Lifestyle

„Ostatnia rodzina” płynie na rzece osobistych przemyśleń. Niezwykły film o rodzinie Beksińskich trafił do kin

Michalina Grzesiak
Michalina Grzesiak
1 października 2016
Fot. Screen/KinoSwiatPL
 

Artysta, wizjoner, malarz. Zdzisław Beksiński i jego rodzina. Jaka była? Ile pod płaszczem artyzmu i oryginalności ukrywało się żalu i walki? Ile oddania? Na czym polegała rola kobiety w tym domu i czy można nazwać Zosię Beksińską pomnikiem odpowiedniego podejścia? Na ekrany kin wszedł właśnie obraz polskiej rodziny, a przesłanie stało się silniejsze, niż można było się spodziewać.

Jest w tym filmie przenikająca mgła rzeczywistości. Bardzo prawdziwa mżawka sącząca cały czas z ekranu tak , że wręcz kręci wyprostowane włosy i rozmazuje makijaż. Wnika w widza. Utożsamia. Odczyn, który sprawia, że przez ponad dwie godziny bezdyskusyjnej namacalności siedzicie w pokoju razem z Beksińskimi. Studzicie ziemniaki wiatrakiem, z Zosią. Przechodzicie próby samobójcze Tomka. Przeszywający na wylot, totalny, zupełny obraz rodziny według Jana Matuszyńskiego, który na czas trwania zawiesza widza w wyjątkowo wyczerpującym wzruszeniu. Wyczerpującym, bo nieskończonym aż do finalnego napisu. „Ostatnia rodzina” okazała się gondolą pływającą na rzece osobistych przemyśleń, bicia się w piersi za zdania wypowiedziane. Zmusiła do rachunku sumienia w wielu aspektach życia, bezapelacyjnie.

Filarem na wyjątkowo grubej bazie okazała się postać Zofii Beksińskiej, grana przez Aleksandrę Konieczną. To pocisk, zbiór wartości nadrzędnych, którym przyklasnąć powinno się gęstym tłumem. Beksińska, obraz kobiety kochającej. Kochanej również, ale nieoczywiście. O ile nie wiecie na czym polega bezwzględne i przede wszystkim – bezwarunkowe uczucie, o tyle Zosia stanie się łopoczącym na wietrze proporcem, wytyczającym dekalog zasad. Tak bardzo, że aż czasem obetrze się o poddańczość. Zaczynając od Zdzisława, który w oczach widowni wyrasta na wiecznego marzyciela, niepisane drugie dziecko Zofii, na nierzadko poniżającym matkę Tomku kończąc. To ssanie w gardle ze wzruszenia przez większość seansu, zawdzięcza się kreacji kobiety, która stawiając wartość domu ponad każdą inną znosiła wszystko, co pod nogi podrzucała jej rzeczywistość. Fanaberie męża, skłonności samobójcze syna. Pociągając w zadumie dym z kolejnego papierosa wypalanego w kuchni, oddawała odczucie kłucia w płucach widowni.  Na wskroś realna. W pewnym sensie postawą zachęcała do wskoczenia we własną skórę. Udowodniła siłę roli kobiety w domu, stanęła przed widownią jak mityczny bóg trzymający w garści dwa zupełnie niestykające się bieguny – ojca i syna. Zaryzykuję stwierdzić, że dziś rodzin z tak wyraźnym podziałem ról, które trwałyby przy sobie do końca, jest już niewiele.

Zofia Beksińska, królowa z komfortem bierności, mapa ludzkich potrzeb. Rozłożyła na łopatki pokazując na czym  polega miłość do własnego dziecka. Relacja między bohaterką a Tomkiem była trudna, czasem wręcz destrukcyjna. Tak czy inaczej siedząc w ciemnej sali kina, widząc coś nieopisanie prawdziwego na twarzy matki, która odwiedza w psychiatryku dorosłe dziecko i cieszy się, że po prostu wygląda na szczęśliwe, zmieliło mnie cztery razy i wypluło przed ekran. Czułam doskonale razem z nią, wiedziałam, dlaczego szklą się jej oczy po podanym obiedzie, kiedy syn zjada go ze smakiem i chwali. Bycie dla nich, życie w ich cieniu, dla tej rodziny, dla jej dobra.  Balansowała sobą między wzorem oddania, a przykładem zniewolenia. Pozostawiła widzom bardzo wąski obszar do dyskusji.  Na pewno, w całym szale  symbiozy małżeńskiej była kochana do śmierci, a to jak mniemam jedno z większych marzeń ludzkości. Nie stać się ofiarą samotności i umrzeć  obok sensu istnienia.

Udało się Zosiu. Byłaś dla nich wszystkich najważniejsza.

Pozostawiając Państwa z tą refleksją zapraszam z pełnym przekonaniem do kin. Film „Ostatnia rodzina” już na ekranach.


Lifestyle

Czego uczy nas czarny protest. Są obok ludzie, którzy kochają i mówią „jesteśmy w tym razem”

Agnieszka Dyniakowska
Agnieszka Dyniakowska
2 października 2016
Fot. iStock/YMStudio
 

Dzieje się ostatnio w naszym kraju, oj dzieje! Poruszenie wielkie, bo i sprawa wymagająca najwyższej uwagi i zaangażowania. Czarny protest nie jest – wbrew temu, co próbują niektórzy politycy nam wmówić – jedynie wybrykiem grupy kobiet z wyrzutami sumienia, ale głośnym sprzeciwem społecznym.  Każda sytuacja, która nas dotyka, czegoś nowego nas uczy, o nas samych, naszym otoczeniu, naszych emocjach lub potrzebach. Jakie zatem lekcje możemy wyciągnąć z czarnego protestu?

Solidarność oznacza siłę

Wiadomo – w kupie siła i kupy nikt nie ruszy. Można przejść obojętnie wobec sprzeciwu wykrzyczanego jednym głosem, udawać, że się nie słyszało, odwrócić głowę w drugą stronę, ale gdy ma się przed sobą całą grupę ludzi, solidarny tłum, uciec nie sposób – trzeba stanąć z nimi twarzą w twarz i wysłuchać, co mają do powiedzenia My, Polacy, solidarność mamy wpisaną niejako w naszą narodową tożsamość, o historii nawet nie wspominając – wciąż oddychamy atmosferą z ’89 roku, a nasze palce w chwilach radości bezwiednie układają się w słynny gest zwycięstwa. W potrzebie potrafimy skrzyknąć się, zorganizować i pokazać ducha walki – a walczyć potrafimy do upadłego.

Niewiedza i ignorancja to słabość

„Wiesz, nic nie mówiłam, gdy rozmawialiście o tym proteście, bo nie wiem, o co chodzi” – tłumaczyła się moja znajoma zapytana, dlaczego nie opowiedziała się za żadną ze stron w dyskusji. Brak wiedzy, ignorancja dotycząca aktualnych wydarzeń i gorących tematów społecznych nie sprawia, że jesteś głupia, niemądra lub wezmą cie w towarzystwie za nieogarniętą – ona powoduje, że jesteś słaba, nie masz głosu w dyskusji, nie wiesz, co powiedzieć i po której stronie stanąć. Stajesz się przezroczysta i obojętna niczym papierek lakmusowy, dla innych jesteś po prostu nijaka i bez wyrazu.

Nie można milczeć i trzeba walczyć o swoje prawa

Może i milczenie jest złotem, ale nie wtedy, gdy ktoś debatuje nad tym, co ci wolno i chce posiadane przez ciebie prawa mocno ograniczyć. O swoje trzeba walczyć – wiedzą to nawet dzieciaki w piaskownicy, gdy chcąc dopaść do wiaderka nie omieszkają przyłożyć stojącemu na drodze koledze łopatką prosto w twarz. Nikt nie namawia do tak drastycznych ruchów, ale stanowczo odradza się siedzenie cicho i bezwiedne potakiwanie – gdy ktoś dybie na nasze prawa, czas pokazać swoje zdanie. Gdy mają nas za idiotki, kobiety bez serca i bez sumienia, o wątpliwym kręgosłupie moralnym, trzeba powiedzieć „dość” i głośno zaprotestować.

Internet to nie tylko seflie i online dating

Po raz kolejny przekonujemy się, że Internet to nie tylko selfie wrzucane na fejsika, randki online i zabawne filmiki z kotkami. To ogromna siła przekazu, która służyć może jednoczeniu sił, wezwaniu do działania i rozsyłania informacji na cały świat. To pomost łączący ludzi zarówno z wielkich miast, jak i małych miasteczek, którzy w sieci są sobie równi. Nie liczy się to, czy jesteś z korpo, czy pracujesz na kasie w markecie, czy jesz jarmuż z kiełkami, czy swojskiego schabowego, czy masz najnowszego mercedesa w garażu, czy stary rower Wigry 3 – lajkujesz, szerujesz i klikasz tak samo.

Nie ma praw dotyczących jednej płci

Nawet stuprocentowy samiec alfa nie może przejść obojętnie obok i udawać, że to nie jego sprawa. Ustalane prawa zawsze dotykają wszystkich, niezależnie od płci. Nawet, jeśli politycy kombinują z typowo kobiecymi sprawami, gdy protestujący wykrzykują, że ich macica to nie kaplica, a na plakatach widnieje żeński układ rozrodczy, to nie jest to wyłącznie problem płci pięknej. Bo ta kobieta, której zabrać chcą wybór, ma ojca, brata, męża, chłopaka, narzeczonego, przyjaciela, kumpla. Wszystko, co dotyczy jej, wpływać będzie też i na nich.

Mamy w Polsce super babki i super facetów

Jesteśmy bardzo fajnym narodem! Pomińmy tych, którzy kierują się zasadą „Bóg dał dziecko, da i na dziecko”, opowiadają, że oni z żoną to by nigdy, przenigdy, albo apelują, by do pochwy plemników nie wpuszczać – dla zachowania równowagi i tacy muszą się znaleźć. Na szczęście jest mnóstwo ludzi, którzy pokazują, że nie jest z nami tak źle, jak czasami się niektórym wydaje. Są pracodawcy, którzy rozumieją i mówią „rób to, co podpowiada ci sumienie, nie będzie konsekwencji”.  Są partnerzy, którzy wspierają, popierają i jednoczą się dla swoich kobiet. Są obok ludzie, którzy kochają i mówią „jesteśmy w tym razem”. I właśnie tego się trzymajmy, to zachowajmy w pamięci – to nasza największa wygrana płynąca z tej sytuacji.

Zapisz

Zapisz


Lifestyle

Magiczne słowa, które trzeba powtarzać codziennie naszym córkom. Ten tata to potrafi!

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
1 października 2016
Fot. iStock/gpointstudio

Jak wychować córkę na kobietę silną i pełną wiary we własne możliwości, a jednocześnie traktującą z szacunkiem innych? Można na przykład powtarzać jej jak mantrę kilka zdań, aż znajdą miejsce w jej sercu, na stałe. Z resztą, te słowa potrzebne są także naszym synom. A może i nam wszystkim?

Ten tata robi to codziennie. I za to go kochamy. Rano, zaraz po myciu zębów i tuż przed wyjściem do szkoły, staje ze swoją córeczką przed lustrem i prosi, by patrząc w swoje odbicie, powtarzała:

Jestem silna. 

Jestem mądra.

Pracuję ciężko.

Jestem piękna.

Jestem godna szacunku.

Nie jestem lepsza od innych.

Ale też nikt nie jest lepszy ode mnie.

Jestem wspaniała.

Jeśli upadnę, podniosę się.


Źródło:

 


Zobacz także

10 sekretów szczupłych kobiet. Chcesz być jedną z nich?

7 okropnych typów facetów, którzy nigdy się nie zmienią. Lepiej daj sobie z nimi spokój

Namaluj niewidzialne – Międzynarodowy Dzień Białej Laski

примоболан

пластика кончика носа

220km.net