Lifestyle

Moja Kochana Ja z Przyszłości. Czasami chciałabym być już tam gdzie ty. Poczekaj tam na mnie – obiecuję, że cię nie rozczaruję

Z życia kobiety
Z życia kobiety
18 marca 2016
Fot. Unsplash / roya ann miller /
 

Hej. Kochana Ty Moja z Przyszłości,

Dziś jest dzień twoich urodzin. Kolejnych, żadna okrągła rocznica. Chciałam spytać, czy nadal nie ma dla ciebie znaczenia, ile lat kończysz, a ważne jest w jakim miejscu swojego życia się znajdujesz?

Mam nadzieję, że jesteś tam, gdzie sobie zaplanowałaś kilka lat wcześniej. Pamiętasz, co sobie obiecywałaś? Nikomu innemu – byłaś szczera sama ze sobą i odważnie patrzyłaś w przyszłość. Udało ci się? Zresztą, co za głupie pytanie – przecież wtedy byłaś przekonana, że ci się uda. Bałaś się, ale wiedziałaś, że wszystko zależy od ciebie, że jeśli się poddasz, to nigdy nie osiągniesz celu, który sobie wyznaczyłaś. Bo nikt nie zrobi tego za ciebie.

Czy nadal jesteś głodna życia? Chcesz czerpać z niego garściami, doświadczać nowego i wyciągać z każdej sytuacji własne wnioski? Nadal się uczysz? Nie stanęłaś w miejscu podłamana niepowodzeniami czy opiniami innych?

Podobno w twoim wieku osiągamy to, z czego zdaliśmy  sobie sprawę kilka lat wcześniej. Sięgnęłaś po swoje marzenia? Nie zmarnowałaś żadnej szansy, którą dał ci los? Nie wycofywałaś się ze strachu, że nie podołasz? Bo przecież mogłaś wszystko. Tak, wiedziałaś, że czeka ciężka praca, pewnie nadal ciążą na tobie powtarzane w dzieciństwie słowa twojego ojca, że na sukces trzeba zasłużyć, że w życiu nic nie przychodzi łatwo.

Uśmiechasz się do siebie? Zaakceptowałaś wszystkie te cechy, których w sobie nie lubiłaś, ale z którymi nie byłaś w stanie walczyć? Pamiętasz – obiecałaś to sobie – że pokochasz siebie, tak jak kochasz ci najbliższych. Bo już wtedy wiedziałaś, że dopiero kochając siebie możesz pełną miłością obdzielać innych.

Podziwiasz siebie? Myślisz: „Kurde, udało się, jestem znowu krok dalej”, a nawet jeśli to tylko pół kroku to i tak jesteś z siebie dumna? Że się udało, że nadal jednak do przodu. Wiadomo, że nie zawsze jest łatwo, ale nie lubisz stać w miejscu – jak kiedyś?

Czy jest w tobie więcej spokoju ducha? Pomimo chęci do zmian, do życia, do doświadczania nowego, masz w sobie spokój, nad którym już wtedy pracowałaś. Już nie tracisz energii na rzeczy, na które nie masz wpływu? Nie zatrzymujesz przy sobie na siłę ludzi, bo powinnaś, bo tak trzeba? Odróżniasz to, co dla ciebie dobre od tego „co inni powiedzą”

Czy myślisz o sobie ciepło patrząc wstecz? Już nie wstydzisz się popełnianych błędów, bo nie popełniasz tych, o których koniecznie chcesz zapomnieć. Widzisz siebie, jak pełna wiary i pewności siebie odkrywasz kolejne położone przed tobą karty.

Płaczesz czasami? Masz się do kogo przytulić, komu powiedzieć, że jest ci źle, że nie masz siły i że czasami musisz odpuścić, żeby odpocząć i nabrać dystansu.

Krzyczysz? Gdy jesteś zła? Gdy tracisz cierpliwość, gdy musisz wyrzucić z siebie wszystkie nagromadzone negatywne emocje? Jeśli tak – już dzisiaj jestem z ciebie dumna.

Nauczyłaś się odpuszczać? To zawsze było dla ciebie trudne. Po prostu pewne rzeczy puścić, nie zajmować się nimi, dać im odejść, a czasami pewnie i powrócić w zmienionej formie. Udaje ci się myśleć: „Dzisiaj nie, nie mam siły/ochoty. Dzisiaj dam sobie prawo odpocząć?”.

Masz dzisiaj urodziny, zupełnie tak jak ja – tylko kilka lat później. Już teraz chciałabym ci życzyć:

– przekonania – że nic się jeszcze nie kończy, a wiele rzeczy dopiero zaczyna, że to co najpiękniejsze jest cały czas jeszcze przez tobą, choć czasami wydaje ci się, że już więcej dobrego spotkać cię nie może

– wiary – przede wszystkim w siebie, i w to, że wszystko jest w twoim zasięgu, że to co się tobie wydarza zależy tylko i wyłącznie od ciebie; później wiary  w drugiego człowieka – pomimo tego, jak różnych ludzi spotykałaś na swojej drodze

– nadziei – żeby w chwilach zwątpienia cię nie opuszczała, tak wiem, podobno ona umiera ostatnia – niech twoja nie umiera nigdy i wyciąga cię z najmroczniejszych myśli

– szczęścia – które wypełnia cię po czubki palców, jest namacalne i odczuwalne, a nie pozostaje jedynie mglistą mrzonką, realnego szczęścia, które jest w stanie ci dać trzymanie życia za rogi i decydowania o własnych wyborach

– miłości – przede wszystkim do siebie, a zaraz potem do ludzi; niech miłość nie będzie czymś na co czekasz, ale niech otula cię każdego dnia, wyciągaj odważnie po nią rękę i pielęgnuj ją

– marzeń – bo to one zawsze nadawały sens twojemu życiu; pamiętasz – czasami o tych marzeniach zapominałaś, brnęłaś w ślepe zaułki, z których wydawało się, że nie ma już wyjścia; dziś już wiesz o czym naprawdę marzysz i co czyni cię szczęśliwą – sięgaj po to

– pewności – że wiesz, na ile cię stać, że nie stawiasz sobie celów ponad swoje siły; wiesz kim jesteś i gdzie jesteś, i co potrafisz, jesteś świadoma swoich ograniczeń, z którymi przestałaś już walczyć i udowadniać sobie, że one ciągle są.

Wiesz, też mam dzisiaj urodziny i przez chwilę pomyślałam sobie, że chciałabym być już tam gdzie ty. Żeby ominęła mnie ta walka, która mnie czeka, to żmudne przestawianie stóp, by dojść tam, gdzie ty teraz jesteś.

Ale przecież wiem, że niczego nie osiąga się na skróty, żeby być taka jak ty, muszę przejść krok po kroku te kilka kolejnych lat i uśmiechnąć się do siebie czytając ten list. Moja Kochana Ja z Przyszłości. Poczekaj tam na mnie – obiecuję, że cię nie rozczaruję.


Lifestyle

Zaczyna się od wyobrażania sobie życia bez niego. Kiedy zaczynasz myśleć, jakby to było

Z życia kobiety
Z życia kobiety
21 marca 2016
Fot. Picjumbo / Victor Hanacek /
 

Zrobiłam swoją ulubioną herbatę, z cytryną i imbirem, jeszcze nogi owinę kocem. Lubię światło nocnej lampki. Ale dziś nie będę czytać kolejnej książki. Dziś chciałabym ci coś opowiedzieć.

Myślałam: „Odejdę. Nie wytrzymam dłużej. Uduszę się”. Stałam na początku drogi nazywanej „odchodzeniem”. Obserwowałam wszystkie znaki, które na tej drodze się pojawiły.

„Brak zainteresowania”, „Brak czułości”, „Nakaz skrętu do pokoju dzieci”, „Zakaz rozmów o uczuciach”. Odczytywałam wszystkie sygnały. Analizowałam, jak było kiedyś, a jak jest teraz. Mówiłam rozczarowana: „Zmieniliśmy się”, a przecież mieliśmy być zawsze dla siebie tacy sami, a jeśli już zmieniać się to tylko równolegle względem siebie.

Nie odchodzimy nagle. To nie jest decyzja na tu i teraz. To zawsze jest proces, w który dajemy się wciągnąć. Jeśli za tym podążysz, za jakiś czas będziesz w tym miejscu, w którym ja jestem. Z kocem na nogach, z ulubioną książką w ręce i świętym spokojem.

Kusi? Prawda? Ale powiem ci coś. Kiedy mi smutno i źle – otula mnie tylko ten koc, od środka ogrzewa ciepła herbata, a partnerem do wieczornych rozmów pozostają książki. Dzieci? Poleciały do kolegów, na zajęcia, czasami do swojego ojca.

Wiesz, od czego wszystko się zaczyna? Wcale nie od tego, że zainteresuje cię inny mężczyzna, że wpadniesz w szalony romans, z którego nie widzisz wyjścia. Odchodzenie zaczyna się od wyobrażania sobie życia bez niego. Kiedy zaczynasz myśleć, jakby to było, gdyby jego nie było i w tym swoim wyobrażeniu czujesz spokój i ulgę. Bo masz dość proszenia go o uwagę, podejmowania próby rozmów, masz dość jego majtek w koszu na pranie i ręcznika, na którym on zostawia swój zapach.

Masz dość tego cholernego pociągania nosem i ściągania skarpetek w salonie. Patrzysz na niego i widzisz tylko powiększające się zakola na głowie. I brzuch, który trochę wystaje i zdaje się być przyczyną twojej (bo przecież nie jego) codziennej frustracji.

Marzysz, żeby zniknął z twojego życia. Myślisz: „Dam radę sama, w końcu i tak wszystko ogarniam”. Ale na razie tylko myślisz – tyle, że z czasem może trochę częściej.

Później stajesz na rozdrożu. Mylisz drogi. Bo krzyczysz, kłócisz się. Wyrzucasz z siebie słowa jak karabin maszynowy. „Bo ty nigdy”, „bo ja zawsze”. Czepiasz się wszystkiego. Braku kawy na śniadanie, zapomnianych imieninach twojej mamy, spóźnienia na występ córki, braku czułości, bliskości, intymności. Właściwie to chyba przestajesz je odróżniać. Bo wszystko zlewa się w jedno „Odejdę, jeśli nic się nie zmieni”.

A później zawracasz i na tym samym rozdrożu wybierasz drugi kierunek. Tam już tylko machasz bezsilnie ręką. Myślisz: „Jeszcze trochę wytrzymam”, „Ile jeszcze mogę znieść”. Czekasz. Odpuszczasz, bo najlepiej, by droga sama się przesuwała pod twoimi nogami, mijasz kolejne drogowskazy, ale tych już nie widzisz. Bo nie chcesz. Masz jeden cel. Wyrwać się z tej farsy, którą jeszcze do niedawna nazywałaś związkiem. Związkiem opartym na miłości.

Ja też nie widziałam tych drogowskazów. Nie chciałam się pochylić nad nimi, nad sobą, nad nami. W głowie miałam już obrany cel, choć nie nazwany, to już zakorzeniony – że odejdę, że nie warto, że zasługuję na więcej, na więcej miłości, szczęścia, radości uwagi.

I zobacz, gdzie jestem. Na pewno chciałabyś też tu być? A to ostatnia szansa, żeby się rozejrzeć, zatrzymać na chwilę. Tak, wiem, znam te wymówki: „Dlaczego kolejny raz to ja mam wyciągać rękę”, „Dlaczego tylko ja mam się starać”, „Niech on w końcu pokaże, że mu zależy”, „Może jak odejdę, to się ocknie”.

Jeśli moje życie tak przy nim wyglądać, to trzeba uciekać jak najszybciej. W końcu wszyscy powtarzają: „walcz o swoje szczęście, o swoje marzenia”, a ty w tym jednym momencie wiesz, że to szczęście i to marzenie na pewno nie jest z nim związane.

Czy na pewno?

Chciałabym stanąć jeszcze raz na początku tej drogi. Nim zrobiłabym pierwszy krok w „odchodzenie” jeszcze raz bym zawalczyła, może ostatni, a może kolejny z wielu.

Jeszcze raz bym usiadła i spróbowała zrozumieć, co się właściwie stało.

Tym razem to sobie przyjrzałabym się z większą uwagą. Czego chcę, gdzie chcę być, co jest dla mnie w życiu ważne. Może wtedy pochyliłabym się i zobaczyłabym ten pierwszy znak na swojej drodze, który krzyczał STOP. Bo dziś dopiero zrozumiałam, że jeszcze wtedy kochałam i że on kochał mnie. „Odchodzenie” to niszczenie tej miłości pomału. Dlatego nie ma z tej drogi odwrotu.

Ale ty nie musisz tam wchodzić.

Chciałabym mieć jeden taki wieczór jak dziś. Żeby móc usiąść w fotelu. Sięgnąć po kubek mojej ulubionej herbaty i pobyć sama ze sobą. Szczerze odpowiadając sobie na najtrudniejsze pytania: Czy już nie kocham? Czy on nie kocha? Czy nie warto już walczyć o nas, o tę miłość?

Czy ten ręcznik, skarpetki i spóźnienia to wszystko z czego się składamy? Czy to jest miarą wspólnie spędzonych lat? Rozczarowujemy siebie nawzajem. Tak – on mnie, a ja jego ze swoją zrzędliwością, potrzebą kontroli i piętrzącymi się wymaganiami, którym chyba każdemu znudziłoby się sprostać.

Spędziłabym ten wieczór sama pytając siebie czy jestem w stanie spędzić setki takich kolejnych. Czy po stu nie zaczęłabym tęsknić, nie za bliską osobą, ale za nim.

A potem pomyślałabym, za co go kocham – mimo wszystko, mimo miliona drobiazgów, którymi nas niszczy. I zrobiłabym rachunek sumienia – iloma rzeczami ja niszczę nas.

Gdybym miała jeszcze jeden taki wieczór, spytałabym siebie, czy warto. Wbrew wszystkiemu i wszystkim spróbować. Wyciągnąć rękę. Pokazać, że nie skreślam go łatwo, że moja miłość jest inna od jego – bo bardziej natarczywa, a jego składa się z kompromisów dawanych mnie, które przestałam zauważać, a co dopiero doceniać.

I wiesz, gdybym wtedy poczuła zawahanie. Najmniejsze ukłucie niepewności. Zatrzymałabym się. Zrobiła drugą herbatę i dała nam ten jeden wspólny wieczór. Wieczór na szczerość, na rozmowę, na wysłuchanie, a nie atakowanie. Na zrozumienie wszystkich bolesnych słów, które byśmy od siebie usłyszeli. Na pokorę, na szacunek. Jeden wieczór, czym on jest wobec tych wszystkich, które przed nami.

I wiesz, może i dzisiaj byłabym w tym samym miejscu, ale bez żalu, bez smutku, bez poczucia straty. A może to on dziś podałby mi herbatę.


Lifestyle

„Nie podoba ci się, to się rozwiedź…”. To takie proste, naprawdę?

Z życia kobiety
Z życia kobiety
10 marca 2016
„Nie podoba ci się, to się rozwiedź...”. To takie proste, naprawdę?
Fot. i Stock / Todor Tsvetkov

„To się rozwiedź” – rzucił mi w twarz. Stoję z rękami w brudnych naczyniach, wściekle szorując przypaloną patelnię i wyrzucając mu przy tym, że znowu o czymś zapomniał, o coś nie zadbał. Nawet na niego nie patrzę. Wiem, że i tak zerka w telefon albo przerzuca gazetę, którą kupiłam rano i jeszcze nie zdążyłam zajrzeć. Nienawidzę, jak ktoś czyta gazetę przede mną. „Jak tak ci źle, to się rozwiedź” powtarza, gdy proszę, żeby powtórzył.

Nie przesłyszałam się.

A ja pamiętam, jak złapałeś mnie pierwszy raz za rękę. Pomyślałam wtedy, że będziesz ojcem moich dzieci. Była we mnie taka pewność. Zawsze się z tego śmiałam, bo to takie irracjonalne, ale tak wtedy czułam i nie pomyliłam się.

Pamiętam nasze pierwsze wspólne wakacje. Domek nad jeziorem. Nawet wychodzić z niego nie chcieliśmy. W nocy nago pływaliśmy, kochaliśmy się wszędzie. W wodzie, na brzegu, w lesie. Nie mogliśmy się sobą nasycić. Jakbyśmy wierzyli, że można tak na zapas. A nam ciągle nas było mało. Wypełniałeś mnie bez reszty. To tak, jakby ktoś wlał w ciebie szczęście i miłość rozlewając je w tobie po czubki palców. Wiedziałam, że nie ma mnie bez ciebie. I odwrotnie.

Pamiętam zapach twojego ciała. Tego, które pachniało słońcem. Sprężystego, spragnionego, które było całe dla mnie i ze mną się stapiało. Twoje plecy pochylone nade mną. Tuliłeś mnie wieczorami. Głaskałeś po włosach patrząc w oczy. „Kocham cię” – powtarzałeś, a ja płakałam ze szczęścia. Takie szczeniackie i tkliwe.

I stoję teraz w tej kuchni. Z rękami pełnymi piany od płynu do mycia naczyń. Patrzę na ciebie i na siebie

Pamiętam, jak poprosiłeś mnie o rękę. Nigdy ci tego nie powiedziałam, ale czułam, że szykujesz coś wyjątkowego, że to wyjście na kolację świętując twoją nową pracę było tylko pretekstem. Wiem, rzewna komedia romantyczna z pierścionkiem w tle, ale która z kobiet nie chciałaby tego przeżyć. Ja chciałam. I przeżyłam. Na rękach wnosiłeś mnie do domu po ślubie. Wtedy byliśmy zaaferowani naszą pracą, każdy swoją.

Ale pamiętam te długie wieczory, kiedy siadaliśmy i rozmawialiśmy. Gdy jeszcze mówiłeś: „Dobra, daj te stopy, rozmasuję ci”, a później, choć zmęczeni, oboje nadal mieliśmy ochotę na seks bez pośpiechu, dojrzewający razem z nami.

Nie podnosisz głowy. Mówisz: „rozwiedź się” i nawet na mnie nie patrzysz. Nie jestem w stanie wydobyć z siebie głosu

Pamiętam test ciążowy. To była niedziela. I moją radość i twoje szaleństwo. Poleciałeś do sklepu i wróciłeś z moimi ukochanymi lodami. Cały dzień spędziliśmy w łóżku snując wizje, jak to będzie. Cały czas niedowierzając mówiłeś: „Ale to naprawdę”. Kiedy tylko mogłeś byłeś ze mną u lekarza. Wybierałeś imię dla naszej córki. To wtedy bałam się: „Dziecko podobno wszystko zmienia…”, a ty mówiłeś, żebym się nie martwiła, że z nami będzie inaczej.

Odcinałeś pępowinę. Płakałeś ze wzruszenia mówiąc, że właśnie zostałeś ojcem. To był najszczęśliwszy dzień w naszym życiu.

Marty nie ma w domu, zawiozłam ją na tańce. Nadal masz hopla na jej punkcie. Wiesz, czasami bywam zazdrosna o uwagę, którą jej poświęcasz, a której nie masz już dla mnie.

Mówiłeś: „Nie chcę żyć jak moi rodzice”, a zobacz co się z nami stało? Były prośby, rozmowy, tłumaczenia. Awantury i ciche dni. Było moje: „Czy ja jeszcze ciebie coś obchodzę, czy tylko praca jest dla ciebie ważna?”. I twoje: „Czego k**wa jeszcze chcesz, zarabiam, pracuje i cały czas źle. Tobie nikt nie dogodzi”. I mój płacz, że to nie tak, że przepraszam, że nie widzisz, gdzie jesteśmy. Stałeś nade mną: „Widzę, gdzie ty teraz jesteś”.

Kiedy to się stało?

– czy już wtedy, kiedy zostawałeś po godzinach w pracy

– czy wtedy, gdy ja zmęczona zasypiałam z małą Martą u boku

– czy wtedy, gdy mówiłam: „Ale pamiętaj, mamy dziecko, nie możemy o tym zapominać”

– czy wtedy, gdy seks przestał mi sprawiać przyjemność traktowany czysto mechanicznie

– czy wtedy gdy ja krzyczałam, że ciebie nie ma cały czas w domu, a ty wychodziłeś mówiąc, że nie możesz tego wszystkiego słuchać

– czy wtedy, gdy pierwszy raz zapomniałeś o moich urodzinach, tak po prostu zapomniałeś

– czy wtedy, gdy banalnym prezentem próbowałeś kolejny raz mnie przeprosić, a ja już tego nie chciałam słuchać?

Pamiętam, jak w nas wierzyłam. A potem wierzyłam w te wszystkie twoje: „Musimy to przeczekać, awansuję i nie będę już tyle pracował, pojedziemy na wymarzone wakacje, tak zdążę na urodziny Marty, za chwilę przyjdę do ciebie tylko skończę oglądać film, choć zasypiałeś przed telewizorem”.

Dzisiaj dostaję w pysk: „rozwiedź się”

I wiesz. Najchętniej pier**łabym tymi garnkami, rzuciła talerzami, spakowała się i wyszła. Tak bardzo chciałabym usłyszeć ten trzask drzwi, którymi zamiast „do widzenia” bym huknęła. Niczego nie pragnę na świecie w tym momencie tak jak tego, żeby rzucić się na ciebie z pięściami i bić tak długo, aż zrozumiesz jak to boli. Jak tym jednym „rozwiedź się” wdzierasz się we mnie i rozrywasz na strzępy, bo wszystko, w co wierzyłam, przestało już dawno istnieć. Jestem jak zwierzę, które najchętniej rzuciłoby się tobie do gardła, żeby nie pamiętać o tym, co miało być, a czego dziś nie ma.

Chcę krzyczeć: „K**wa jestem TU, widzisz, stoję przed tobą. Jestem człowiekiem, który czuje, który jest odrzucony, którego miłość została zeszmacona, którego zawiodłeś i który zawiódł też ciebie”.

Już nic mi się nie chce.

Jak szeroka jest granica między twoim: „rozwiedź się”, a moim spakowaniem rzeczy i wyjściem?

Dalej będziemy się bawić w ten szantaż: odejdę, zostawię cię, nic nas już nie łączy oprócz dzieci? A co jeśli się rozwiodę? Co wtedy zrobisz? Cały czas jesteś pewien, że się na to nie zdobędę…


http://pills24.com.ua/levitra-vardenafil/levitra-20-mg/

pills24.com.ua