Lifestyle Psychologia

Narcystyczna matka odbiera dorosłej córce pewność siebie, zdolność ufania, poczucie bezpieczeństwa. Jak uwolnić się spod jej wpływu?

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
9 września 2016
Fot. iStock/max-kegfire
 

Wsłuchaj się w siebie, co słyszysz?

„Jesteś do niczego”.

„Stać cię na więcej”.

„Za mało się starasz”.

„Nie jesteś dość dobra”.

I to uczucie pustki, którego nie umiesz się pozbyć. Ten niepokój, który ci towarzyszy, że wszyscy odkryją, jaka naprawdę jesteś?

Pustkę próbujesz czymś zapełnić, kolejnym kursem, studiami, awansem albo ekstremalną wycieczką lub nową pasją. Zrobisz wszystko, by jej nie czuć. By, choć trochę ją zakopać. Skoczysz ze spadochronu, nauczysz się chińskiego, będziesz mieć romans z kolegą z pracy. Cokolwiek, by ją zniwelować. Dążysz nieustannie do perfekcjonizmu. Nazywają cię Panią Perfekcją, a ciebie to irytuje, bo nie jest to dla ciebie żadnym komplementem, tylko ciężką pracą, na której uznanie w oczach innych i tak (twoim zdaniem) nie zasługujesz, bo wiesz, że mogłabyś jeszcze lepiej, jeszcze bardziej…

Ambicja. To twoje drugie imię. To najczęściej o sobie słyszysz. Ambitna i pracowita. A czasami chciałabyś wszystko rzucić, pozwolić sobie na luz, dać oddech, zwyczajnie odpuścić. Ale nie, nieustannie coś cię pcha do przodu, każe być lepszą i lepszą.

I ten lęk, że ktoś ci powie: udajesz, wcale nie jesteś taka dobra, taka silna, nie zasługujesz na nic, co osiągnęłaś. Nieustannie jest w tobie przymus udowadniania wszystkim, że taka właśnie jesteś, że nie kłamiesz, nie oszukujesz, nie snujesz intryg. Boisz się, że ktoś pomyśli, że jesteś podobna do twojej matki… Przejrzy cię tak, jak ty ją przejrzałaś.

Jak pamiętasz swoją matkę?

Zamknij oczy. Przypomnij sobie pierwszą z chwil ze swoją matką. Nie tę, kiedy kazała cię uczesać na pasowanie na ucznia, ale pomyliła dni, a tobie było tak okropnie wstyd. Mówiła: „Pięknie wyglądasz, wszyscy będą cię podziwiać”, a tobie nie było wygodnie w tym warkoczu i w spódnicy, która opinała cię zbyt mocno. Przypomnij sobie moment, jak byłaś mała. „Nie mam czasu”, „Zajmij się sobą”, „Poczekaj chwilę”, a chwila nie nadchodziła. Pamiętasz, jak mówiła, że masz ładnie wyglądać, jak pytała, z kim siedzisz w ławce i namawiała do przyjaźni z córką lekarzy? Czy była blisko ciebie? Czy może bardziej była przyjaciółką, kumpelą niż matką, która bez problemu opowiadała wszystkim wokół o twoich miłościach, o tym, że piersi ci już rosną i że okres dostałaś?

„Czy ty nie możesz wyglądać jak kobieta?”, pytała, gdy byłaś nastolatką kochającą wytarte dżinsy i powyciągane swetry. „Czy nie możesz pomalować paznokci, ubrać spódniczki, butów na obcasie”? Nigdy nie byłaś idealna. Laurkę, którą jej zrobiłaś na Dzień Matki rzuciła w kąt, a później widziałaś ją w śmietniku.

Nie było jej przy twoich ważnych decyzjach. Wolała się schować, udawać, że jej nie ma, niż uczestniczyć w poważnych kwestiach twojego życia. Nie chciała brać odpowiedzialność. Za to twoi znajomi ją uwielbiali. Ona dusza towarzystwa, zawsze jej pełno, uśmiechnięta, opowiadająca o sobie anegdoty i recytująca zawsze ten sam wiersz.

A jaka chciałabyś, żeby była?

A teraz zamknij oczy i wyobraź sobie mamę idealną dla ciebie? Jaka jest? Ciepła? Spokojna? Łagodna? Przytula cię i głaska po głowie mówiąc: „Nie martw się, wszystko będzie dobrze, jestem tu. Jestem blisko ciebie. Zawsze będę”. Mama, która robi twoje ulubione kanapki do szkoły, która mówi, że pięknie wyglądasz, która nie rywalizuje z tobą o względy twojego ojca. Płaczesz? To żałoba po mamie, której nie miałaś. I świadomość tego, że nigdy takiej mieć nie będziesz. A ty tak bardzo chciałaś być kochana, tak po prostu, nie za coś, nie po coś.

Narcystyczne matki

Zadajesz sobie czasami pytanie: dlaczego mam poczucie, że nie zasługuję na miłość? Dlaczego nigdy nie czuję się dość dobra? Dlaczego wątpię w siebie?

Boisz się odrzucenia, odtrącenia, dlatego często nie wchodzisz z nikim w bliskie relacje, boisz się ich, nie chcesz usłyszeć, że nie jesteś warta tej przyjaźni czy znajomości?

Doktor Karyl McBride to terapeutka specjalizująca się terapii rodzin i par, która od ponad 17-tu lat zajmuje się prywatnymi badaniami nad dziećmi narcystycznych rodziców, pracowała z wieloma córkami narcystycznych matek sama będąc jedną z nich. Podsumowanie swoich spostrzeżeń i wniosków ujęła w książce: . To książka o kobietach, które nigdy nie zaznały prawdziwej bliskości i bezwarunkowej miłości swojej matki. To książką o kobietach, dla których przekleństwem jest powiedzenie: „jesteś jak twoja matka”. To w końcu książka o kobietach odczuwających pustkę, bojących się zaufać, szukających towarzystwa szczerych i autentycznych osób.

Mat. prasowe

Ale nie jest to książka obarczająca winą matki. To książka o tym, jak sobie poradzić w życiu, jak wyjść z tej zależności, tych emocji i tej klatki perfekcjonizmu, w którą córki narcystycznych matek zostały wtłoczone.

Zastanawiasz się, czy to o tobie? Czy może twoje dążenie do doskonałości, szukanie nowych wyzwań, jakaś niewidoczna ręka, które nieustannie cię popycha do udowadniania innym, że zasługujesz na ich uwagę, miłość czy przyjaźń to wynik twojej relacji z matką? Matką skupioną na swoich emocjach, na swojej osobie?

Karyl McBride w swojej książce podaje 10 żądeł, które są wbijane w relację córki z narcystyczną matką. Zobacz, czy są one obecne w twojej relacji z matką.

  1. Stale próbujesz zdobyć miłość, uwagę i akceptację matki, ale nigdy nie udaje ci się do końca jej zadowolić.

  2. Dla twojej matki ważniejsze jest to, jak sprawy wyglądają z jej punktu widzenia, niż to, jak ty je odczuwasz.

  3. Matka jest o ciebie zazdrosna.

  4. Matka nie wspiera twoich zdrowych sposobów ekspresji siebie, zwłaszcza jeśli są one niezgodne z jej potrzebami lub jej zagrażają.

  5. W waszej rodzinie wszystko kręci się wokół mamy.

  6. Twoja matka jest niezdolna do empatii.

  7. Twoja matka jest bardzo krytyczna i skora do ferowania wyroków.

  8. Matka traktuje cię jak koleżankę, nie jak córkę.

  9. Twoja matka nie radzi sobie z własnymi uczuciami.

  10. Nie ma granic ani intymności w relacjach z matką.

 

Odnajdujesz tu siebie i swoją matkę? Możesz sobie pomóc, może zacząć pracować nad tym, kim dzisiaj jesteś. Karyl McBride prowadzi swoje czytelniczki przez proces zrozumienia, akceptacji i przeżycia żałoby. Tylko pracując nad sobą, odkrywając to, w jak dużym stopniu osobowość matki wpływa na nasze dorosłe życie możemy sobie pomóc. A czy warto? Chyba nie macie wątpliwości.


 

Karyl McBride

Karyl McBride

Karyl McBride licencjonowana terapeutka specjalizująca się terapii rodzin i par. Pracuje w Denver w stanie Colorado. Ma ponad dwadzieścia osiem lat doświadczenia w pracy klinicznej. Zajmuje się szczególnie klientami z problemami wynikającymi z dysfunkcjonalnych stosunków w rodzinie pochodzenia. Od ponad siedemnastu lat dr McBride zajmuje się prywatnymi badaniami nad dziećmi narcystycznych rodziców, a zwłaszcza nad kobietami wychowywanymi przez narcystyczne matki. W swym gabinecie pracowała z wieloma córkami narcystycznych matek.

 

 


Lifestyle Psychologia

Nie było i nie będzie lepszych! Nasze ukochane komedie romantyczne lat 90-tych

Hanna Szczygieł
Hanna Szczygieł
9 września 2016
Nie było i nie będzie lepszych! Nasze ukochane komedie romantyczne lat 90-tych
Fot. iStock / vicnt
 

Na co zawsze warto „zmarnować” wieczór? I bez czego nie może się obyć żadne babskie piżama party? Oczywiście, bez odpowiedniego repertuaru komedii romantycznych – a te najlepsze, te które możemy oglądać równie często jak świątecznego Kevina, to zdecydowanie hity lat 90-tych! Dziś idealna pora, żeby przekopać karton pełen starych i wysłużonych płyt DVD. Bo nic tak nie poprawia kobiecego humoru i nie przywraca wiary w miłość (nawet gdy pełzamy pod uczuciowym śmietnikiem), jak stary, dobry Hugh, szpakowaty Richard i „litr”…  miętowych z czekoladą – lodów oczywiście ;).

PS: Żaden dół, opłakiwanie eks i chandra też bez nich się nie liczą!

Zapraszamy na bardzo subiektywne zestawienie filmów, które po prostu KOCHAMY!

Uciekająca panna młoda (1999)

Jest ślub (i to nie jeden) i Ona. Uciekająca, nieujarzmiona, i wciąż do upolowania. A jest o co powalczyć, bo tytułowa Uciekająca Panna Młoda, to nie tylko piękna, atrakcyjna i piekielnie inteligentna kobieta, ale i wierna swoim wartościom. „Recepta Maggie jest prosta: nie chcesz się rozwodzić – nie wychodź za mąż”*.

Obsada: Królowa komedii romantycznych lat 90-tych (i najchętniej obsadzana w nich aktorka) Julia Roberts i oczywiście boski Richard Gere.

Mój chłopak się żeni (1997)

Znają się od zawsze, ale są przekonani o platonicznym charakterze swoich uczuć. Kiedyś byli parą, ale jak to w życiu bywa – nie wyszło. Obiecali sobie natomiast, że jeśli nie znajdą prawdziwej miłości do 28 urodzin, wezmą ślub (no bo przecież najlepszy przyjaciel wydaje się być najlepszy kandydatem do ożenku z rozsądku). Sprawy nieco się komplikują, gdy Julianne zostaje zaproszona na ślub swojego „chłopaka”. No cóż 4 dni, bo tyle czasu na rozpalenie uczuć tego jedynego  ma bohaterka, to niewiele i jeśli komuś w ogóle może się to śnić – to chyba tylko Julii Roberts. Zobaczcie jak jej poszło :).

Obsada: Boska Julia i Dermot Mulroney. Męskie grono odbiorców do seansu może przekonać obecność Cameron Diaz ;).

Notting Hill (1999)

Ukoronowanie ery filmowych romansideł. Tym razem etos księcia się odwraca i tak oto poznajemy Annę – gwiazdę filmową i skromnego księgarza Williama. A potem jak to w miłości, nie można się nudzić.

Obsada: Julia i Hugh. Nie musimy chyba nic więcej dodawać ;).

Ja  Cię kocham a Ty śpisz (1995)

Wzruszająca opowieść o tym, jak łakniemy bliskości. I o tym, jak życie potrafi zaskakiwać (nie bez znaczenia jest też to, czego w naszym życiu, życzyłaby sobie nasza rodzina 😉 ).

Obsada: Sandra Bulock i sławetny peron metra grają zdecydowanie pierwsze skrzypce!

Od wesela do wesela (1998)

Ta komedia to sentymentalna podróż do lat 80-tych. Czyli stylizowana opowieść o złamanym sercu i słynnym „jeśli ktoś zna jakiś powód, dla którego tych dwoje nie powinno zawierac małżeństwa, niech wypowie go teraz lub zamilknie na wieki”. No i dzięki Adamowi Sandlerowi jest naprawdę zabawna!

Obsada: Drew Barrymore i uroczy (w bardzo nieporadny sposób) Adam Sandler.

Masz wiadomość (1998)

Nasz ulubiony film o miłości. Czyli od wroga do łóżka w wersji tak bliskiej naszej współczesności. Bo któż z nas nie zna tego delikatnego drżenia na dźwięk komunikatu „masz wiadomość”?

Obsada: Meg Ryan, której nie jedna z nas zazdrościła świeżości i życiowego luzu i ukochany Tom Hanks.

Totalna magia (1998)

Film o czarownicach szukających miłości. I o tym, że tego jedynego poznaje się po kolorze oczu: jedno jest niebieskie, drugie zielone.

Obsada: Nicole i Sandra – w tym filmie faceci wcale nie są tacy ważni!

Francuski pocałunek (1995)

I tu wszystko się zmieniło. Bo z typowej kanwy księcia na bardziej lub mniej białym rumaku wkroczyłyśmy w świat zdrad, intryg i jakże apetycznego Bad Boya ;). Do tego urok Meg Ryan i zgrabna historyjka o tym, jak z podłego miłosnego rynsztoku udać się wprost do raju.

Obsada: Boska Meg i zaczepny Kevin Kline (i nawet ciut wsiowy wąsik nam nie przeszkadzał, choć już wtedy zalatywał podstarzałym stylem disco).

Przed wschodem słońca (1995)

Rozmowa jest tak interesująca, że postanawiają wysiąść w Wiedniu i kontynuować dyskusję. Błahe rozmowy przeradzają się w poważne tematy, a wzajemne zauroczenie w uczucie. Wzruszające, niosące też nadzieję, że prawdziwe uczucie można spotkać wszędzie. Zdecydowanie nieoklepany i inteligentny film, czyli perełka w swoim gatunku.

Obsada: Zabójczo przystojny Ethan Hawke oraz Julie Delpy.

Cztery wesela i pogrzeb (1994)

Piękna i niezbyt napompowana historia o przegapieniu swojej szansy na miłość. Bajka dla dużych dziewczynek.

Obsada: Och Hugh! No nie mówcie, że po tym filmie pozostałych nie oglądałyście z jego powodu (nawet jeśli absolutnie nie jesteście fankami jego dość angielskiej urody). No i oczywiście cudowna kreacja Andy MacDowell.

Pretty woman (1990)

On i Ona. Prostytutka i bogacz, czyli książę i zwykła dziewczyna w wersji Hollywood. Ale zamiast trailera coś o wiele lepszego, niezapomniany, niepowtarzalny hit grupy Roxette. I może w prawdziwym Hollywood taka bajka często się nie zdarza – my możemy wypłakiwać na niej oczy w kółko. No, a przynajmniej raz na rok na pewno nie zaszkodzi!

I pomysleć, że chyba właśnie od tego filmu wszystko się zaczęło :).

Obsada: Ach Julia, och Richard! To były ich złote lata.

Jedno jest pewne, bez tych filmów nie byłoby również udanych hitów następnej dekady, bo to one raz na zawsze nakreśliły definicję tego gatunku. A już niedługo udamy się do lat dwutysięcznych, gdzie czeka na nas równie przystojny Matthew, które nazwiska nikt nie potrafi wymówić i długie godziny z boską Jennifer Lopez.

To co dziś wrzucacie w stare, dobre DVD? 


*


Lifestyle Psychologia

Prawdziwe oblicze matki, która postanowiła mieć własny biznes

Michalina Grzesiak
Michalina Grzesiak
9 września 2016
Prawdziwe oblicze matki, która postanowiła mieć własny biznes
Fot. iStock / Eva Katalin Kondoros

Zachciało mi się firmy

Własny interes to nie tylko pasmo niekończących się sukcesów, nowy samochód na podjeździe i wakacje w Azji minimum raz w miesiącu. Firma, to oprócz niezłych wizytówek i możliwości wzięcia najnowszego iPhona sześćset za złotówkę na NIP, to też bieg przez płotki na bardzo, BARDZO wysokich obcasach. Kiedy urodziłam pierwsze dziecko wpadłam w standardowy rytm dnia. Było pranie, gotowanie, opieka nad maluchem, powrót męża z pracy, karmienie, kąpiele i finalnie sen. Nie dopuszczałam do siebie myśli, że istnieją inne opcje przeżycia macierzyńskiego. Z perspektywy czasu uważam, że zmarnowałam w bezruchu ponad półtora roku, które mogłam poświęcić na rozwój własnych umiejętności. Zapisać się na niemiecki, uklecić garnek z gliny, nauczyć się trzech, zupełnie nieprzydatnych, fińskich piosenek dla dzieci. Cokolwiek, oprócz monologu do huśtawki i odkrywania promocji pomidorów w osiedlowych dyskontach.

Drugie dziecko położyło temu kres. Czułam wewnętrznie, że nie ma opcji na kolejne dwa lata w hibernacji i jak szybko nie opuszczę jaskini malkontenctwa, to stracę jedynie czas na podjęcie próby. Próby, co miała mnie nic nie kosztować, a jak patrzę na wyciąg z konta, to chyba się nie zrozumiałyśmy. Z drżącymi kolanami i jak goryl we mgle postawiłam pierwsze kroki w produkcji odzieży, nie rozróżniając początkowo tkaniny od dzianiny. Poziom IQ spadał drastycznie z każdym „przepraszam, mógłby pan powtórzyć?”, kiedy pytano mnie o digitalizację i podkrój pachy. Nie poddałam się, nadal tu jestem, walczę jak lwica, a to jest standardowy dzień pracy małego przedsiębiorcy.

Dzień producenta odzieży

zaczyna się zupełnie normalnie, jak można to sobie wyobrazić nawet bez posiadania biznesu. Jest walka z grawitacją i poważnie ekstremalnie dobrze wypierdzianą, ciepłą kołdrą. Jest widok dzieci, które na pewno pozostaną w tym błogostanie przez ekstra godzinę, finalnie zazdrość. Wielka zazdrość, że one tam, a ja tu. Stoję oparta głowa o kuchenną szafkę w szlafroku z wyciągniętym sznurkiem. Wyglądam jak Tolkienowski Smigol. Budzik w nowym telefonie hybrydzie, wielkości kafla chodnika,  ustawiony na czternaście drzemek. Te wiercą dziurę w mózgu średnio od szóstej rano, żebym finalnie i tak mogła zaspać, skakać na jednej nodze jak kretyn, z kawą w termicznym kubku, bez mleka. Centrala nie poinformowała, że się skończyło. U nas trzeba się domyślać.  Końca rolki papieru toaletowego też nie wyczytałam z fusów. Pewnie dlatego od dwóch dni jedziemy na nawilżonych chusteczkach syna modląc się, żeby się nic nie zapchało, ale do brzegu.  Popędzając dzieci do szybszego mycia zębów i rozczesywania skudlonego owłosienia jedną ręką nasypuję kotu żarcie na resztę dnia, a druga całkiem uważnie maluje eyelinerem kreski na górnej powiece. Żeby nie wiem jak się starać, nigdy nie są symetryczne. Oko prawe późne rokokoko. Było dobrze, czort jeden wie, co mnie podkusiło do domalowania tego świńskiego ogona w kąciku . Lewe to już modern art. Niewyraźne pasmo, bida. Miałam domalować na wzór świńskiego prawego, ale syn się zerzygał po porannym mleku i trzeba było reanimować. Wybiła dziewiąta, ja nadal niespakowana, szukam drugiego klapka, na oko nie ma już czasu. Nieważne. Artystom wolno.

Drużyno, wychodzimy!

Własna firma to przede wszystkim dobra organizacja dnia. Nie piszę tu tylko o poważnych sprawach jak dobór godzin na poszczególne zadania, żeby zamiast dwustu kilometrów dziennie zrobić „tyko” sto, ale to też umiejętności strategiczne na pierwotnych poziomach. Planować zaczynam już w momencie strojenia dzieci do spędzenia ze mną dnia, zakładając getry na gumkę zamiast zajebistych ogrodniczek na napy, które kosztowały mnie jak pole ryżu w północnych Chinach. Powód? Wystawianie trzyletniego tyłka do sikania na trasie między krojownią a szwalnią zdecydowanie sprawniej wychodzi w getrach.  Z dziećmi zabieram minimum dwie kolorowanki, kredki, słone paluszki, winogrono, coś do picia. Im słodsze, tym bardziej zakleja buzie. Bardzo niewychowawcze, bije się w piersi, ale jak pomaga w rozliczaniu faktur wiem tylko ja i kontrahenci. Na sam widok wchodzących nas do jakiegokolwiek obiektu uzbrajają się w cierpliwość, a ci mniej odporni na „mama kupę!” dziwnie się rozbiegają. Organizacyjnie przygotowuję również auto. Nie tego cudownego, połyskującego  Nissana Navarę, w którego mogłabym wrzucić dwie meblościanki, konia z rzędem, czterech autostopowiczów z rowerami i nadal mogliby się ganiać. Nie tego pachnącego VW Amaroka, o którym marzę, a który prawdopodobnie mógłby sam przeprowadzić Pałac Prezydencki na raz, nie. Ja szykuję dwudziestoletniego Opla Astrę w gazie,  w którego wchodzę sama na wciągniętym brzuchu, mąż, o ile dobrze odsunie fotel i dwójka naszych dzieci. Małych. Zaczyna się Tetris. Tu złożę, tam wykręcę,  tu postukam, popukam. Zanim wyjadę do hurtowni, z której mam zabrać sześćdziesiąt kilogramów zapasów w postaci belek materiału, pod domem stoi wykręcony, samochodowy fotel, dwa zagłówki, zapasowe koło i ja. Z okiem „na Adele” ze świńskim zadem, dwójką dzieci w przerwie wakacyjnej i nerwosolem pod ręką. W oknie sąsiad stoi z kubkiem herbaty, siorbie sobie spokojnie czaj, przygląda się mojemu życiowemu Monthy Pythonowi.

Dobra, żyj przygodo!

Spokojne, poukładane życie jest nudne. Kto nigdy nie wracał się po zapomnianego syna śpiącego cicho na szwalni w foteliku ten nie wie, co to adrenalina. Jako kobieta, która udowadnia przede wszystkim sobie, że jest Minotaurem podjętej walki o kreatywne życie, nie daję się złamać nawet piąty raz w tym tygodniu rozładowanemu akumulatorowi. Ładowanie od taksówkarskich kabli mam w jednym palcu. Palcu z tipsem, bo co jak co, ale o dłonie trzeba dbać. Odbieram telefon ze szwalni przy otwartej masce Opla, w tle syn wyrywa córce włosy, taksówkarz walczy z napięciem. Na linii Pani Wiesia, co na owerloku zjadła zęby oznajmia, że podkrój męskiego dekoltu trochę odjechany. Prawdopodobnie każdy jeden pan, którego wystroję w moje dzieło będzie wyglądał jak owłosiona drag queen z sutami na wierzchu. Wstrzymuję oddech. Łapię na szybko w ręce łzy, co z bezsilności kapią jak grochy, dwa szybkie wdechy i od nowa Polska Ludowa. Młodzież do samochodu, pasy zapięte, jedziemy ratować sytuację.  Gdzieś na krojowni trzeba dodać trzy centymetry, odjąć pięć, gdzieś w drodze do szczęścia ugasić mój mały pożar i nie poddać się jak każą. Bo w całym tym szale i wchodzeniu w zakręty na dwóch kołach jest bardzo ważne przesłanie. Dla wszystkich, którzy pewnie stawali na mojej drodze kiwając głową z politowaniem, że się nie uda, bo mam dzieci, patrzcie: widzicie jak wam ładnie macham teraz środkowym palcem? Palcem z tipsem?

Jestem zmordowana, miewam dosyć

Ale za żadne skarby nie wróciłabym do tej wewnętrznej mumifikacji, której się poddałam po pierwszym dziecku. Wszystkie zadania rozwiązywane z mniejszym lub większym powodzeniem pokazują jasno i wyraźnie, że nie ma rzeczy niemożliwych, a sukces jest tylko w głowie. Kiedy staję we własnym wyrobie, którego historię znam centymetr po centymetrze, czuję się jak Gustave Eiffel wzdychający pod wieżą na Polu Marsowym.  Za mną wynurzają się dzieci, jedno obsypane nićmi i skrawkami materiału, bo akurat spało na zapleczu, drugie ciamkające centymetr krawiecki. Boże jak ja dziękuję, że mam dwie silne ręce, co te belki taszczą. Kręgosłup mocny, mimo że boli utrzymuje w pionie życiowe decyzje. Ekscytacja buchająca  jak z kotła upewnia w przekonaniu, że chcę próbować dalej. Że VAT i dochodowy mogą mnie cmoknąć. Że się, ku*wa, uda.

A potem patrzę, jak w centrach handlowych nosicie moje t-shirty ze słuchawkami w uszach, zupełnie mnie nie znając. Unoszę się wtedy centymetr nad ziemią.


 

Zapraszam serdecznie, na Wszystkie ubrania są wyrobem pracy rąk własnych i kilku oddanych pomocników. Cała firma natomiast efektem wyśnionego przekonania, że jedno jest życie do próbowania, a ja nie chcę nic przegapić.

 


Zobacz także

7 kg w 7 dni. To możliwe dzięki tej diecie

Twoje dziecko marzy o psie? Zapoznaj go z Kostkiem

Makijaże jak dzieła sztuki. Ta dziewczyna ma wielki talent

поливная система

kamagra tours

220km.net