbiam czytać pod kocem. Uwielbiam śliwki. I zapach cytrusów. I świeczki tu i ówdzie. Spokojny jazz sączący się w tle. Ciepłe swetry z przydługimi rękawami. Gry planszowe na środku dywanu. I góry jesienią są najcudowniejsze. Da się? Można!

I gdy już słońce zaczęło mi rozświetlać czarnych myśli krajobrazy, Melon dostał gorączki i wszystko trafił szlag!

 


http://danabol-in.com

https://danabol-in.com

https://220km.net