Lifestyle

ROWER – MOJA WIELKA PASJA

Małgorzata Rubin-Bedra
Małgorzata Rubin-Bedra
6 czerwca 2016
 

„Każdy ma jakiegoś bzika, każdy jakieś hobby ma …” – a moją wielką pasją i miłością stał się  rower.

Początki sięgają 1998 roku, kiedy nie świadoma rozmiaru przedsięwzięcia, wybrałam się z koleżanką do Częstochowy. To była specjalna misja, którą ona zaplanowała; trasa Zabrze – Częstochowa – Zabrze, 140 km, od godziny 5. rano do 24., na rowerach, które nie miały przerzutek i które prawie nie jechały (z braku przełożeń oraz swej dużej wagi). Przygoda życia. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, iż za prawie 20 lat, będę pisać ten tekst o rowerach, jeżdżeniu i że akurat ten sposób aktywności stanie się dla mnie czymś więcej, niż zwykłym zainteresowaniem.

Później kupiłam na raty swój własny rower, który służył mi kilka lat i którym pojechałam na pierwszą randkę z przyszłym mężem :). Jak się później okazało, to właśnie rower stał się naszą jedyną wspólną pasją, (poza nią prawie wszystko nas różniło, filmy, książki, osobowościowo też jesteśmy zupełnie inni).

To właśnie z mężem kupiliśmy pierwsze stroje: spodenki kolarskie z tzw. pampersem (wkładką), oddychające koszulki, kurtki oraz kaski. No i lepsze rowery, oczywiście „górale”, wtedy marki Author. Dużo jeździliśmy po okolicy, lasach, wale nad Wisłą, Puszczy Kampinoskiej, do Niepokalanowa, zabierając też rowery na wakacje.

Z czasem, moja świadomość i wiedza dotycząca świata rowerowego, rosły. Nowi, ciekawi znajomi, niektórzy startujący w maratonach, inni odbywający dwutygodniowy urlop w Holandii – z dwójką dzieci w przyczepce rowerowej i namiotem.

Uwielbiałam zawsze nasze przygody. Jako, że od kilku lat w Polsce latem są duże upały, których mój organizm nie toleruje, zaczęliśmy wychodzić na rower już o 5 rano. W lesie i na szlakach jest wtedy pusto, słychać śpiew ptaków, spotkać można przebiegające sarny, zające, lisy, dziki, wiewiórki; w słońcu mieni się poszycie, pachnie las, a cała przyroda jest jeszcze piękniejsza niż zwykle.

Nauczyłam się wychodzić każdego dnia, kiedy tylko mogę, nawet tylko na pół godziny, a jazda na rowerze stała się dla mnie odpoczynkiem i dużo ciekawszą od zwykłego spaceru. Kiedy przychodzi weekend, wówczas udaje się wypuszczać na dużo dłużej i więcej.

Dziś wiem, że „rower to stan umysłu” :).

Po rowerze marki Author, miałam Trek’a, Kross Lea, Kross Hexagon, aż nauczyłam się jak prawidłowo dobiera się rozmiar ramy. Od zeszłego roku, krok po kroku, weszłam w świat osprzętu i z pomocą kilku znajomych, profesjonalistów, zbudowałam swój „ROWER MARZEŃ”. Skrzętnie dobierałam każdy element, każdą część, wszystko jest dobrze przemyślane. Wiem co to jest grupa Shimano SLX, XT, XTR, koła z piastami na łożyskach maszynowych, rodzaje suportów, rodzaje materiałów ram rowerowych (stal, aluminium, karbon, tytan). Wiem, jak ważna jest waga roweru (niska), jego zwrotność. Umiem rozkręcić mechanizm korbowy wraz z pedałami, wyjąć suport i przeczyścić skrzypiący środek suportu (w ramie karbonowej, gdzie dziś robi się zazwyczaj rodzaj Press-Fit); lubię mieć dobre narzędzia: klucze imbusowe, torx’y, klucz dynamometryczny, smary i pasty – to mnie ekscytuje.

Zaczęłam też używać pedałów zatrzaskowych SPD. Nie było łatwo, ale technika jazdy w nich jest zupełnie inna, o niebo lepsza, inna praca nóg, etc. Poznałam też świat ciuchów rowerowych, butów, komfort jazdy w spodenkach na szelkach (np. nie uciska wówczas guma na „oponce” :)) oraz szeroką gamę firm szyjących owe ubrania. Mam nawet biżuterię rowerową(!), zrobioną m.in.  z ogniw łańcucha rowerowego (pozdrowienia dla szalonej A. z jezdzisz.pl!).

Gdyby tylko zdrowie pozwalało, brałabym udział w maratonach MTB.

Dobrze jest mieć coś, co człowieka fascynuje, ekscytuje i porywa bez reszty. Tak uważam, tak czuję. To mój świat, świat roweru


Lifestyle

Choroba w rodzinie – to tak bardzo trudne…

Małgorzata Rubin-Bedra
Małgorzata Rubin-Bedra
10 lipca 2016
 

Doświadczenia własne, ale też i ludzi, których spotykam w swoim życiu, skłoniły mnie do napisania o czymś, co jest okrutnie trudne i tak bardzo ważne jednocześnie. O chorobie w rodzinie…
Choroba dziecka, żony, męża, matki, ojca – widziane oczami rodziców tych dzieci, rodzeństwa czy też samej osoby uwikłanej w problemy zdrowotne.

Jak wygląda życie w takiej rodzinie? Jak układają się relacje między jej członkami, co czują , co myślą? Co jest dla nich najtrudniejsze? Z opisanych przeze mnie historii ludzkich wynika, że w całej sytuacji związanej z chorobą – to nie ona jest najgorsza i najtrudniejsza. To samotność, brak wsparcia i zrozumienia oraz poczucie INNOŚCI.

Zadaję sobie pytanie, z czego to wszystko wynika? Z czego wynika odsunięcie się znajomych, przyjaciół, rodziny; pretensje i stygmatyzacja? Czy tylko dlatego, że w  takich sytuacjach znajomi i przyjaciele nie rozumieją danej jednostki chorobowej, boją się, nie umieją zachować, wolą milczeć, „żeby nie urazić”?

Czy też powodem jest np. zachowanie rodziców chorego dziecka i samej osoby chorej, bo stoją przed wielkim problemem i pytaniem: Co dalej? Co teraz? Co z naszym życiem, co taka sytuacja będzie oznaczała w dalszym życiu? I sami są tak obciążeni tym faktem, że na jakiś czas odsuwają się od reszty świata, skupiając się na chorobie, walce i próbie nauczenia się, jak z tym żyć na co dzień.

Oto dwie historie rodzin z choroba w tle. Z pozoru bardzo różnią się od siebie. Łączy je właśnie fakt, jak destruktywnie na zdrowie wpływa poczucie osamotnienia, inności, braku wsparcia, a jak wielkim i ważnym wzmocnieniem jest obecność drugiej osoby, rodziny, przyjaciół, zrozumienie.

HISTORIA KASI

„O chorobie dziecka dowiedziałam się będąc w siódmym miesiącu ciąży, podczas badania USG. Lekarz, który wykonywał USG,  długo patrzył w monitor a potem powiedział: To dziecko jest bardzo chore, ma niedrożną dwunastnicę, niedrożność przewodu pokarmowego, całkowity kanał przedsionkowo – komorowy SVD, a to są cechy charakterystyczne dla dzieci z Zespołem Downa. Nie zemdlałam tylko dlatego, że leżałam w czasie badania. Załamałam się, ale tylko na początku. Potem zaczęłam działać. Szukałam w internecie wszystkiego, co jest związane z Zespołem Downa, odwiedziłam Fundację „Bardziej Kochani”, uczestniczyłam w jednym z wykładów zorganizowanym przez fundację dla rodziców dzieci z ZD. Ale w głębi stale cierpiałam. Mąż (Paweł) wmówił sobie, że nasze dziecko nie jest chore. Wierzył, że to pomyłka… Nie rozmawiał ze mną o tym. To było dla mnie straszne, ponieważ nie miałam w nim psychicznego i emocjonalnego wsparcia. Mogłam porozmawiać z rodziną, siostrą, rodzicami, ale nie z nim.

Chorobę Kasi zaakceptowałam w zasadzie od razu, w momencie, kiedy ją zobaczyłam, była piękna, bez względu na swoje wady i ZD.
W całej tej sytuacji najtrudniejsze było to, że córeczka spędziła prawie całe swoje życie w szpitalu.  Bardzo trudne były także rozmowy z lekarzami. Bardzo przykre i przygniatające było to, że nikt nie chciał pomóc nam, rodzicom. Co to oznacza?

W szpitalu pacjent jest uzależniony od lekarzy. Jeżeli trafisz do szpitala, to twoje zdanie już się nie liczy. Po urodzeniu się Kasi, pani ordynator przyszła do mnie do pokoju, byłam sama. Krzyczała na mnie, bo chciała żebym podpisała dokumenty, których nawet nie przeczytałam. Nie rozmawiała ze mną, nie wytłumaczyła spokojnie wszystkiego, ona krzyczała i szantażowała mnie, że jeżeli nie podpiszę dokumentów, to zostaną mi odebrane prawa rodzicielskie. Prawa rodzicielskie chciano nam odebrać trzy razy w ciągu ośmiu miesięcy pobytu Kasi w szpitalu. To metoda lekarzy na to, żeby rodzice od razu podpisywali zgody na zabiegi, operacji, które w przypadku mojego dziecka były eksperymentami, wydłużającymi jej życie, a co za tym idzie – wielkie cierpienie. Koszmar. Nasze zdanie, pytania nie liczyły się. Rodzice chorych dzieci traktuje się, niestety, przedmiotowo.

Ktoś mógłby zapytać: Skąd czerpać siłę na kolejne dni, na tę „walkę”? Otóż, to dziecko daje siłę; my musieliśmy być silni, dla niej. Córka była w szpitalu, a tam trzeba było opiekować się nią cały czas – karmić, myć, przebierać, pielęgnować. Nie było czasu na płacz i zmartwienia. Przy chorym dziecku nie można okazywać słabości, bo ona musiała czerpać siłę od nas. Oprócz tego, wsparcie otrzymywaliśmy od swoich rodziców. Ja na pewno. Po całym dniu spędzonym w szpitalu mogłam się wypłakać w domu, rodzicom, siostrze.
Wiedziałam też, że jeżeli ja córkę pokocham i będę przy niej szczęśliwa, i jeżeli będę ją traktowała normalnie, to pozostali cała sytuację zaakceptują. I tak było, przynajmniej ze strony rodziny. Jeśli chodzi o otoczenie, znajomych, czy nawet najbliższych przyjaciół, to… Muszę przyznać, że to dziwne, ale w takich momentach wszyscy się odsuwają, nie chcą przeszkadzać. Ludzie znikają, nie dzwonią, nie przyjeżdżają.

Nasza Kasia żyła tylko dziewięć miesięcy i tylko jeden miesiąc była w domu. W szpitalu odwiedzali nas moi rodzice, moja siostra, czasami  wpadła mama Pawła. Kiedy byliśmy w domu odwiedziło nas kilka osób z rodziny, kilkoro przyjaciół. Zwyczajem jest odwiedzanie nowonarodzonych dzieci – kilka osób taką wizytę zaliczyło i to koniec. To przykre, ale w momencie trudnym, kiedy potrzebujesz pomocy, nawet zwykłej pogadanki –  nikogo nie ma. Zostają najwierniejsi, czyli najbliższa rodzina. Ja nie myślałam o tym, żeby na siłę dzwonić do ludzi, żeby nawiązywać relacje, nie o to chodzi. Nie miałam zresztą na to czasu. Ale miło byłoby mi wtedy, gdyby od czasu do czasu ktoś wpadł, porozmawiał.

Wracając zaś do reakcji mego męża na chorobę córki, to… To dziwne, ale kiedy o tym myślę dziś, to przypominam sobie, że o problemach, o szpitalu, o cierpieniu dziecka i moim rozmawiałam z różnymi osobami, a z Pawłem najmniej. Może kilka razy pogadaliśmy. Kiedy usłyszałam od niego, że trzeba się ogarnąć, stanąć twardo na ziemi i przestać ubolewać, to bardzo się zdystansowałam w stosunku do niego. Ja potrzebowałam wsparcia, zwykłego ramienia, na którym można się wesprzeć i wypłakać, a on  odsuwał się ze swoim ramieniem. Paweł przyjeżdżał do szpitala, bawił się z Małą, karmił, kąpał, ale potem wracaliśmy do domu sami  i zawsze pragnęłam pogadać o moich emocjach, o tym co jest we mnie, o moim bólu i cierpieniu. Pragnęłam, żeby mnie objął, przytulił i powiedział: Poradzimy sobie, razem przez to przebrniemy. Kiedy Kasia umarła nie płakał, nawet na pogrzebie nie płakał. Może to normalne, ale ja zawsze o tym myślałam. Nie rozumiałam tego, on po jej śmierci przeszedł do porządku dziennego, jakby nic się nie stało. Ja z kolei załamałam się, to był bardzo ciężki czas. Może nawet trudniejszy, niż czas, kiedy Mała żyła. Paweł nie rozumiał mojej żałoby, wymagał ode mnie zaakceptowania tego, co się stało. Ja to zaakceptowałam, ale potrzebowałam więcej czasu niż on. Po ośmiu latach małżeństwa dowiedziałam się, że już wtedy powinien był mnie zostawić.”

HISTORIA MAGDY (Dorosłego Dziecka Alkoholika)

„Dopiero w wieku 27 lat zrozumiałam, że mój ojciec jest alkoholikiem, że w domu była przemoc, a moja rodzina całe życie udaje, iż jest inaczej, że jest OK. Dowiedziałam się tego podczas terapii, w momencie, kiedy moje  życie rozpadło się na kawałki.

Okazało się, że wszystkie moje dotychczasowe problemy emocjonalne i zdrowotne wynikają z tego, jaki był mój dom. A w domu nie mówiło się głośno o tym, że ojciec pije, stosuje przemoc psychiczną i fizyczną, to była taka „wisząca tajemnica”. Ja próbowałam interweniować, miliony razy, kiedy ojciec kolejny raz urządzał awanturę (o nic), przeklinał nas – dzieci i mamę, kiedy rzucał czym popadnie albo krzyczał, że „trzeba nas lać, póki krwią się nie zaleje”. Próbowałam wtedy na swój sposób reagować, też krzyczeć na niego, przeklinając go, ale wówczas wkraczała mama i strofowała: Jak tak możesz odzywać się do ojca? Tak nie wolno! I to było najgorsze. Bo ja tego nie rozumiałam, ale ona w ten sposób zaburzała moje postrzeganie sytuacji, dawała mi do zrozumienia, że nie mam racji, że się mylę i wymyślam problemy. A problem przecież nie istnieje, bo tata nas kocha. To bardzo mocno wpłynęło na moje emocje, powodowało ogromną huśtawkę emocjonalną, zaburzało prawdę o tym, co czuję i o tym, jaki naprawdę jest mój ojciec i mój dom. Moja mama nigdy nie przyznała się do tego, że jej mąż jest alkoholikiem. I tak naprawdę, przez swoje zachowanie i okłamywanie siebie i nas, nie ochroniła nas, swoich dzieci. Mam do niej ogromny żal o to.

W związku z życiem w takim domu, doświadczaniem przemocy i kilkoma innymi (bardzo trudnymi) sytuacjami życiowymi – w pewnym momencie odezwały się skrywane lęki, fobie i inne problemy zdrowotne. Miałam 23 lata, kiedy chroniczne bóle głowy zdeterminowały moją codzienność. Do tego doszedł lęk przed jeżdżeniem środkami komunikacji. Przez 5 lat nie byłam w stanie pojechać ani na wakacje, ani (co najgorsze) na spotkania z przyjaciółmi. A miałam ogromne szczęście do spotykania dobrych ludzi, całe życie. To niezwykły dar, bo też oni wpłynęli na to, jakim jestem człowiekiem, oni tak naprawdę mnie wychowali. Ja sama byłam duszą towarzystwa. Dopóki nie dopadły mnie fobie – jeździłam po całym kraju i świecie, biegałam po górach (to moja wielka miłość). Uwielbiałam spotykać nowych ludzi, nawiązałam kilka cudownych przyjaźni, najważniejszych w moim życiu.

Ale w momencie pojawienia się problemów ze zdrowiem, nie umiałam o nich mówić najbliższym (rodziców i braci pomijam, bo nigdy żadnej zażyłości między nami nie było, nie umiemy ze sobą rozmawiać). Nie mówiłam im, dlaczego nie mogę przyjechać na kolejne spotkanie, dlaczego nie jeździmy razem na kolonie (jako wychowawcy), czy też w góry. Dlaczego kontaktuję się tylko przez telefon. Dziś wiem, że ogromnie wstydziłam się swego stanu, bo nie rozumiałam tych wielkich zmian. Dziś też, domyślam się, że to moja mama nauczyła mnie chować emocje, nie mówić o nich głośno i że to jest nienormalne. Ona właśnie całe życie dawała mi poczucie, że jestem nienormalna, inna. Nawet, jeśli chodziło o religijny wyjazd za granicę, czy to, że mam przyjaciółkę i tym się chwalę. Dlatego, byłam całkiem sama, ze strasznymi bólami głowy, irracjonalnymi lękami i fobią komunikacyjną. A moi przyjaciele odsuwali się powoli, mijały lata, ich życie też się zmieniało.
W momencie, kiedy było już naprawdę źle, a mój stan chorobowy osiągnął apogeum – poznałam mężczyznę, który okazał się miłością mojego życia, a później mężem… To on wziął mnie za rękę i zaprowadził do lekarzy. Leki zadziałały na depresję, uwierzyłam i zaufałam, a życie zdawało się powoli zmieniać na lepsze. Nikt nie spodziewał się, że 27 lat życia w domu z ojcem alkoholikiem i przemocą, nie da się naprawić w ciągu kilku lat terapii. Bo z roku na rok, wychodziły nowe problemy, a bóle głowy trwały.

Najgorsze i najtrudniejsze było podejście najbliższej rodziny. Oni nie wspierali, a wręcz „dobijali”. Nadal woleli udawać „normalną” rodzinkę, siedzieć przy stole z ojcem pijącym wódkę, a mi nie dawać prawa do moich emocji i tego, że dla mnie widywanie ojca jest nie do zniesienia i wpływa destrukcyjnie. Szybko więc stałam się czarną owcą w rodzinie, tą, która jest zawsze INNA. Ciągle też odczuwałam ich pretensje – dlaczego wciąż jestem chora, dlaczego nie zdrowieję szybciej i nie prowadzę życia takiego, jak oni. Traktują moją chorobę jako fanaberię. Wiele razy myślałam, że lepiej byłoby mieć np. raka – wtedy oni by współczuli, okazywali zrozumienie, dawali prawo do złego samopoczucia, moich autonomicznych decyzji. A to oni stali się najbliższym otoczeniem, bo przyjaciele pozakładali rodziny, poustawiali sobie życie po swojemu, byli daleko… Bardzo mi ich brakowało, ich akceptacji, bliskości, rozmów, obecności. Kiedy byłam na to gotowa – zaczęłam próby naprawiania relacji z nimi. Ale to okazało się niemożliwe… Nie mogłam tego zrozumieć, miałam ogromny żal i pretensje. Przecież mieliśmy być PRAWDZIWYMI przyjaciółmi, do końca życia, na dobre i złe. Pytałam siebie i ludzi: To wtedy, gdy byłam zdrowa, fajna i mogliśmy razem latać po górach –  to byłam dobrym przyjacielem? A teraz, kiedy potrzebuję wsparcia i chcę wszystko naprawić – wy mówicie, że jest za późno? Jedna z osób powiedziała mi wręcz: Musiałam się nauczyć żyć bez ciebie. I to był dla mnie wielki cios. Odpowiedzialnością za ten stan długo obarczałam ich, moich cudownych przyjaciół. Bo byłam sama, a obok rodzina z pretensjami i stygmatyzująca mnie na co dzień.

Dziś już rozumiem, że i ja jestem „winna”. Popełniłam wiele błędów, choć nieświadomie. Bo, będąc w środku swej choroby, wstydząc się objawów – nie dopuszczałam do siebie nikogo. Być może moi przyjaciele próbowali wtedy dotrzeć do mnie, pytali setki razy: Co ci jest? Co się dzieje? A ja milczałam, zbywałam ich, byłam takim „betonem”.

W swej historii piszę dużo o samotności w chorobie. Do końca tak nie jest. Mam wspaniałego męża, który mnie uratował i jest ze mną już 10 lat. Nie jest nam łatwo, bo kiedy choruje jedna osoba – dotyka to cała rodzinę, a więc i jego. Jest bardzo dzielny, czuły, dobry, ale jest nam też bardzo ciężko. Myślę jednak, że dopóki trwa nasza miłość – będziemy walczyć do końca. Razem.”

O podsumowanie moich przemyśleń i opisanych historii, poprosiłam psychologa z wieloletnim stażem, panią Kingę Drechny-Możańską.  Spytałam ją, jakie wnioski nasuwają się po przeczytaniu wyżej wymienionych historii. Co jest najtrudniejsze w sytuacji choroby w życiu człowieka?

Czy przykład Janusza Świtaja nie jest dowodem na to, że miłość, wsparcie grupy ludzi zmienia rzeczywistość i codzienność związaną z chorobą i pomaga nieco lepiej sobie z nią radzić? Przykuty do łóżka, bez możliwości poruszania się, skazany na dożywotnie kalectwo oraz pomoc rodziców – kilka lat temu napisał list z prośbą o zaprzestanie uporczywej terapii. Wtedy to, opieką objęła go Anna Dymna i jej fundacja, otoczyła ludźmi i nadzieją, dała możliwość pracy w fundacji na pół etatu. Panu Januszowi wszczepiono też pompę baclofenową, która przez całą dobę dozuje lek prosto do kręgosłupa, dzięki czemu napięcia spastyczne są bardziej znośne. Towarzyszy mu też asystent. To wszystko sprawiło, że pan Janusz Świtaj zaczął inaczej żyć i inaczej znosić swoją chorobę i kalectwo. Małymi krokami walczy z bardzo trudną codziennością, napisał książkę, zdobył swoje K2 (czyli wjazd na Kopiec Kościuszki w Krakowie), w 2013 r. rozpoczął studia…

Kinga Drechny-Możańska: Choroba. Różne są choroby, osoby chorujące, ludzie je otaczający, bliżsi i dalsi, różne konsekwencje chorób. Często to po prostu nieco krótszy lub nieco dłuższy okres gorszego samopoczucia, nic przyjemnego, trochę dezorganizuje codzienny rytm, ale szybko mija. Dla niektórych to wydarzenie, które zmienia bardzo wiele, prawie wszystko.
O takich właśnie sytuacjach, w których zmienia się wiele, mówi powyższy tekst.  Każda z opisanych historii jest ogromnie poruszająca i wyjątkowa. Na każdą z nich można spojrzeć z wielu różnych stron. W każdej z tych opowieści bardzo ważnym aspektem są zmiany w relacjach z ludźmi, towarzyszące chorobie. Poczucie osamotnienia, niezrozumienia, które niesie za sobą dodatkowe cierpienie.

Niewątpliwie poważna choroba własna, w rodzinie, u znajomych jest dodatkowym trudem w relacjach, wyzwaniem.  Często zmienia sposób spostrzegania siebie i innych, zarówno u osoby, która choruje, jak i u tych, którzy ją znają.

W tak trudnej sytuacji często na początku następuje szok, zaprzeczanie, potem bunt, niezgoda na to, co się dzieje, a dopiero potem próby wypracowania bardziej lub mniej konstruktywnych sposobów przystosowania się do zmienionej sytuacji. Towarzyszące chorobie cierpienie, ból fizyczny i psychiczny, stres, lęk, złość, rozpacz, napięcie, konflikty wewnętrzne  wpływają na relacje z innymi.

Na początku choroby bywa, że trudno jest kontaktować się z innymi tak jak dotychczas. Sama skomplikowana logistyka życia z chorobą nie zostawia za wiele czasu na życie towarzyskie. Do tego dochodzą trudne uczucia – lęku, złości, żalu, smutku. Ani nam do ludzi, ani z czym do ludzi. A z drugiej strony pojawia się potrzeba rozmowy, spotkania. Tylko często trudno się w tej sprawie porozumieć.

Zmienia się sytuacja i czasem trochę nie wiadomo, jak się traktować nawzajem – czy tak, jak przedtem? Jakby nic się nie stało? Czy zupełnie inaczej – ale jak? Skoro nie wiadomo, to mogą pojawić się obawy – żeby nam nie było trudno, żeby kogoś nie urazić. Na to, jak wyglądają zachowania ludzi w czasie choroby, w istotny sposób wpływa poczucie zagrożenia i związana z nim potrzeba ochrony siebie i ochrony bliskich. Niektórzy wolą się wycofać, unikać trudnych uczuć, czy ewentualnego zranienia innych swoim bólem, czy niedelikatnością. Inni starają się kontaktować z osobami, które dotknęła choroba, czując, że w ten sposób mogą im pomagać w trudnej sytuacji.

Poza samą chorobą na aktualne relacje ogromny wpływ ma to, co działo się wcześniej. Zarówno to, kim jest dana osoba, jak myślała wcześniej o sobie i innych, w jaki sposób kontaktowała się z ludźmi, jak i to, kim są osoby, z którymi teraz chce się kontaktować, ich własna historia relacji z innymi. Czasem niektóre osoby niegdyś bliskie stają się dalekie, a te wcześniej dalekie czy wręcz nieznane – bliższe.

W związku z tym, nie jest łatwo każdemu znaleźć odpowiedź na pytanie, jak radzić sobie z sytuacją choroby – razem czy osobno? I na czym to razem lub osobno ma polegać?
Wiadomo jednak, że izolacja, odrzucenie przysparza cierpienia zarówno osobom chorującym, jak i ich otoczeniu, dzieli, wzmaga lęk, poczucie osamotnienia i niezrozumienia u jednych, poczucie winy u drugich. Zaś wsparcie społeczne w sytuacji choroby, niepełnosprawności ma ogromne znaczenie – wspólne bycie, wspólne przeżywanie nawet bardzo trudnych uczuć pomaga wszystkim.  Nie należy w nieszczęściu zostawiać ludzi samych, warto wspierać ich – nawet jeśli trudno się przebić przez ich izolację wynikającą z lęku, smutku, żałoby. Każda z osób dotkniętych w taki czy inny sposób chorobą może skorzystać z relacji z innymi ludźmi. Jednak to, jak miałoby to wyglądać, zależy od indywidualnego rozeznania potrzeb i możliwości zarówno takiej osoby, jak i osób z jej otoczenia. Takie wsparcie nie musi oznaczać tylko pełnego zaangażowania w czyjeś sprawy, pomocne mogą być też zwykłe kontakty towarzyskie takie jak rozmowa telefoniczna, sms, e-mail czy spotkanie przy herbacie. Nie trzeba od razu wiedzieć, jak być z innymi ludźmi w cierpieniu czy cudzym, czy własnym – można się tego dowiadywać będąc z nimi tak, jak na dany moment się potrafi. Sama obecność życzliwych osób pomaga w radzeniu sobie z nawet bardzo trudnymi sytuacjami życiowymi.

 

(imiona osób, występujących w opisywanych historiach, zostały zmienione)


Lifestyle

Niewidome dzieci w Indiach – rozmowa z s. Sarą

Małgorzata Rubin-Bedra
Małgorzata Rubin-Bedra
5 czerwca 2016
Fot. Unsplash /

Sarę poznałam na studiach. Jest siostrą zakonną ze Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża. Wielu z nas, zgromadzenie to znane jest z pracy z dziećmi niewidomymi (np. w Laskach k. Warszawy). Siostra Sara ujęła mnie swoją prostotą, a przede wszystkim  „normalnością” w byciu z drugim człowiekiem. Przyjaźnimy się od 18. lat, z czego kilkanaście przebywała na misjach w Indiach.

Rozmowa, którą odbyłam z Sarą w 2009 r., jest  o dzieciach stamtąd – z dalekiej Azji – które dotyka bieda i śmiertelne choroby oraz o niewidomych sierotach i ich opiekunach.

Małgorzata Rubin-Bedra: W którym roku wyjechałaś na misje i dlaczego był to ten kraj?

Sara: Wyjechałam w lutym 2003 roku, do południowych Indii, do stanu Karnataka, miasta Bangalore, do pracy wśród niewidomych dzieci.

A dlaczego to miejsce? Nasze zgromadzenie rozpoczęło pracę w Indii w 1989 roku, kiedy to dowiedziałyśmy się,  że w tym około miliardowym społeczeństwie aż 15 milionów to osoby niewidome, z czego zaledwie 2,5 procent, to osoby edukowane. Corocznie około 40 tys. dzieci traci wzrok z powodu niedożywienia i braku witamin.

Zaistniała potrzeba, by wesprzeć nasze siostry tam pracujące, dlatego tez Matka Generalna  zapytała, czy nie chciałabym wyjechać. Przyjęłam to z ogromna radością. Od lat marzyłam o pracy na misjach, a moim ideałem była Matka Teresa z Kalkuty, którą miałam okazję spotkać w Polsce.

Kiedy wyjeżdżałaś na misje miałaś 30 lat, a w niedługim czasie zostałaś przełożoną międzynarodowej wspólnoty. Czy to nie za duże obciążenie, zbyt wielki trud?

Kiedy wyjeżdża się na misje, trzeba być gotowym na wszystko. I łączy się wiele odpowiedzialności razem. Na początku nie było mi łatwo, szczególnie jeśli chodzi o język. Mimo krótkiego kursu języka angielskiego, który miałam w Polsce, po przylocie do Indii trudno mi było zrozumieć miejscowych ludzi, którzy przecież mówili właśnie po angielsku, choć wymawiali trochę inaczej i właśnie to było trudne. Ale z czasem, już na miejscu, bardzo wiele nauczyłam się od moich Indyjskich sióstr – nie tylko języka, ale także zwyczajów, kultury i mentalności ludzi.

Czym się tam zajmujecie?

Prowadzimy w Bangalore – stolicy stanu Karnataka – ośrodek dla dzieci niewidomych o nazwie Jyothi Seva, co w sanskrycie oznacza „Służbę Światłu”.

W skład tego ośrodka wchodzi szkoła podstawowa (Jyothi Seva Primary School for the Blind) i internaty. Obecnie, przebywa w nich 85 niewidomych i słabowidzących dzieci, w tym 20 sierot. Pozostałe dzieci pochodzą w większości z bardzo ubogich rodzin, ze slumsów  naszego miasta i wiosek w jego pobliżu. Mamy tez dwie dziewczynki z kolonii trędowatych ze stanu Czatisgar, odległego od nas o 26 godzin drogi pociągiem. Dla większości dzieci pobyt u nas to jedyna szansa na zdobycie wykształcenia i usamodzielnienie się w przyszłości. Po ukończeniu VII klasy w naszej szkole wysyłamy naszych uczniów do integracji, uzupełniają wykształcenie razem z widzącymi rówieśnikami, mieszkają nadal w naszych internatach, mają też lekcje wyrównawcze z nami.IMG_0023.-371x495

W szkole są takie same przedmioty jak i w innych szkołach dla dzieci widzących, wszystkie są wykładane po angielsku. Dodatkowo dzieci uczą się kannada, języka naszego stanu, a także języka hindi, który ma stać się ogólnoindyjskim. Dodatkowymi zajęciami w szkole są: nauka języka Braille’a (alfabetu dla niewidomych), czynności życia codziennego, orientacja przestrzenna, komputery (ze specjalnymi programami dla niewidomych). W internacie natomiast, dzieci uczą się śpiewu – maja chór w j. angielskim, ale także chór w j. kannada, uczą się gry na pianinie, casio, skrzypcach, a także tradycyjnego tańca indyjskiego o nazwie bharathanatyam oraz tańców ludowych. Wiele z dzieci jest utalentowanych muzycznie, a taniec mają we krwi. Jedna z nauczycielek prowadzi popołudniami zajęcia z fizjoterapii i masażu leczniczego. To dzięki niej kilkoro z naszych sierot zaczęło chodzić, mimo, że przyszły do naszego ośrodka po kilku latach leżenia jedynie w łóżku, a ortopedzi nie dawali im szans na samodzielne poruszanie się.

Ile jest sióstr, z jakich krajów, na czym polega zadanie każdej z sióstr?

We wspólnocie w Bangalore jest nas 21 sióstr, w tym 2 Polki. W naszym domu odbywa się też pierwszy etap formacji zwany aspiratem podczas którego kandydatki do zgromadzenia (obecnie jest ich 7, pochodzą z różnych indyjskich stanów) uczą się angielskiego i przygotowują do pracy z niewidomymi.

Mamy jeszcze jedna placówkę w Indiach – w stanie Tamil Nadu, w mieście Kotagiri. Znajduje się tam dom formacyjny oraz ośrodek dla starszych niewidomych dziewcząt, gdzie uczą się dziewiarstwa i koszykarstwa. W tej wspólnocie jest obecnie 1 Polka, 5 Indyjek, 1 siostra ze Sri Lanki, 9 nowicjuszek i 4 postulantki, w tym jedna z Zimbabwe.

W ubiegłym roku 3 nasze indyjskie siostry wyjechały do pracy w szkole dla niewidomych w Rwandzie.

Budujemy także szkołę i internat w stanie Megalaja, w północno-wschodnich Indiach, gdzie w bardzo licznych i ubogich rodzinach jest wiele niewidomych dzieci, nie mających dostępu do szkół. 200 dzieci czeka na przyjęcie do szkoły.

Nasze zadania związane są ściśle z ośrodkiem szkolno-wychowawczym, który prowadzimy, ja jestem odpowiedzialna za wspólnotę sióstr, za gości, pomagam także w administracji ośrodka i kontaktach z ofiarodawcami. Indyjskie siostry są nauczycielkami w szkole, pracują jako wychowawczynie w grupach internatowych, przygotowują do druku książki w alfabecie Braille’a, uczą orientacji przestrzennej i poruszania się z białą laską, mają lekcje muzyki, są odpowiedzialne za kuchnię, niektóre uzupełniają jeszcze swoje wykształcenie, by móc pracować z niewidomymi.

Jak wygląda życie w Indiach? 

To temat rzeka… Mówiąc bardzo ogólnie, Indie są krajem symboli, kolorów, mnóstwa obyczajów i egzotyki. Ja, będąc tam 9 lat, zaledwie dotknęłam każdej z tych dziedzin i jestem zafascynowana. Kalendarz jest pełen najróżniejszych świąt, przede wszystkim związanych z religią hinduistyczną, dniami wolnymi od pracy są również święta muzułmańskie, a dla ciekawostki także dwa chrześcijańskie święta – Boże Narodzenie i Wielki Piątek.

Każde z tych świąt ma specjalne zwyczaje. Są również odpowiednie obrządki, związane np. z uzyskaniem gotowości do małżeństwa przez dziewczynkę, ze śmiercią kogoś z rodziny, kupnem domu czy otwarciem sklepu. Najbardziej uroczyste są oczywiście śluby.

Jak wy, siostry, jesteście przyjmowane przez tamtejszą społeczność?

Nasz ośrodek znajduje się w bardzo ubogiej dzielnicy muzułmańskiej, otaczają nas meczety, z których kilka razy dziennie słyszymy przez głośniki głos muezina, nawołującego wiernych do modlitwy. Mamy bardzo dobre kontakty z sąsiadami, na nasze uroczystości czy przedstawienia przychodzi wielu z nich. Dzieci, które są w naszym ośrodku, należą do różnych religii, tak jak i w społeczeństwie indyjskim przeważają wśród nich hinduiści, są też dzieci muzułmańskie i grupka dzieci chrześcijańskich. Kiedy muzułmanie świętują Bakrid i zabijają zwierzęta, dzielą się z nami mięsem, a gdy hindusi świętują „Dipawali”, czyli święto świateł, otrzymujemy od nich specjalnie na tę okazję przygotowywane słodycze. Nasi pracownicy to także wyznawcy różnych religii, mamy więc okazję brać udział w hinduistycznych czy muzułmańskich ślubach, uroczystościach związanych z narodzinami dziecka czy poświeceniem domu.

Skąd się biorą u was te dzieci, ktoś je kieruje?

Dzieci trafiają do naszego ośrodka różnymi drogami. Większość sierot pochodzi z domów dziecka ss. Misjonarek Miłości, a tam trafiały z wysypisk śmieci, z ulic, ze szpitali. Miałyśmy bliźniaczki, które matka zostawiła w szpitalu, gdy miały 3 dni, kiedy zauważyła, że dziewczynki urodziły się bez gałek ocznych. Pozostałe dzieci są przywożone przez rodziców, skierowanych do nas przez znajomych lekarzy albo rodziców dziecka, które już uczy się w naszej szkole. Czasem ktoś spotka nas podczas programu, w którym nasze dzieci biorą udział i przekazuje adres osobie, która ma niewidome dziecko. Czasem, dzieci przywożą siostry zakonne, księża, pracownicy socjalni, którzy pracują w slumsach. Tam wynajdują dzieci, które siedzą zamknięte w domu, bo rodzice nawet nie zdają sobie sprawy, że ich niepełnosprawne dziecko może zdobyć wykształcenie. Informacja o naszej szkole jest też w tzw. Diecezjalnym Dyrektorium, dzięki czemu jest dosyć znana i to nie tylko wśród katolików, ponieważ siostry i księża  pracują wśród wszystkich ludzi, bez względu na religię.

To jest właśnie niezwykłe – w waszej pracy i waszym ośrodku – że zacierają się podziały. Mam na myśli podziały, wynikające z tak różnych kultur i tak odmiennych religii. W Polsce bardzo rzadko zdarza się, żeby razem ze sobą pracowali np. i chrześcijanie i muzułmanie, czy też Hare Krishna. Żeby razem tworzyli wspólne dzieło, gdzie chodzi przede wszystkim o dobro drugiego człowieka, a nie o religię. 

Podobno w Indiach dziewczynki są niechcianymi dziećmi (chodzi o płeć)?

Kiedy w ubogiej rodzinie rodzi się dziewczynka, a tym bardziej niepełnosprawna, jest często porzucana przez rodziców. Są oni bowiem zobowiązani do zapłacenia „dowri”, czyli posagu przy jej zamążpójściu. Każda więc rodzina marzy o chłopcu, który na starość otoczy rodziców opieką. Nagminne są aborcje dziewczynek. Z tego też powodu zakazano informowania rodziców o płci dziecka przed jego narodzinami, czego niestety nie przestrzegają prywatne kliniki.

Pamiętam, jak mówiłaś mi o dziewczynce, która ma na imię Radha, a która przychodzi do waszej kaplicy na różaniec. O co chodziło?

Po imieniu dziecka od razu wiadomo, z jakiej wywodzi się religii; dzieci hinduistyczne mają najczęściej imiona bożków, chrześcijańskie – świętych. Radha jest jedną z hinduistek, które bardzo lubią przychodzić do naszej kaplicy na wspólny różaniec. Przychodzą też dzieci muzułmańskie. Czasem księża dziwią się, że podczas Mszy św. kaplica jest pełna, a do komunii przystępuje garstka dzieci. Tłumaczymy im później, że tylko ta garstka, to chrześcijanie.

Jak wygląda dzień powszedni w waszej „wspólnocie”? 

Dzień zaczynamy wcześnie rano, mamy modlitwy poranne o godz. 6.00, po nich Mszę Św. o 6.30, siostry które maja dyżur w internacie już od 6.00 są z dziećmi. Dzieci od rana wypełniają swoje tzw. „dyżury”: sprzątają pokoje, łazienki, wynoszą śmieci, ubierają  szkolne mundurki. Starsi pomagają młodszym w czesaniu, zawiązywaniu butów, ćwiczeniu wszystkich czynności życia codziennego. O 7.15 jest śniadanie (wszystkie posiłki są gotowane), najczęściej jakieś placki z mąki ryżowej i do tego bardzo ostry sos o nazwie curry. Dzieci, tak jak większość mieszkańców Indii, jędzą prawa ręką, nie używają sztućców.

O 8.15 jest w szkole poranny apel, podczas którego siostra czyta wiadomości z gazety, dzieci prowadzą modlitwę, odśpiewują hymn Indii i rozchodzą się do klas. Lekcje są takie same jak we wszystkich szkołach dla widzących, z metodami pracy dostosowanymi do niewidomych.

O 10.30 dzieci przychodzą do internatu na przerwę na wypicie soku (jest tu bardzo gorąco), a o 13.00 mają półgodzinną przerwę na obiad. Na obiad jest zawsze ryż z ostrym sosem i gotowanymi warzywami, staramy się, by codziennie były owoce. W tygodniu posiłki są wegetariańskie, w niedziele kupujemy dla wszystkich mięso lub ryby. Mamy jedną kuchnię, w której gotuje się takie same posiłki dla dzieci, sióstr i pracowników. Zajęcia w szkole kończą się o 15.00, dzieci wracają do internatu i zaczynają kąpiel, tzn. polewają się kubeczkiem  wodą  z wiadra. O 16.00 jest podwieczorek. Po nim odrabianie lekcji i zajęcia dodatkowe. O 18.30 jest  kolacja i trochę czasu wolnego. O 20.00 wspólna modlitwa wszystkich dzieci i gimnastyka wieczorna w dwóch grupach – dla młodszych i starszych.

W sobotę mamy lekcje tylko do obiadu, a  niedziela jest wolna od szkoły.

Co się dzieje z dziećmi, które stają się pełnoletnie?

Po ukończeniu naszej szkoły podstawowej, wysyłamy naszych wychowanków do szkół dla widzących, by razem z pełnosprawnymi rówieśnikami zdobywali wiedzę. Tam, kończą tzw. High School i College, zdolni uczą się dalej, kończą studia lub kursy nauczycielskie dla niewidomych. Trzy nasze absolwentki pracują w naszej szkole jako nauczycielki, dwie z nich mają już własne rodziny; choć same są zupełnie niewidome – wyszły za mąż za słabo widzących chłopców, mają już po dwójce pięknych, zdrowych, widzących dzieci.

Inna z naszych absolwentek śpiewa w chórze, jeszcze inna jest nauczycielką pianina, jeden z chłopców udoskonala swoją wiedzę komputerową. Dla słabszych, upośledzonych uczniów, mamy jeszcze jeden ośrodek w stanie Tamil Nadu, gdzie prowadzimy warsztaty dziewiarskie i koszykarskie.

Co jest największą trudnością w opiece, wychowaniu tych dzieci? Czy one różnią się od dzieci polskich?

Dla mnie, nowym doświadczeniem jest praca z sierotami, które maja w sobie ogromne deficyty miłości, czasem wydaje mi się, że nie jesteśmy w stanie odpowiedzieć na ich zapotrzebowanie na miłość. Jestem bezradna, gdy pytają o rodziców, o których tak naprawdę nic nie wiemy. Wielu dzieciom nadałyśmy daty urodzin, bo też były one nie znane. A przecież każde dziecko chce świętować dzień urodzin. Najtrudniejsze są rozjazdy z internatu na ferie i wakacje, bo maluchy, które są sierotami, też mnie pytają, kiedy przyjadą mamy by je zabrać, a ja muszę odpowiadać, że tu jest ich dom. Często ich wakacje są o wiele lepsze, niż tych które wyjeżdżają do domów i jedzą np. raz dziennie, ale każde dziecko chciałoby spędzić wakacje z rodziną.

Pamiętam, jak któregoś z chłopców ktoś zapytał skąd jest, myśląc o miejscowości, w której się urodził, a on odpowiedział, że jest z Jyothi Seva, bo od kiedy tylko pamięta, jest z nami.

Czym dzieci indyjskie różnią się od polskich? Są bardzo chętne do wszystkiego, nie mają aparatów komórkowych, laptopów, wielu zabawek, dlatego też chętnie biorą udział we wszystkim, co im proponujemy. Gdy czasem ktoś nas odwiedza, jest zadziwiony tym, że dzieci garną się np. do zajęć pozalekcyjnych, że chcą się uczyć, że mają w sobie tyle zapału. Oczywiście, lubią też rozrabiać, bywają nieposłuszne, dziewczynki często się kłócą.

Styl wychowania dzieci w Indiach jest dosyć ostry i na początku było dla mnie czymś szokującym, kiedy widziałam nauczyciela w szkole z kijkiem. My staramy się wprowadzać w naszej szkole inne metody wychowawcze, ale musi jeszcze upłynąć wiele czasu, zanim będą one zaakceptowane przez tamtejsza kadrę wychowawczą.

Czy Bóg tam jest taki sam? 

Jedną z rzeczy, która bardzo fascynuje mnie w Indiach, jest religijność ich mieszkańców. Nie ma tam ludzi, którzy opowiadają się, że są ateistami, każdy w Kogoś albo w coś wierzy. Indyjczycy, to naród z natury bardzo religijny. Mam okazję obserwować wiarę naszych sąsiadów muzułmanów, którzy w każdy piątek tłumnie podążają na modlitwę do meczetów,  a w świętym miesiącu Ramzan skrupulatnie przestrzegają postu. Widzę całe rodziny hinduistów, niosące w procesji posążki, bardzo popularnego w naszej okolicy, bożka intelektualistów – Ganesha.

Widzę wreszcie i katolików, którzy nie wstydzą się swojej wiary, którzy głośno modlą się i śpiewają w kościele, którzy są pełni zapału w wyznawaniu Jezusa. Podczas niedzielnej Mszy Św. modli się cały kościół, ludzie wznoszą ręce do góry, uwielbiając Boga, czują się wspólnotą wiernych. Kościół żyje.

A Pan Bóg… Myślę, że bardzo słucha modlitw naszych dzieci, które codziennie wspólnie modlą się do Niego.

Nie jest trudniej wierzyć, widząc takie obyczaje, głód i biedotę na co dzień?

Życie wraz z biednymi nie osłabia mojej wiary, wprost przeciwnie – daje mi szansę, by ją jeszcze bardziej pogłębiać. Radość życia naszych dzieci, ich prostota, entuzjazm, zarażają mnie i pomagają „z przymrużeniem oka” patrzeć na różne trudne sytuacje, bo przecież życie niewidomych jest często o wiele trudniejsze od naszych małych trosk, poprzez które czasem świat nam się wali. Pozwala mi to zrozumieć, że nie jest najważniejsze tylko to, co ziemskie, że istniejący świat ducha jest o wiele ważniejszy. Jakże głęboko brzmią w naszych realiach słowa z „Małego Księcia”: „Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu”. Dla mnie, życie z niewidomymi dziećmi, to codzienne, namacalne doświadczenie obecności Boga.

Ostatnio, jedna z naszych uczennic, Yesuamma (znaczy „matka Jezusa”), odkryła w sobie talent poetycki. Nie mamy żadnych bliższych informacji o jej rodzinie, a ona bardzo chciałaby kiedyś poznać swoją mamę. Oto jeden z jej poruszających wierszy:

Marzenia

Chciałabym być małym ptakiem, który lata pod niebem

i śpiewa piękną kołysankę, by utulić cię do snu

Chciałabym być małym dzieckiem,

by doświadczyć w moim sercu miłości mamy

Chciałbym być płynącą rzeką i cieszyć się pięknem natury

Chciałabym być aniołem, który jest z Tobą w dobrym i złym czasie

Chciałabym być szczęściem dawanym wszystkim ludziom

Chciałabym być krwią, która Cię chroni

Chciałabym być łzami, by wyrazić moje uczucia

Chciałabym być solą, by dać Ci odrobinę smaku

Chciałabym być małym światłem tak bardzo niewinnym

Chciałbym być delikatnym kwiatem, dającym wszystkim zapach

Chciałabym być miłością, tak bardzo delikatną

Chciałabym być dobrą wróżką, która Cię pocieszy,

poprowadzi i pomoże podczas trudności

Chciałabym być Twoim sercem,

by znać czym jest ból i cierpienie innych i bić miłością

Co daje Ci siłę do bycia tam, na każdy dzień?

Co daje mi siłę…? Świadomość tego, jak bardzo potrzebna jest tam nasza obecność. Jak jest mi trudno, a mała Rupa przybiegnie i wdrapie mi się na kolana i zacznie opowiadać o tym, co zdarzyło się w szkole albo zaprosi mnie do swojego małego łóżeczka, bo nie chce spać sama i muszę jej długo tłumaczyć, że ja się tam nie zmieszczę. Albo wdzięczność bezdomnej staruszki, dla której obiad, otrzymywany od nas, jest jedynym posiłkiem w ciągu dnia.

Jak zdobywacie środki do życia tam? Na działalność ośrodka, szkoły, internatu?

Utrzymujemy się jedynie z darów, ale muszę przyznać, że Pan Bóg troszczy się o nas. Mamy kilku ofiarodawców z zagranicy, ale pomaga nam tez wielu miejscowych ludzi. I nie tylko dając ofiary pieniężne na dzieci, ale np. przynosząc gotowe posiłki. Albo też kilka worków ryżu, olej, różne rodzaje grochu, owoce, środki czystości, ubrania.

Ogromnym wsparciem jest dla nas pomoc z Polski w ramach akcji „Adopcji Serca” oraz kwesty, które przeprowadzamy podczas pobytów w Polsce.

Czy my, zwykli ludzie, możemy pomóc takim dzieciom i wam?

Myślę, że jedną z form pomocy jest włączenie się w akcję „Adopcji Serca”. Polega ona na tym, iż można wziąć pod opiekę jedno z indyjskich dzieci, przebywające w naszym ośrodku, otrzymuje się zdjęcie tego dziecka i informacje o nim. Następnie można wesprzeć dziecko modlitwą lub też finansowo – częściowo lub w całości – opłacić kształcenie dziecka.

Oprócz pracy w ośrodku, podróżujesz i odwiedzasz inne miejsca w Indiach, dotknięte biedą i chorobami. Opowiadałaś kiedyś o pewnej wiosce, gdzie nie ma lekarza, a dzieci bardzo poważnie chorują…

Byłam kiedyś w małej wiosce w stanie Orissa. By się do niej dostać trzeba było iść przez las godzinę, nie było tam prądu, ani połączenia telefonicznego. Chorowały dzieci, rodzice nieśli je na rękach do najbliższej przychodni, często jednak nie zdążali dojść i dziecko umierało w drodze… To straszne doświadczenie niemocy, tak bardzo chciałoby się pomóc, a nie ma jak.

Ostatnio zaś, opowiadałaś mi o dzieciach, pracujących na co dzień w kamieniołomach. Historia ta wywarła na mnie ogromne wrażenie…

Tak. W czerwcu ubiegłego roku, wraz ze znajomym ks. redemptorystą i dwiema indyjskimi siostrami odwiedziliśmy kamieniołomy, położone na obrzeżach miasta Bangalore.

Bardzo poruszyła mnie sytuacja mieszkających tam i pracujących dzieci. Większość z nich nie chodzi do szkoły, od najmłodszych lat pracują wraz z rodzicami za bardzo niskie wynagrodzenie. Praca, którą wykonują jest niebezpieczna dla ich zdrowia. Pracują w pyle,    co często powoduje choroby płuc; rozdrabniając kamienie ulegają wypadkom i zranieniom, a nosząc ciężkie ładunki kamieni na głowach doprowadzają do chorób kręgosłupa.

To bardzo smutne i aż niewyobrażalne…

Niestety, taka jest rzeczywistość. Wstają wcześnie rano i idą z rodzicami do pracy. Chwilą odpoczynku jest czas południa, kiedy to w kamieniołomach podkłada się dynamit i wysadza kamienne ściany. To także czas ubogiego posiłku, na który składa się codziennie miska ryżu z gotowanymi warzywami lub tylko kilkoma ostrymi papryczkami chili. Po zakończonych wybuchach wszyscy wracają do pracy, która trwa do zmroku.

Dużym problemem jest też brak wody. Jest ona dowożona w cysternie i trzeba za nią płacić.

Ludzie więc bardzo ją oszczędzają. Każda rodzina mieszka w ubogim szałasie pokrytym liśćmi palmowymi. W nim mieści cały swój  dobytek. Życie toczy się głównie przed domem: gotowanie, mycie, wieczorne spotkania po pracy.

To, o czym mówisz, tak bardzo różni się od codzienności polskich dzieci…

Tamtejsze dzieci mają poważny wyraz twarzy, od najmłodszych lat znają trudy codziennego życia.

Czasem dobrze uświadomić sobie jak bardzo jesteśmy uprzywilejowani mogąc posyłać dzieci do szkoły, mieć dobrze płatną i bezpieczną pracę, bieżącą wodę w kranie, smaczny i zróżnicowany posiłek, etc. Są bowiem tacy, często jeszcze bardzo mali, dla których każdy dzień jest zmaganiem o przeżycie.

Bardzo dziękuję Ci za rozmowę. Życzę wiele sił w dalszej pracy.


https://buysteroids.in.ua

www.farm-pump-ua.com

http://steroid-pharm.com