Lifestyle Związek

Portret uzależnionej od Niego

Poli Ann
Poli Ann
15 sierpnia 2019
Fot. Unsplash / Milada Vigerova /
 

Przyszedł mail. Od Niego. Czarny wytłuszczony temat wiadomości re: re: re:. Nie wiadomo, co krył. Mógł zawierać wszystko. Przeprosiny, pretensje, obelgi, wyznanie miłości, oświadczyny, opis dnia, plany na jutro, propozycję spotkania, zerwanie lub link do śmiesznych zdjęć na Demotywatorach. Bała się kliknąć. Czuła przypływ gorąca. Drżała. W tym mailu mogło być tyle słów gorzkich co i słodkich, a ona była już zmęczona tymi huśtawkami, i niepewnością tego, co zobaczy. Kochała bardzo, On ją też.

Czuła to aż po końcówki włosów, jednak Ich relacja, tak namiętna była zarazem szalenie wyczerpująca. Istny rollercoaster. Góra, dół, góra, dół. I tak w kółko. Albo constans. Cisza nagle, bo On musi odpocząć, dusi się, ma dość odpowiedzialności za Nią i chce zastanowić się nad życiem. Tydzień, dwa potrafi się nie odzywać. Zapada się pod ziemię, by odezwać się pewnego ranka jak gdyby nigdy nic. By zaprosić na spacer czy do kina, przytulić się, całować Ją łapczywie i rysować Ich wspólną przyszłość. Opowiadać jak to będą razem na kanapie oglądać filmy, kochać się przed pracą, wspólnie gotować. Będą razem po prostu żyć na przekór wszystkim i wszystkiemu.

Kiedyś maile od niego otwierała z rumieńcami na polikach. To od nich wszystko się zaczęło. Najpierw służbowo. Per Pani i Pan, choć on nalegał, by mówiła mu na ty, bo przecież był młodszy o dziesięć lat. Do tego wolny, skryty, trochę tajemniczy i taki niedostępny. Męski, z lekkim zarostem i lodowatym spojrzeniem, które tylko Ona umiała roztapiać.

Ona, na szczęście nie jego przełożona, w trakcie rozstania, w pracy wesoła, energiczna i do bólu profesjonalna. W życiu trochę smutna, na zakręcie, zraniona i spragniona miłości.

Romans w pracy wykluczyła od razu. No bo jak? To wbrew jej zasadom. Regułom w ogólne. Maile z Nim służbowe, z czasem trochę prywaty, jakieś luźne rozmowy w kuchni. Szło powoli. Relacja kumpelska, potem przyjacielska. Nawet na imprezach integracyjnych było poprawnie. Płynnie przeszli na tematy osobiste. Mail za mailem, mail za mailem. Rozmowy po pracy. Spacery po kryjomu, by nikt ich nie zobaczył. Sms za smsem. Był młody. Tłumaczyła sobie i Jemu milion razy, że to nie ma szans, że jest starsza, że ją rzuci i znów łzy poleją się ciurkiem. On tłumaczył, że jest piękna, zasługuje na miłość, że tylko oni dla siebie są ograniczeniem. Mogą odejść z pracy, wychowają jej syna, może spłodzą drugie dziecko. Śliczną dziewczynkę, podobną do niej koniecznie, bo jest piękną kobietą.

To Ona Go uczyła kobiecego ciała, które On znał tylko pobieżnie. Tłumaczyła świat i jego absurdy, bo On był marzycielem. To On wielbił jej ciało i intelekt. I wyśmiewał męża, który Ją zostawił. Na całe szczęście, bo teraz Ona była Jego. Należała do Niego każdą cząstką, myślą, mrugnięciem powieki i oddechem. Po raz drugi pokochała całym sercem. On po raz pierwszy. Najmocniej jak można.

Był obok, gdy Go potrzebowała. Wspierał, nosił na rękach. Sam wyznał miłość, nie czekając na Jej słowa, które nadeszły potem. I pisał. Mail za mailem, mail za mailem. Problemy? Były oczywiście. W pracy, u Niego w domu, bo ojciec był surowy. U Niej, bo synek miewał chroniczne bóle brzuszka, a i były mąż odchodząc nie zachował klasy. Życie. Szare, które sami sobie kolorowali. Potrafili rozmawiać do rana i kochać się namiętnie. Śmiać się z tego samego i jeździć na rowerze. Spacerować godzinami i jeść lody. Chodzić do kina i na pizzę. Zawsze sami, bo przecież się ukrywali. Ta różnica wieku, ta sama firma. Rozwódka i młody asystent. Ludzie mieliby o czym plotkować. Czasem się kłócili, by potem przepraszać się gorąco. Było dobrze.

Pierwszy dziwny mail przyszedł w niedzielę wieczorem, choć przed chwilą się widzieli i kochali u Niej na kanapie. On potrzebuje czasu do zastanowienia. Chce wszystko przemyśleć. Bierze urlop. Znika. Ona ufa, że to chwilowa niedojrzałość. On wraca po tygodniu mówiąc, że w dupie ma konwenanse, że jest starsza i że będą gadać. Ma ochotę stanąć na rynku i krzyczeć, że ją kocha.

Wszystko wraca do normy. Ona czuje się bezpiecznie.

Za jakiś czas sms w ciągu dnia, że przemyślał i nie chce brać za nią odpowiedzialności. Poczuła ucisk w dołku. Jak to? Tyle miesięcy razem, rozmów, Jego deklaracji. Zdenerwowana napisała, żeby się określił, bo zabawa w chowanego jej nie bawi. Sms za smsem. Na ekranie słowa ostre jak brzytwa. Pokłócili się. Zamilkł. Ona cała się trzęsła, ale zagryzła zęby i wytrzymała. Nie odezwała się, choć nocami nie zmrużyła oka. Pojawił się po tygodniu. Chciał z nią być, bo kocha i nie potrafi bez niej. Tego wieczora wysłał długiego maila. Pełnego emocji, z jakimi się zmagał. Uległa i dała szansę, choć już nie taka spokojna.
Swoje odejścia miewał raz na miesiąc, może dwa. Czasem milczał, czasem pisał długie maile pełne wyrzutów, oskarżeń. Poddawał wątpliwość jej uczucia, stawiał warunki. Zaczął dominować, a Ona zakochana, co z tego, że dorosła i wykształcona, tańczyła do melodii, jaką akurat jej zagra. Wiele razy traciła rytm, potykała się o własne nogi, chcąc nadążyć. Czasem płakała z bezsilności. Pisała, że odejdzie, że ma dość. A wtedy On wyrastał spod ziemi i zasypywał ją pocałunkami. Znów czuła ten spokój, którego tak cholernie jej brakowało. Traciła go, gdy On znikał, stroił fochy, zmieniał decyzje, odwoływał spotkania. Bawił się nią jak szmacianą lalką. Im bardziej mu ulegała, tym mocniej rzucał nią o ściany.
Dlatego Ona tak bardzo boi się otworzyć teraz tego maila. Znów czuje ten ucisk. Serce bije mocno, a Ona nie może się skupić. Wie, że za kilka chwil może płakać ze szczęścia lub rozpaczy w zależności od tego, co napisał.

Dziś ma gest, prosi o spotkanie. Niedługo Dzień Kobiet. Chce z nią spędzić czas. Ona niemal skacze z radości. Uff, wszystko dobrze. Będzie dobrze.

Na dwie godziny przed kolacją, On przez sms odwołuje spotkanie. Nie podaje przyczyny. Wysyła potem tylko maila pt. Wszystkiego najlepszego, a w treści suchy komentarz: jak w temacie, który sieka ją ma tysiące małych kawałków.

W poniedziałek dowiaduje się, że się zwolnił. Zniknął bez słowa. Nawet z ekipą się nie pożegnał. Jej brakuje tchu. Drży. Pisze do Niego sms za smsem. Abonent niedostępny. W pracy ledwo skupiona wegetuje do końca dnia. Co chwilę zerka na telefon. Czuje się tak, jakby ktoś jej wnętrze wciągnął odkurzaczem. Ma wrażenie, że bez Niego się dusi. Że znika. Synek pyta, czy jest chora. Jest. Z miłości. Ale tego mu nie powie. Co najwyżej, że mamusię serduszko boli. Wie doskonale, że ten związek był toksyczny, intensywny. Pędzili obijając się o namiętność, zazdrość, niedojrzałość, złość, radość i niepewność. Był Jej uzależnieniem. Z nim był haj i bolesne upadki w rzeczywistość. Smutek i uśmiech. Krzyk i cisza. Sprzeczność goniła sprzeczność.

Jeszcze wiele miesięcy czuła ucisk i brak tchu. Dopiero po dwóch latach komuś o tym powiedziała. Po czterech przestała Go idealizować. Uspokoiła się. Dziś oddycha równomiernie. Czuje się bezpiecznie. Nie szuka Go nigdzie, choć wie, gdzie jest. Schowała Go głęboko i nie chce Go wyciągać. Spokój kosztował ją wiele lat. Czasem tylko On przychodzi we śnie i czeka na nią za drzwiami. A ona wciąż nie może się zdecydować, czy je otworzyć czy wyjść drugim wyjściem…

Lifestyle Związek

Portret Prawie Romansu

Poli Ann
Poli Ann
16 sierpnia 2019
Fot. iStock
 

Tak łatwo jest zacząć romans. Dorota spojrzała na telefon i uśmiechnęła się. Rozbawił ją. On, nie telefon. Kilka lat młodszy, z niedbałym zarostem i dużą pewnością siebie. Żonaty od roku. Szczęśliwie.

Poznała go na imprezie. Znany klub i one. Kilka przyjaciółek, spośród których jedna wychodzi za mąż. Wszystkie prócz Moniki – panny młodej i Beaty są mężatkami. Beata rozwiodła się niedawno i w sumie ma ochotę na dobrą zabawę. Z naciskiem na „dobrą”. Reszta dziewczyn chce tylko potańczyć do upadłego i pośmiać się do rozpuku.

Na parkiecie podchodzi do nich grupka młodych mężczyzn. Z kawalerskiego. Chcą się dołączyć i po prostu potańczyć, a że większość dziewczyn zaobrączkowana, oni zresztą też, to będzie miło i grzecznie. I tak faktycznie jest. Dziewczyny nawet drinki kupują same sobie. Nie chcą kusić losu. Chłopaki są uśmiechnięci i ręce trzymają przy sobie. Impreza idealna.

Z Dorotą tańczy on. Mateusz. Świetnie prowadzi. W jej typie. Dżinsy, trampki i koszula, którą nosi tak nonszalancko. Koloru jego oczu nie pamięta. Nie patrzy w nie.

Na parkiecie rozumieją się bez słów. W ich tańcu nie ma krzty erotyzmu. Bawią się na stopie kumpelskiej i może dlatego jest tak dobrze. Przy stoliku też doskonale się rozumieją. Tym razem używając słów, a nie dopasowując kroki. Nie mogą się nagadać. Opowiadają sobie życie w dużym skrócie. Nikt niczego nie ukrywa. Obrączki lśnią na ich palcach, które spotykają się tylko w tańcu.

W sumie to trudno powiedzieć, co sprawia im większą radość. Wspólne pląsy czy rozmowa. Bawią się wyśmienicie. Cała ekipa. Nikt nie pije za dużo, nikt nikogo nie podrywa, tylko Dorocie z tym Mateuszem jakoś tak fajnie się gada.

Klub opuszczają wszyscy nad ranem. Grzeczne pożegnania, podanie ręki, co najwyżej przyjacielski cmok w policzek.

Dorota chce jeszcze sobie zrobić selfie z dziewczynami wieńczące tę noc. Mateusz proponuje pomoc i robi coś, czego nikt się nie spodziewa. Zanim wykona zdjęcie sam dzwoni do siebie z telefonu Doroty. Ona nie zdąży mu wyrwać komórki. Czemu to robi? Potem napisze, że nie wie. To był impuls. Chciał mieć jej numer po prostu. Wiedział, że by mu go nie dała. To nie ten typ kobiety. Dorota nie wie, czy jest bardziej zaskoczona czy oburzona. Żegna go z uśmiechem przekonana, że Mateusz zrobił sobie żart.

Nie zrobił. Napisał nazajutrz. Po przyjacielsku pytając, jak jej stopy po tylu godzinach szaleństw na parkiecie. Odpisała też zadając pytanie. I tak SMS za SMS-em. Piszą często, ale nie codziennie. Niezobowiązująco, nie mówiąc o tym swoim drugim połówkom. Niby nic złego się nie dzieje. Nie flirtują nawet. To po prostu luźne rozmowy. Żarty, że następnym razem rozniosą parkiet.

Pewnego dnia on pyta w końcu o to, o co każde z nich powinno. Czy nie skasują swoich numerów, bo to chyba się rozkręca. Dorota bez wahania przyznaje mu rację. Wyprzedził ją tym pytaniem. Myślała o tym wiele razy, tylko nie mogła znaleźć powodu. No bo dlaczego? Bo rozmawiają o pracy, pogodzie i czasie wolnym? Nie chciała chyba widzieć, że ten kontakt może faktycznie się rozkręcić.

Życzyli sobie miłego życia. I powiedzieli do zobaczenia przypadkiem.

Czy Dorocie żal? Chyba nie. Odczuła ulgę. Bała się podświadomie chyba, że wejdzie w tę relację za bardzo. Z drugiej strony nic złego przecież nie robiła. Tak się jej przynajmniej zdawało.

Usunęła numer od razu. Obiecała. Nie wiedziała jak Mateusz się nazywa, gdzie dokładnie pracuje i mieszka. Nie szukała go. Nie wiedzieć czemu po kilku tygodniach dostała SMS od kogoś nieznanego, oficjalnie informujący, że oto zmieniłem numer i jestem dostępny pod… Tu padło imię i nazwisko. Sprawdziła na fejsie. To był on. Nie skasował numeru. Może zapomniał, może nie chciał. Kilka dni biła się z myślami, czy do niego napisać.

Nie napisała. Bała się, że może ją wyśmieje. A może, że to wszystko wróci ze zdwojoną siłą. Do dziś się zastanawia, czemu nie dotrzymał słowa i wie, że gdyby napisała to może coś by wybuchło. Coś może niewinnego, a może nieprzewidywalnego. To takie przecież proste. Kilka SMS-ów, jakieś rozmowy, gdy nikt nie słyszy. Nie musieliby się spotykać. Romans mógłby rozkwitać i bez tego. Nieważne, że obrączki lśnią na palcu i że ich związki wcale nie chylą się ku upadkowi. Wystarczyło nie kasować numeru albo przekonać go, że jego usuwanie nie ma sensu, bo przecież tylko niewinnie piszą i rozmawiają.

Dorota tego nie zrobiła. Mateusz nie pisze. Może faktycznie zapomniał. Może czekał na jej inicjatywę. Nie wiadomo. Nie widują się. Najwyraźniej nie są sobie pisani. I dobrze. Żyją swoim prawdziwym życiem.

Dorocie nasuwa się jednak pytanie, co by było gdyby? Pytanie, ile osób na ich miejscu zachowałoby się tak samo? Ile faktycznie usunęłoby numer i miało odwagę powiedzieć stop? A ile weszłoby w niewinny z pozoru układ, bo przecież to tylko SMS…?


Lifestyle Związek

Co ludzie powiedzą?

Poli Ann
Poli Ann
10 sierpnia 2019
Fot. Pixabay / JESHOOTS /

Od zawsze słyszała to babcine Co ludzie powiedzą. Pamięta babcię Manię siedzącą w kuchni przy stole nakrytym ceratą ze szklanką gorzkiej herbaty. Ósemka dzieci wychowana, wnuki pchały się na świat jeden po drugim. Babcia była ostoją całej rodziny. Drzwi się u niej nie zamykały. Zawsze ktoś przyszedł na obiad, kawę czy plotki. Była poważana. Co powiedziała, to było święte. Mówiła dzieciakom i wnukom co mają jeść, jak się ubierać, i zachowywać. O tak, to było najważniejsze. To zachowanie i to takie, żeby tylko ludzie nie gadali.

Mów dzień dobry, bo ludzie powiedzą żeś gbur.

Nie zakładaj tych rajstop. Będą się z ciebie śmiali.

Wróć przed siódmą. Jak kto będzie wyglądać, że się szlajasz po nocy?

Zjedz więcej. Będą myśleli, że ci jeść nie dajemy.

No już dobrze, kup sobie ten długopis. Żeby nie było, że ci żałują.

Pomóż Nowakowej z praniem. Niech widzi, żeś dobrze wychowany. 

Idź do Walczaka i popracuj z nim w piwnicy. Po co ma gadać, że sąsiadom nie pomagamy?

Nie wpychaj się do kolejki. Nie chcę słyszeć od sklepowej, że moje dzieci niewychowane. 

Nie kupuj wyrobów czekoladopodobnych, gdy Piotrowska też jest w sklepie. Po co ma widzieć i gadać, że nas na czekoladę nie stać? 

I tak w kółko. Co ludzie powiedzą, czego nie powiedzą, co zobaczą albo czego nie. Babcia bardzo się tym przejmowała. Strofowała wszystkich każdym kroku. Dzieciaki przywykły, wnuki trochę mniej, bo dorastały już w innym świecie. Moja matka jednak przejęła od babci te zasady i może nie tak fanatycznie, ale dość pilnie obserwowała nasze, czyli moje i mojego brata, zachowanie. Jezu, jakże było to irytujące! Nie rób tego a tamtego, bo gadać będą, bo co pomyślą, bo bo bo. Od tego „bo” było mi niedobrze. Przecież nic złego nie robiłam. Nie szlajałam się po nocy, nie wracałam do domu po piwie, nie paliłam w ukryciu, mówiłam „dzień dobry” i trzymałam czasem sąsiadom drzwi. Ale nie. Trzeba było się pilnować, bo a nuż nasze zachowanie stanie się przyczynkiem do sąsiedzkich komentarzy. A wtedy? Hańba, wstyd i w ogóle chodzenie kanałami, bo jak inaczej się ludziom na oczy pokazać. Bezlitosna była dla mnie ta mentalność, którą chcąc nie chcąc trochę nasiąkłam. Pewnie nigdy się jej z głowy nie pozbędę, drżąc o swój wizerunek jak mama i babcia. Jakie one musiały być ostrożne, skupione i wykute na blachę, co przystoi albo i nie. Taka rzeczywistość złożona w kosteczkę, z kokardką na wierzchu. Co z tego, że drapie i gryzie? Grunt, że ładna i się innym podoba.

Dziś staram się w ogóle nie używać tego babcinego pytania, które wiązało im wtedy ręce i kneblowało usta.

Prowadzę zwykłe życie.

Nikomu świń nie podkładam.

Pracuję uczciwe, czasem rzucę mięsem, pokłócę się z moim facetem, mam gorszy humor lub krzyknę za głośno.

I co? Świat się zawalił? No kurczę nie! Stoi jak stał. Ziemia też nie zaczęła się obracać w drugą stronę.

Myślę, że jestem dobrym człowiekiem. Na pewno niedoskonałym, ale starającym się żyć tak, by nikt przeze mnie nie płakał. A jak czasem zrobię sobie coś po swojemu, bo mam na to ochotę, to co? Że szpilki niebotyczne założę, choć jestem stateczną matką i żoną? Że dżinsy z dziurami noszę (kto powiedział, że są tylko dla osiemnastek)? Że w uniesieniu miłosnym sobie powrzeszczę albo raz na rok imprezę do rana w chałupie zrobię? Włosy na błękit przefarbuję? I jeszcze dodam, że na pole dance chodzę. O rety! Co teraz? Co ludzie powiedzą? No koniec świata! jakby powiedział mój ukochany pan Popiołek. A tu nic! N-I-C !!! Żyję, sąsiedzi też i o dziwo nadal mówimy sobie dzień dobry, i się do siebie uśmiechamy. Można? Można! A jak będą gadać? No trudno. Na zdrowie! Niech gadają. Przecież im nie zabronię. Znaczy, że interesująca jestem, skoro na mój temat plotkują. Może zazdroszczą, życia swojego nie mają? Ich problem. Ja chcę żyć po swojemu. Prosto, uczciwie, z odrobiną szaleństwa. Bez względu na to, co ludzie powiedzą:)