Lifestyle Uroda

Jedna, idealna sukienka. Tylko i aż tyle, by poczuć się bardziej kobieco. 6 zasad udanej współpracy z krawcową

Agnieszka Sierotnik
Agnieszka Sierotnik
16 czerwca 2016
6 zasad udanej współpracy z krawcową
Fot. iStock / skynesher
 

Ponoć ideałów nie ma, a jednak każda z nas, w pewnym momencie rezygnuje z szukania idealnego faceta, na rzecz tej jednej, jedynej, perfekcyjnej sukienki, która idealnie podkreśli talię, zakryje kilka kochanych fałdek, a nas uczyni najpiękniejszymi kobietami na świecie. Po przejściu dziesiątek kilometrów w galeriach handlowych, przejrzeniu tysiąca sklepów internetowych, przychodzi czas na dobrą wróżkę – krawcową.

Pozornie mając figurę klepsydry, powinnam bez problemu znaleźć sukienkę w każdej sieciówce – przecież to ta „najlepsza” do ubierania sylwetka! Wypatrywaniu nie pomógł ani mój rozmiar (44), ani postanowienie, że sukienka musi być dokładnie taka jak sobie wymarzyłam – cekinowa, z rękawkiem ¾, a najlepiej w kolorze szmaragdu, żeby podkreślić ciemną karnację i jeszcze ciemniejsze oczy. Chodziłam, biadoliłam, a moment imprezy, na którą przeznaczona miała być kreacja, zbliżał się nieubłaganie.

Zwrócenie się do krawcowej nie przeszło mi przez myśl, choć powinna to być naturalna reakcja. Dopiero Marta, której mama i babcia trudzą się szyciem przepięknych ubrań, znudzona moim marudzeniem, zaprowadziła mnie do jej rodzinnego zakładu krawieckiego.  Na początku podchodziłam do tego pomysłu sceptycznie. Zakupy w sieciówkach wydają się atrakcyjniejsze – możesz przymierzyć, od razu zobaczyć, jak wyglądasz w danej rzeczy, a przy dobrych wiatrach nie zbankrutujesz. Czysta makdonalyzacja.

Pani Mariola, która szyła moją wymarzoną sukienkę, po przejrzeniu stosu zdjęć, które przyniosłam ze sobą na pierwszą wizytę, stwierdziła, że dobry jest tylko pomysł na rękawek i kolor. Ze zdziwieniem otworzyłam oczy i naprawdę zaczęłam się bać. Wcięcie w talii, rozkloszowanie, dekolt w serce – nijak nie składało mi  się to wszystko w całość.  Zaufanie do krawcowej to jednak podstawa, nie pozostało mi więc nic poza czekaniem do pierwszej przymiarki.

Dopiero w czasie pierwszego przymierzenia sukienki, która tak na dobrą sprawę była jeszcze  wycinkami materiału, zrozumiałam, dlaczego warto posłuchać kogoś, kto na co dzień zmaga się ze skomplikowaną damską sylwetką. Każdy nadmiar materiału został zniwelowany, a ja pierwszy raz zobaczyłam właściwy kształt swojego ciała. Pani Mariola zażartowała wtedy, że powinnam zostać jej stałą klientką, bo dla takiego kształtu szyje się najlepiej. Nie musiała mówić dwa razy.

W ostatecznym rozrachunku wcięcie w talii, rozkloszowanie i dekolt w serce sprawiły, że wyglądałam na co najmniej rozmiar mniejszą, a stara prawda krawcowych, że nie liczy się kolor czy wzór, ale krój, zostało idealnie odzwierciedlone na moim własnym ciele. Poczułam się jak po metamorfozie prosto z programów telewizyjnych popularnych stylistek i innych znawczyń mody. Wystarczyła jedna, uszyta tylko dla mnie, sukienka.

Opowiadając tę historię, zawsze kończy się pytaniami o cenę – przecież ciuch szyty na miarę musi być o wiele droższy!  Niekoniecznie. Oczywiście, wszystko zależy od zakładu,  który wybierzesz, jednak ceny są porównywalne z tymi, które spotykamy w popularnych sieciówkach, a na pewno niższe niż te u projektantów.  Dodatkowo warto pamiętać, że to sukienka uszyta specjalnie dla nas, więc istnieje znikoma szansa, że na przyjęciu spotkamy koleżankę w dokładnie takim samym egzemplarzu. Krawcowe bardzo dbają o szczegóły i wykończenie, które musi być idealne i dostosowane do klientki, więc równie dobrze możesz poprosić o wyszycie twoich inicjałów czy maleńki detal, który będzie zauważalny tylko po dokładnym przyjrzeniu się.

Szmaragdowa sukienka okazała się strzałem w dziesiątkę, który został zapamiętany przez wszystkich gości, nie tylko płci pięknej, tamtego przyjęcia. Kiedy kilka tygodni temu wpadłam z wizytą do rodziny krawcowych, rozmawiając o mojej źle skrojonej sukience z sieciówki, którą miałam właśnie na sobie, rozpoczęła się dyskusja o wartości kunsztu krawieckiego, który jest tak bardzo niedoceniany. Chcemy mieć wszystko na już, przez co potem cierpi nasz wygląd, a przecież każda z nas chciałaby perfekcyjnie podkreślić swoje atuty i zatuszować mankamenty. Krawcowa, jak dobra wróżka, może ci w tym pomóc zupełnie bezboleśnie! 

6 zasad udanej współpracy z krawcową

  1. Przynieś inspiracje – Brak przykładu sukienki, która ma finalnie powstać, jest ponoć najbardziej irytującą krawcowe rzeczą. Nawet, jeżeli ostatecznie koncepcja zupełnie się zmieni, macie punkt wyjściowy – łatwiej się dogadać.
  1. Zaufaj krawcowej – Ona wie najlepiej, w czym będziesz wyglądać dobrze. Najlepsze krawcowe są lepsze niż chirurg plastyczny, a na pewno ich działanie jest bezbolesne i o wiele tańsze!
  1. Przymiarka to tylko połowa efektu końcowego – Nie panikuj, kiedy w czasie przymiarki sukienka nie wygląda tak, jak na projekcie. Ciasto w foremce też nie wygląda tak idealnie, jak po upieczeniu.
  1. Zabierz buty – Odpowiednia długość ubrania to połowa sukcesu. Ponad to, sylwetka prezentuje się zupełnie inaczej w szpilkach, a inaczej w balerinach.
  1. Ubierz odpowiednią bieliznę – Dobry stanik to podstawa, nie tylko w przypadku szycia sukienki. Warto jednak zniwelować różnice, które mogą się pojawić w wyglądzie sukienki po założeniu innego stanika, czy uporać się z problemem wystających ramiączek już na etapie szycia.
  1. Trzymaj się jednej krawcowej – Dzięki temu unikniesz niepotrzebnej straty czasu na szukanie, ale też zbędne pytania. Twoja krawcowa będzie wiedziała, w czym tak naprawdę dobrze wyglądasz, a z czasem stanie się „pogotowiem sukienkowym” na telefon.

Lifestyle Uroda

Żona będzie mogła odmówić mężowi seksu tylko z L4?! Szokująca intercyza. Uciekajmy przed takimi facetami!

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
16 czerwca 2016
intercyza
Fot. Unsplash /
 

Wiecie co, wydawać by się mogło, że żyjemy w nowym świecie. „Nowym” w sensie traktowania kobiet, odmienności. Jasne, jeszcze daleko nam do tolerancji i poszanowania praw innych, no ale gdzieś jakiś krok do przodu został zrobiony. Teraz tylko pilnować by się nie cofnąć, by nikt nie próbował tych praw ograniczyć, czy odebrać.

To jedno.

Drugie – mówi się o równouprawnieniu. I tu nie chodzi tylko o kobiety. Skupmy się na facetach – oni teraz są bardziej emocjonalni, a raczej tę swoją emocjonalność pokazuję. I świetnie. Są w wielu przypadkach fantastycznymi ojcami. Zgadza się.

Więc wytłumaczcie mi, gdzie do cholery uchował się ten typ, który myśli, że jest:

  1. najmądrzejszy
  2. najlepszy – czytaj lepszy od kobiety
  3. najbardziej uprzywilejowany?

No gdzie? Ja na szczęście takich mężczyzn nie spotykam, a może spotykam tylko szowinistyczny smród natychmiast mnie odstrasza i nie wchodzę z nimi w jakieś bliższe dyskusje, a nie daj Boże relacje.

Ale kiedy czytam takie bzdury, jak te na stronie to naprawdę nie wiem – śmiać się, czy płakać, a do czytania natchnął mnie oczywiście Internet.

Otóż sama Fundacja walczy o równe traktowanie kobiet i mężczyzn w sądach podczas orzekania sprawowania opieki nad dziećmi w przypadku rozwodów. I jakby sam cel działania rozumiem. Tak, sama znam ojców, którzy zostali kompletnie przez sąd zignorowani, a ich prawa właściwie wyśmiane.

Ale na miłość boską – jak czytam coś takiego, to myślę sobie: „Chrońcie nas przed takimi facetami”. Nie mogę się powołać tu na katolickiego Boga, bo podobno dokument stworzony i zamieszczony na stronie Fundacji w większości oparty jest na tym, co zostało zapisane w Biblii.

A chodzi o intercyzę przedmałżeńską zaproponowaną przez Fundację. Do jej podpisania i przedstawienia przyszłej małżonce z pewnością namawiani są mężczyźni zwracający się o pomoc do Fundacji, a raczej ci – którzy tej pomocy mogliby w przyszłości potrzebować. Co tam czytamy?

§ 2.
Po urodzeniu dziecka i kolejnych dzieci, Barbara Kowalska do 2-ego roku życia dzieci, będzie opiekować się nimi nie pracując poza domem. Roman Nowak zobowiązuje się, do pokrywania kosztów utrzymania rodziny w tym okresie na poziomie adekwatnym do jego zarobków. W przypadku rażących braków w utrzymaniu domu, Barbara Kowalska będzie mogła zatrudnić się poza domem.

§ 5.

O wyborze przedszkola i szkół dla dzieci do ich pełnoletności, będzie decydował Roman Nowak  po  konsultacjach z żoną.

Przy czym rzeczony Roman Nowak (fikcyjnie podany jako jedna ze stron podpisująca intercyzę) ma również prawo według wzoru podanego dokumenty do decydowania o tym, gdzie z rodziną pojadą na wakacje, a także do jakiego kina czy teratru wyjdą – oczywiście po konsultacjach z żoną.

§ 11.

Kary i nagrody dla dzieci stosuje Roman Nowak,  według swojego uznania, mieszczące się w obowiązujących normach etycznych, w rodzinach Polskich.

Jest jeszcze zapis, że przy dzieciach małżonkowie nie mogą się kłócić, a także nie mogą dyskutować na tematy, w których mają odmienne zdanie, gdzie mogą się spierać.

Jak mogłam jeszcze zapomnieć o tym, że w intercyzie zapisane jest, iż wszystkie posiłki przyrządzone oczywiście przez żonę należy spożywać wspólnie. I tak jak uważam, że rodzinne spędzenie czasu przy stole w trakcie jednego z posiłków jest mega ważne. Tak jednak zastanawiam się, co, kiedy to mężczyzna w domu gotuje (a znam takich) – ano tak, on takiej intercyzy podpisywać pewnie by nie chciał. Poza tym w intercyzie proponowanej przez Fundację jest zapis, że tylko w przypadkach uzasadnionych rodzina przy posiłkach może być niekompletna.

§ 24.

Barbara  Kowalska zobowiązuje się do: noszenia długich włosów (minimum do ramion), i co najmniej w każdą niedzielę i święta, będzie chodzić w sukienkach, podczas trwania małżeństwa.

Uff na szczęście na żonę mężczyzny, który taką intercyzę chciałby podpisać się nie nadaję. I na szczęście dla niego, on by nawet na mnie uwagi w tych moich krótkich włosach nie zwrócił.

I można by się śmiać z tej intercyzy, z tego, że z góry ustala ona, iż dzieci w razie rozwodu będą pod opieką ojca, i podana jest wysokość alimentów, które matka będzie musiała płacić. I że na każdą ze stron nałożone zostanie kara, gdy jedna z nich wystąpi o rozwód lub okaże się, że ma inną orientację seksualną. Oraz ten, że to rzeczony Roman Nowak będzie decydować o wyborze programów TV oglądanych w domu.

Ale są punkty, przy których jednak raczej straszno niż śmieszno:

§ 19.

Żona będzie mogła odmówić mężowi współżycia seksualnego, tylko wówczas, gdy będzie miała zwolnienie lekarskie, dwa dni przed i po menstruacji . Może żona także odmówić współżycia seksualnego mężowi, gdy mąż będzie chciał współżyć seksualnie więcej niż raz dziennie

§ 20.  
Mąż ma obowiązek współżyć seksualnie z żoną, nie mniej jak trzy razy w tygodniu.

Szczerze – czytałam i nie wierzyłam. Dokument został sporządzony w 2007 roku, może uległ przedawnieniu. Może Fundacja zapomina aktualizować stronę? Chyba nie chcę pytać – za co z góry przepraszam oczywiście szanowną Fundację mając nadzieję, że nigdy żadna kobieta czegoś takiego podpisywać nie musiała i nie chciała.

A wam – kobietom, życzę, żebyście facetów podsuwających wam takie dokumenty, a choćby mających poglądy zbliżone do tych zapisanych w intercyzie Fundacji, nigdy nie spotkały!


Lifestyle Uroda

„To był gwałt w białych rękawiczkach”. Przestańmy anonimowo mówić o przemocy seksualnej

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
16 czerwca 2016
Fot. iStock / South_agency

– Nie chcę, żeby o gwałcie mówiono anonimowo. Dlatego nie kryję faktu, że jestem kobietą, która doświadczyła przemocy seksualnej. To, jak zostałam zgwałcona nazywa się „gwałtem w białych rękawiczkach”.

„Długo nie potrafiłam nazwać tego, co się wydarzyło”

Spotykamy się w jednej z jej ulubionych knajp w Warszawie. Wita się ze mną uśmiechnięta, piękna kobieta. Nie w żadnym worku, ze spuszczonym wzrokiem, nerwowo oglądająca się za siebie. Wręcz przeciwnie – otwarta, pełna ciepła.

Ania Sadowska – dziś edukatorka seksualna i pisarka. Sama o sobie mówi, że jest kobietą renesansu. Miała zostać śpiewaczką operową, ale nie dostała się na studia, więc wybrała stosunki międzynarodowe. Jest prezeską Stowarzyszenia Stop Gwałtom i rzeczniczką osób, które doświadczyły gwałtu. A raczej braku wsparcia dla nich. Chce głośno mówić o przyjemności, jaką mogą czerpać z seksu kobiety, które doświadczyły przemocy seksualnej.

– Długo nie potrafiłam nazwać tego, co się wydarzyło. Czujesz, że stało się coś złego, ale do końca nie wiesz co – wspomina Ania i choć nie widać, że wspomnienia sprzed 10 lat wywołują w niej ból, później, po rozmowie, dowiem się, jak było jej ciężko znowu o tym mówić.

Od początku czuła, że to nie jest facet dla niej. Ania: – Obiecałam sobie, że już zawsze będą ufać swojej intuicji, bo wtedy ją zagłuszyłam. Ja – mająca ojca, który na co dzień nosił mundur i swoją córkę wychowywał twarda ręką, potrzebowałam męskiej atencji. Miałam 22 lata, gdy go poznałam. To nie była miłość, ale pewnego rodzaju ciekawość. On bardzo o mnie zabiegał. Był rok starszy. Walczył o mnie, chciał, żebyśmy byli razem. Dałam się złamać. Po latach zobaczyłam, że ten związek od początku był przemocowy. On robił wszystko, by mnie od siebie uzależnić. Mówił, że bez niego jestem nikim, że gdy jego przy mnie zabraknie będę nic nie warta.

Ania, kiedy miała 16 lat obiecała sobie, że dziewictwo straci ze swoim mężem. Nie, nie pochodzi  rodziny o silnie zakorzenionym katolicyzmie. W jej domu seks był traktowany jako normalny temat do rozmów. – Na półkach stały książki, mogliśmy brać, czytać, rodzice bez problemu odpowiadali na wszystkie nasze – moje i brata – pytania. To tata kupował mi tampony, nie było sfery tabu.

I może dlatego, wiedząc, jak seks jest ważny dla człowieka, postanowiła zaczekać. I nie kryła tego przed swoim chłopakiem. – Myślę, że na temat dziewictwa dzisiaj nie chcemy rozmawiać, wstydzimy się tego, swoich poglądów, bo przecież jesteśmy tacy światowi, otwarci i chętni do doświadczania nowego. A ja chciała ten mój pierwszy raz i seks w ogóle przeżywać z kimś, kto będzie mi bliski, kogo będę kochać, kto będzie mnie kochał, kogo będę pewna i komu w pełni będę mogła zaufać. To wszystko zostało mi odebrane.

Wyjechali do jego domu rodzinnego. Ania: – Wieczorem leżeliśmy razem w łóżku, jakieś pieszczoty, nic więcej. I wtedy on spytał, czy chcę coś więcej. Zgodnie z prawdą odpowiedziałam, że „nie wiem”. Bo nie wiedziałam. Nadal chciałam czekać do ślubu, ale też byłam ciekawa. Nie było mi dane podjąć tej decyzji samodzielnie. Zanim się spostrzegłam już był we mnie…

„Długo nazywałam to „niefortunnym pierwszym razem”

To jest taki stan, który trudno opisać. To jest moment, kiedy czujesz, że twoje ciało nie należy do ciebie. Że jest ci obce, a ty nie masz zupełnie nad nim władzy. W sądach pytają: „dlaczego się pani nie broniła?”. A ty nie jesteś w stanie się bronić. Nie jesteś w stanie nic zrobić. Ty nawet nie wiesz do końca, co się dzieje i dlaczego.

Ania: – Płakałam. A on przepraszał, jakby wiedział, że zrobił coś złego. Tylko, że ja nie wiedziałam, co się stało. Długo nazywałam to „niefortunnym pierwszym razem”. Analizowałam, że przecież powiedziałam „nie wiem”, a nie jednoznaczne „nie”. Że to moja wina. Ale przecież on wiedział, że nie chciałam, znał moje poglądy. Wiedział, że nie ma we mnie zgody, myślałam, że o tym moim „nie wiem” porozmawiamy, a nie, że to się po prostu stanie. „Gwałt w białych rękawiczkach” bez krwi, krzyków, przemocy.

Ktoś powie: „Jaki gwałt? Nie protestowała, więc ma za swoje. Po co z nim kładła się do łóżka. Dziewictwo – też mi coś. Miał chłopak szczęście, że mu się dziewica trafiła.”

Ania: – Dopiero po dwóch latach, to, co się zdarzyło, nazwałam gwałtem. Po terapii, po zrozumieniu, że tu nic nie odbyło się za moją zgodą. Że tylko „tak” znaczy naprawdę „tak”… Z tamtym chłopakiem rozstaliśmy się miesiąc po tym wszystkim. Dzwonił do mnie jakiś czas po gwałcie i groził, że się zastrzeli, bo wie, co mi zrobił. Fakt nie nazywał się wprost gwałcicielem i raz udawał, że nic się przecież nie stało, ale tak naprawdę wiedział, że mnie bardzo skrzywdził i jeszcze próbował swoje poczucie winy zrzucić na mnie tym, że się zabije…W ramach terapii spotkałam się z nim po kilku latach. To wtedy powiedział mi, że chciał mnie ukarać, za moje zachowanie, chciał pokazać mi do kogo należy ostatnie zdanie.

Jako osoba, która doświadczyła przemocy seksualnej przeszła różne etapy. – Stałam się frywolną kokietką. Działałam na zasadzie: jak wszystkim pozwolę, to nikt nie weźmie tego siłą. To była maska, to nie byłam ja. Działo się coś złego ze mną, z moim ciałem. Na szczęście potrafiłam to przerwać. Spojrzeć na siebie i powiedzieć: „to nie jesteś ty, nie chcę taka być”. Myślę też, że fakt, iż to od mężczyzny doświadczyłam przemocy, skierował moją uwagę w stronę kobiet, tej delikatnej i dobrej „męskości” szukałam w nich. Byłam przez jakiś czas w związku z kobietą.

„Daj spokój co to za gwałt, sobie wymyśliłaś. Powiedziałaś „nie”, broniłaś się, krzyczałaś?”

Ania woli mówić, że jest kobietą, która doświadczyła przemocy seksualnej. Słowo gwałt ciężko do dziś jej wypowiedzieć. – Wiesz, że biorąc udział w różnych konferencjach związanych z przemocą seksualną jestem w stanie powiedzieć, która z kobiet siedzących na sali doświadczyła gwałtu. Kiedyś była we mnie złość, że nie chcą o tym mówić głośno, dziś to rozumiem.

W Polsce na policję wpływa co roku do 2300 zgłoszeń gwałtu. Ile kobiet o tym, że zostały zgwałcone nie mówi w ogóle? Czasami nie jest nawet świadoma tego, że została zgwałcona, bo gwałt często ma miejsce we własnym łóżku, w zaciszu sypialni. Gwałcicielem najczęściej jest znana kobiecie osoba. Kolega z pracy podczas wyjazdu służbowego, szef, kolega męża, a nierzadko i sam mąż staje się oprawcą. Kiedyś usłyszałam, że często kobiety za swój spokój płacą ciężką monetę bitą z ich własnych ciał.

Wokół gwałtu narosło wiele mitów. Tak wiele, że kobiety same przed sobą nie chcą się przyznać, co się tak naprawdę wydarzyło. Siebie obarczają winą, bo za dużo wypiły, bo zbyt wyzywająco się ubrały, bo to kara za ich zachowanie i otwartość wobec mężczyzn.

Ania: – Moja koleżanka potrafiła powiedzieć: „Daj spokój co to za gwałt, sobie wymyśliłaś. Powiedziałaś „nie”, broniłaś się, krzyczałaś?”. My nawet w kobietach nie znajdujemy wsparcia i zrozumienia. „Sama sobie jest winna” – to najczęściej słyszy ta, która doświadczyła gwałtu. To jest mówione za jej plecami.

Największa pożywką dla gwałtu pozostaje jego anonimowość. Przemocy seksualnej mogła doświadczyć kobieta, którą codziennie spotykamy w tramwaju, może być mama jedno z kolegów naszych dzieci, to może być sąsiadka, która nigdy nie przyzna się do tego, co w jej życiu się wydarzyło. Dlaczego? Bo podobnie jak inne kobiety, które zgłosiły się na policję, nie chce być wyzywana od „zdzir”, „dziwek”, bo boi się, że może to być prowokacją dla innych mężczyzn.

„Nie chcę być kolejną odhaczoną anonimową kobietą, która doświadczyła gwałtu”

Ania nie zgłosiła gwałtu na policję, choć jej mama – policjantka, to sugerowała. – Nie oszukujmy się. Co by mi to dało. Zgwałcenie w białych rękawiczkach w aktualnych zapisach przepisów karnych nie wyczerpuje znamion przestępstwa, co najwyżej można to nazwać wykorzystaniem bezradności. I teraz dochodź swoich praw, lata po, słowo, przeciwko słowu, kiedy prawo i przekonania społeczne nie stoją po twojej stronie. Mojej mamie powiedziałam kilka lat po gwałcie. Nie zgłosiłam się na policję, ale postanowiłam skończyć z anonimowością. Nie chcę być kolejną odhaczoną anonimową kobietą, która doświadczyła gwałtu. Przeszłam zespół stresu pourazowego, choć do dzisiaj, gdy czytam o gwałtach, o przemocy wobec kobiet, boli mnie podbrzusze, moje ciało daje mi znać, że ze swoją własną traumą do końca się nie uporałam. Mówienie o tym, że gwałt nie powinien pozostać w cieniu anonimowości, że osoby, którego go doświadczyły mają prawo do szczęśliwego życia seksualnego po uporaniu się z tragedią, jaka ich spotkała, jest dzisiaj moją misją. Chcę pokazać kobietom, że nie jesteśmy ofiarami, tylko, że jesteśmy ocalałe, bo przetrwałyśmy tę tragedię, żyjemy nadal i mamy prawo być szczęśliwe. Zajmuję się dzisiaj mówieniem o pozytywnym seksie po doświadczeniu przemocy, o tym, że osoba, która doświadczyła gwałtu może w swoim dalszym życiu czerpać przyjemność z seksu, trzeba jej tylko o tym powiedzieć, pokazać, uświadomić. Na tym chcę się skupić przede wszystkim i nadal sama się tego uczę.

Sama, konsekwentnie unikając w swoim rzecznictwie słowa ofiara, nazywa siebie i osoby, które doświadczyły przemocy seksualnej Kintsukoroi – to stara japońska sztuka naprawiania potłuczonej porcelany złotem. Terapeutyczny wymiar legendy związanej z tą sztuką ukazuje prawdziwie piękno i wartość w przedmiotach popsutych i naprawionych. I to jest dla niej metaforą podnoszenia się po traumie, fakt, że po doświadczeniu popsucia można być uznanym za dzieło sztuki. Tworzy grupę wsparcia dla kobiet, które doświadczyły gwałtu w ramach Stowarzyszenia Stop Gwałtom. I mówi o pozytywnym seksie, bo tylko takiego chce już doświadczać i chce by doświadczały go inne, jak ona – ofiary przemocy seksualnej.rz


Zobacz także

Pokaz mody dziecięcej, jako finał tegorocznej współpracy Mustache.pl i Omenaa Foundation

Idziemy jak ten koń z klapkami na oczach. I nagle budzimy się w miejscu, kiedy właśnie odchodzi od nas partner, jesteśmy maksymalnie wypalone

Zmęczenie, zmarszczki, szara cera – można temu zaradzić

www.pharmacy24.com.ua

левитра

Augmenter le potentiel