Lifestyle

„Co pani czyta?” – pyta bohater książki piękną nieznajomą w autobusie pospiesznym linii A i jest to początek – jak to w życiu bywa – pięknej znajomości

Gościnnie w Sessionbordercontroller.info
Gościnnie w Sessionbordercontroller.info
25 czerwca 2017
Fot. iStock/strekozza77
 

Leżę na plaży. Wieje Bora. Czytam książkę. – Co pani czyta – pyta bohater książki piękną nieznajomą w autobusie pospiesznym linii A i jest to początek – jak to w życiu bywa – pięknej znajomości.
– Co pani czyta? – Pan w średnim wieku czyli idealnie w moim – zagaduje. Kolega obok dzielnie wspiera.
– I do not understand – uśmiecham się milutko i powoli.
– Zbyszek, pani nie z Polski, idziemy dalej.
Całkiem niechcąco odkładam książkę stroną tytułową do góry. Nie sposób nie zauważyć.
Jerzy Pilch, Inne Rozkosze (bardzo polecam!)
A zresztą, za chwilkę.
– Ciociu, mamo, ciociu a w najnowszej Epoce Lodowcowej jest o jodze. I w Ungry Birds też. Matylda ćwiczy jogę.
Panowie z niesmakiem przesiadają się dwa kocyki dalej. Prosto do pani, która wdzięcznie czyta czasopismo o typowo polskiej nazwie Be Acitive.
Leżę na plaży. Wieje Bora.
(To taki rodzaj wiatru jest)

Ale zaraz żałuję. I w głowie bulgocze mi nieco natrętna myśl – czy dobrze zrobiłam?

Bo nasza kultura wciąż uczy, że wielka to wartość, być adorowaną przez mężczyzn. Ach, ten Zbigniew co to tak uroczo przepuszcza każdą z nas w drzewach. I  płaszcz podaje. To Ci dopiero prawdziwy gentelman.  I Rysiek co – rączki pani Kasiu całuję, całuję rączki. Ach.

Apel szkolny. Stoję w rzędzie dziewczynek ubranych w granatowe mundurki. Wczesne lata osiemdziesiąte. Dumnie  wzorowa uczennica. Wygładzam fałd spódniczki i okruszki co prawda niewidzialne ale jednak strzepuję. Chłopcy szaleją gdzieś  pomiędzy. Próbują ciągnąć za warkocze, wygłupiają się. Dziewczynki są grzeczne i stoją cicho a z tymi chłopakami to zawsze jest  jakiś problem. Wiadomo! Bo oni przecież muszą się wyszaleć. I zwrócić na siebie uwagę. Taka natura. Wojownik, rycerz, obrońca. Na białym koniu rozbójnik jeden. Przyjedzie. Albo i nie!

Idziemy w życie. Grzeczne dziewczynki. I z czasem pojmujemy, że warto tą grzeczność doprawić. Odrobinką kokieterii, staranną fryzura a może nawet dekoltem. Nasze ciała jako element walki. Walki o mężczyznę. Rozglądamy się wokół. Oczywiście bezwiednie. Mrużymy oczy i  wygładzamy spódniczki. Z ust robimy uroczy dziubek. Eee lalunia, no niezły kociak z ciebie. Miau.

Nie wyrażamy się zbyt głośno. A już na pewno nie w kategorycznym tonie. Siedź w kącie to cię zauważą. (Czyżby?). Siadamy. Nóżki razem. No moja droga usiądź jak przyzwoita dziewczynka, bo co ty sobie tak właściwie wyobrażasz? A rączki to połóż grzecznie na kołdrze. No już!

Z biegiem lat stajemy się coraz bardziej niewidoczne. Bez photoshopa, z dala od tego całego jarmarku sztuczności, powiększania, odsysania i konieczności dobrze-wyglądania. A nasza stara twarz pełna zmarszczek i przebarwień, linii mimicznych  to trochę jak porno w przestrzeni publicznej. I ciężki grzech. A fuj! A botoks to już nie działa? Teraz tylko beret i jesionka. Nikt starej baby nie będzie przecież słuchał. Czarownica jedna. A kysz!

Ale wciąż uporczywie pamiętamy o tym, że mamy być uprzejme. I uroczo miłe. Czekamy. Na wnuki. A nuż coś się zmieni?

….

Leżę na plaży. Wieje Bora. Czytam książkę.

– Co pani czyta – pyta bohater książki piękną nieznajomą w autobusie pospiesznym linii A i jest to początek – jak to w życiu bywa – pięknej znajomości.

Podnoszę wzrok z nad książki i rozglądałam się wokół. Dwaj panowie w średnim wieku i z brzuszkiem zapamiętale towarzyszą młodej dziewczynie na kocyku obok. Hehe zgodnie rechoczą. Ten starszy przysuwa się odrobinę niebezpiecznie. Młodszy filuternie i tak jakby zagaduje:

– Taka piękna i taka samotna, jak to tak można?

Ach.

Dziewczyna tłumi ziewnięcie a potem robi ruch jakby chciała wygładzić fałdy niewidzialnej spódniczki i strzepnąć okruszki, których przecież nie ma.


Katarzyna Szota-Eksner

Katarzyna Szota-Eksner prowadzi szkołę jogi Yogasana , mocno zaangażowana w projekt Sunday is Monday – nawołujący do dbania o siebie.  Jak Polska długa i szeroka namawia kobiety do szukania (mimo wszystko!) siły w sobie! Współtwórczyni (razem z Emilią Kołowacik)  niezwykłego Kalendarza 2017 Zadbaj o Siebie. Dziewczyna ze Śląska :).


Lifestyle

A może chrzanić te wszystkie dobre rady i po prostu się zakochać? 5 rzeczy, które sprawiają, że miłość, której się nie spodziewasz jest tą wyjątkową!

Hanna Szczygieł
Hanna Szczygieł
25 czerwca 2017
Akcja "Miłość to spotkania"
Fot. iStock / AzmanL
 

Czekasz na rycerza w lśniącej zbroi? A gdyby podjechał do ciebie książę idealny inaczej – na swojej szkapie i w zardzewiałej zbroi, za to z z TYM błyskiem w oku? Hę?

Dzisiaj zamiast analizować wszystkie dobre rady światy, porady dla randkujących i przewodniki kołczujące zbłąkane w związkach dusze – pomyśl o tym, jak cudownie byłoby się tak po prostu, zwyczajnie zakochać. Dostać znów obuchem w głowę i nie wiedzieć wiele więcej niż to, że miłość najlepiej smakuje podana z zaskoczenia!

5 rzeczy, które sprawiają, że miłość, której się nie spodziewasz jest tą wyjątkową!

Co sprawia, że są miłości wyjątkowe, które wspominasz przez całe życie, nawet gdy były tylko spotkaniami na chwilę? Pewnie odpowiesz, że To wszystko. Magia chwili, wyjątkowość osoby, którą spotkałaś, miejsce… Ale te najdłużej wspominane miłości mają najczęściej jedną, wspólną cechę.

Nikt ich nie planował, nikt nie szukał, nikt się nie spodziewał. – Nie teraz! Jak to, przecież… – krzyczała twoja głowa, ba! może nawet próbowałaś uciekać przed tą burzą, która za tobą pędziła.

1. Emocje

Tych nie da się zastąpić, podrobić, udać, że są niepotrzebne. Czasem irracjonalne, czasem te, których się boimy. Tak, bo zakochania, które spada jak grom z jasnego nieba boimy się ogromnie. Chcemy uciec, bo oto stało się coś, co całkowicie pozbawiło nas pozornej kontroli. „Jak to tak, nie chcę o niej/nim myśleć, ale nie mogę przestać” – znacie to?

Olbrzymi kocioł pełen intensywnych emocji – tych dobrych i tych nieoczywistych. Taka właśnie jest miłość niespodziewana.

2. Chwila

Wcale nie trzeba być szczęściarzem, który trafi tę „odpowiednią” chwilę. To właśnie szczerość i spontaniczność naszego miłosnego spotkania sprawia, że zwyczajne „teraz” staje się chwilą magiczną i niezapomnianą. I to chyba najpiękniejsze odzwierciedlenie prawdziwej miłości, bo nasze życie składa się z milionów takich, małych, zwykłych chwil.

Dlaczego niektóre z nich pamiętamy tak doskonale, dlaczego w niektórych momentach na początku związku widzimy więcej? Być może dlatego, że nic nie rozprasza wtedy naszej uwagi, wszystko jest nowe i dzięki temu na swój sposób niezwykłe.

Z pierwszych randek i z setek porannych, wspólnych kaw w trwałych związkach. Zakochujmy się w sobie ciągle na nowo, dostrzegajmy tę magię, krótką chwilę, która trwa teraz.

3. „Romantyzm”?

Oczywiście! Na szczęście, gdy płoną serca pojęcie romantyzmu mocno się rozluźnia. W niespodziewanej miłości, tej, której jeszcze nie próbujemy ociosać od linijki, by doskonale pasowała do naszego ułożonego już nieco życia, wszystko może być romantyczne.

Romantyzm oznacza wtedy wyjątkowość, a gdzie ją dostrzeżemy? Wszędzie, jeśli tylko zechcemy patrzeć.

4. Zwyczajność

Ta która ma zupełnie inne znaczenie niż rutyna zabijająca wiele związków. Zwyczajny spacer, zwyczajny telefon i to zwyczajne, wręcz oczywiste zainteresowanie ukochanym. Ta, którą dopieszcza mała niepewność jutra, „co zdarzy się?”, „ciekawe, czy…”.

5. Nadzieja

Pamiętacie te momenty, gdy szczerze wierzyliście w dobre intencje swojego partnera? Nie było między wami żadnej frustracji, wzajemnych oskarżeń czy oschłości? Bez zmęczenia materiału.

Ta nadzieja na piękną miłość jest najbardziej energetycznym paliwem świata. Szukajcie jej w swoich związkach, a jeśli na miłość czekacie, pozwólcie sobie na nią. Miejcie nadzieję na miłość z happy endem.

Zakochajcie się jak nigdy! Zakochajcie się na nowo w tych, którzy co wieczór gaszą światło przy waszym łóżku, a rano wyłączają budzik. Trochę staromodnie, jak na pierwszych randkach. Jak w dobrej romantycznej komedii.


Lifestyle

Dwadzieścia lat temu przysięgałem, że nie opuszczę jej w zdrowiu ani w chorobie. Kocham ją za serce, a nie za blizny, które ma na ciele. Kto jak nie ja – jej mąż, miał dać jej siłę do pokonania nowotworu?

Magdalena Lis
Magdalena Lis
25 czerwca 2017
Fot. iStock/Geber86

Potrafiłem czytać z jej twarzy w oka mgnieniu. Gdybym nie był tak uparty pewnie nie dowiedziałbym się, że choruje. To ja na początku 2014 roku kazałem jej pójść do lekarza. Widziałem jak wracała z biura, kręciła się po domu, gotowała, sprzątała i cały czas chwytała się za prawą pierś. Pytałem jej czy coś ją boli, ale mnie zbywała. Powtarzała uparcie, że musiała się nadwyrężyć, że to chwilowe i że już jej mija. Widziałem, że była lekko podenerwowana, choć wciąż się uśmiechała. Byłem szczerze zaniepokojony. Uznałem, że muszę działać.

Pomyślałem, że z tą jej piersią musi być coś nie tak. Przecież nigdy wcześniej się tak nie zachowywała. Umówiłem ją na mammografię. Któregoś dnia czekałem pod urzędem aż skończy pracę i osobiście zawiozłem ją na badanie. Z gabinetu wyszła zdenerwowana. Nic nie chciała powiedzieć, dopiero w aucie się popłakała. Powiedziała, że ma guza, pokazała mi dalsze skierowania. Trzeba było pobrać wycinek tkanki, i czekać na wynik badania. Dwa tygodnie później wiedzieliśmy już, że to nowotwór złośliwy. Lekarz nie dawał nam złudzeń –  niezbędna była natychmiastowa mastektomia. Zaczął się wielki wyścig, bieg po lekarzach, kolejne badania, wyniki, potworny stres, strach o to co będzie dalej. Nieprzespane noce i potwierdzenie diagnozy. Szczerze mówiąc, nie wiedziałem co dalej.

Bałem się o jej zdrowie i życie, ale udawałem twardziela. Wiedziałem, że ona boi się niemniej, musiałem ją wspierać. Któregoś dnia usłyszałem jak rozmawiała z siostrą przez telefon. Usłyszałem jak mówi, że po utracie piersi nie będzie już dla mnie wystarczająco kobieca. Obruszyłem się, jak mogła dopuszczać do siebie takie bzdury? Kochałem ją, chciałem, żeby żyła, wszystko inne nie miało znaczenia.

Rekonwalescencję znosiła ciężko. Całe życie była osobą samodzielną i niezależną. Byłą urzędniczką, zawsze elegancką, z nienagannym makijażem, w podkreślającym jej atuty kobiecym stroju. Po operacji nie akceptowała siebie, nie chciała spojrzeć w lustro, miejsce po piersi dla niej nie istniało. Po powrocie do domu wyraźnie się ode mnie oddalała. Słyszałem jak płakała nocami. Cały czas przekonywałem ją, że dla mnie wciąż jest tą samą, najpiękniejszą pełnowartościową kobietą. Że będę zawsze przy niej, że nigdy jej nie zostawię. Przecież dwadzieścia lat temu przysięgałem, że nie opuszczę jej w zdrowiu ani w chorobie. Kochałem ją za serce, a nie za blizny, które miała na ciele. Kto jak nie ja – jej mąż, miał dać jej siłę do pokonania nowotworu?

W szpitalu usłyszałem, że powinienem choćby minimalne zadbać o siebie. Wróciłem, poszedłem na spacer. Na noc wyjechałem na ryby. Niegdyś normalne czynności potraktowałem jak małe luksusy. Krysia bała się tego raka. Jej oczy oddawały całe przerażenie. Nasz dom dotąd prowadziła sama, musiałem wszystko niezwłocznie przeorganizować. Zatrudnić gosposię? Owszem mogłem. Poszedłbym na łatwiznę, a tego nie chciałem. Zacząłem wyręczać żonę w większości obowiązków domowych. Prałem, sprzątałem, robiłem zakupy, gotowałem obiady. Kupowałem jej świeże owoce, warzywa, pilnowałem wizyt lekarskich, dawek przepisanych leków. Razem jeździliśmy na chemioterapię, po której wracała zawsze bardzo osłabiona. Dbałem o każdy szczegół, o każdą małą radość. Kupowałem jej ulubione frezje, i wstawiałem do wszystkich wazonów.

Zatrudniłem prywatnego rehabilitanta, dwa razy w tygodniu masował ją, pobudzał krążenie. Widziałem, że czasem jest tym wszystkim zmęczona, obchodziłem się z nią delikatnie, jak z dzieckiem. Nasi prawie dorośli synowie bardzo nas w tej walce wspierali. Krysia chciała jak najszybciej móc wrócić do pracy. Miałem mieszane uczucia, wiedziałem przecież, że może jej zaszkodzić choćby najmniejsze przeziębienie. Ona postawiła jednak na swoim. To był dobry pomysł, natychmiast odżyła. Od znajomych dowiedziała się o działającym w naszym mieście klubie amazonek. Nieśmiało poprosiła, żebym poszedł z nią na pierwsze spotkanie. Tam poznała kobiety takie jak ona. Miała poczucie wspólnoty. Odrzuciła dręczące ją pytanie, dlaczego to właśnie ona. Tam znalazła kobiety podobne do siebie. Podjęła wolontariat, gorliwie się udzielała. Zaczęła uśmiechać się na nowo. Widziała, że w tej nierównej walce nie jest sama.

Któregoś dnia poprosiła bym zawiózł ją do kościoła. Powiedziała, że musi podziękować za mnie Bogu. Struchlałem. Po drodze opowiedziała mi, że w klubie poznała kobiety od których mężowie odeszli, ich związki rozpadły się, zostały same. Byłam nieco zdumiony. Nie ukrywam, że ta choroba to była dla nas poważna próba. Obiliśmy się o mały kryzys, by chwilę później wyjść z tego cało. Małżeństwo to nie tylko uciechy. Od problemów nie można uciekać, należy zawsze stawiać im czoła.

Niedługo będziemy obchodzić okrągłą rocznicę ślubu. Minęło dwadzieścia lat, a ja wciąż patrzę na moją żonę podziwem. Nigdy nie znałem tak silnej radzącej sobie ze wszystkim kobiety. Na kilometr mogłaby zarażać innych swoim uśmiechem. Kiedy dziękowałem po wszystkim lekarzowi który nas prowadził usłyszałem, że taki mąż jak ja to wzór do naśladowania. Machnąłem ręką. Nie miałem poczucia misji, nie zasługuję na żadne wyróżnienia. Jestem i byłem mężem swojej żony. Niczego więcej mi do szczęścia nie potrzeba.


Zobacz także

Przeczytaj, zanim pomyślisz, jak bardzo beznadziejną jesteś matką

Idź w tango i… przejdź przez dzień tanecznym krokiem. Akcja #ŁapENDORFINY, wyzwanie #11

Ludzie o różnych typach osobowości narażeni są na inne choroby. Sprawdź, którym typem ty jesteś i na co powinnaś uważać

http://steroid-pharm.com

Augmenter le potentiel

ринопластика кончика носа