Lifestyle

Miejsce, które mam w sobie. Ale to nic wielkiego przecież – oddech. On zawsze jest. Do samego końca. Zawsze

Gościnnie w Sessionbordercontroller.info
Gościnnie w Sessionbordercontroller.info
24 czerwca 2017
Fot. iStock/VisualCommunications
 

Mówią:

-Powinnaś znać swoje miejsce.

-Grunt to znaleźć swoje miejsce na ziemi. Bo bez tego ani rusz.

I jeszcze dodają w dobrej wierze:

– Nie daj innym zająć swojego miejsca.

A ja tam swoje wiem. Poznałam przecież wiele miejsc. I spektakularnych końców świata. Takich co dech zapierały. I pragnienie na więcej i więcej budziły. I tak bez końca, w tą i z powrotem  można przecież…

Wiele lat temu

Jadę Dk 88 kierunek Bytom. Spieszę się bardzo. Za sobą zostawiłam dużo spraw. W sobie mam ich jeszcze więcej. Przelewają się i niebezpiecznie bulgoczą. Nie dają spokoju.

Późne popołudnie, samochody śmigają w obie strony. Ruch duży. Droga jest dwupasmowa ale nie rozdzielona pasem zieleni. Dużo wypadków. Pośpiech. Nie mam czasu obserwować twarzy ludzi w samochodach, które szybko wymijam.

– Jak można tak się wlec i dlaczego to pomarańczowe tico jedzie tak wolno? Wiadomo. Facet za kierownicą. Tylko oni tak jeżdżą!

Spóźniona docieram na miejsce. Zabrze. Dzielnica familoków. Budynek miejskiego przedszkola wybudowanego we wczesnych latach pięćdziesiątych. To tu odbywa się praktyka Asztanga Jogi.

Stara zardzewiała furtka. Budynek odrapany, skrzypiące drewniane drzwi. Zapach innej epoki. W 1953 patronat nad budynkiem objęła Huta Zabrze i to co udało się urządzić wtedy – zostało na zawsze. Bardzo, bardzo daleko od wydizajnowanych  loftowych  przestrzeni.

Krzywię się z niechęcią. Odrapana boazeria a na niej poprzyczepiane tu i ówdzie rysunki dzieci –  jedz warzywa i owoce, Ala ma kota.

Przed salą gimnastyczną  kilkanaście par butów, na wieszaku wiszą płaszcze. To tu. Wchodzę. Drzwi znowu skrzypią niemiłosiernie. Przepraszam za spóźnienie. Ale, ale no wiadomo. Praca, dzieci, dom, a jeszcze ta droga i pomarańczowe tico ze ślamazarnym kierowcą.

Młoda dziewczyna w dziwnych skarpetach bez palców zsuniętych do połowy stopy kiwa surowo głową i wskazuje mi miejsce. Rozkładam swoją matę. I wtedy dociera do mnie dźwięk. Dźwięk, który unosi się nad salą. Szum wiatru, szum deszczu. Oddech Ujaji. Próbuję jeszcze oglądać twarze osób, które praktykują obok ale powolutku czuje jak porywa mnie siła oddechu.

Po skończonych zajęciach wsiadam do swojego samochodu. Chwilkę trzymam dłonie na kierownicy. W uszach wciąż słyszę ten dziwny miarowy szum. Wracam do domu. Niby nic się nie zmieniło. Samochody wciąż mkną szybko w obie strony, ludzie wracają po wieczornych zakupach do domu. Przepuszczam na przejściu panią z pieskiem. To chyba ratlerek w dziwnym zielonym sweterku. Zapaliły się światła w domach, które mijam po drodze. Wjeżdżam na Dk 88. Jestem ogromnie wzruszona.

Ale to nic wielkiego przecież – tłumaczę sobie. Oddech. On zawsze jest. Do samego końca. Zawsze.

Po latach

Maj 2017.  Spotykam się z panią dyrektor przedszkola (aż się prosi żeby napisać – zbieram materiały do książki – ale tak naprawdę to chcę wrócić w tamto miejsce, poznać jego historię, wrócić do źródeł mojej jogi ). Dziwnie się stoi w poszukiwaniu wspomnień na małej zabrzańskiej uliczce pod takim przecież zwykłym przedszkolem.

Budynek przedszkola osadzony jakby pośrodku, rozdarty pomiędzy familokami a całkiem nowymi blokami, przechodzi teraz gruntowny remont. Pani dyrektor okazuje się być uroczą ale bardzo konkretną kobietą. Opowiada o  pozyskaniu środków na remont. Tak, tak pamiętamy jak bardzo był konieczny. Już w pierwszych dniach jesieni zatykaliśmy na jodze  dziury pod oknami kocami. A co dopiero te biedne dzieci!

Pani dyrektor oprowadza mnie po przedszkolu. Rozmawiamy o tym, że za chwilę będzie tu jasno, nowocześnie i przestronnie.

Tak sobie zwykła rozmowa. Zwykli  ludzie. Zwykłe miejsca. W samochodzie przed odpaleniem silnika trzymam na chwilę dłonie na kierownicy.

I wszystko po raz kolejny układa się tak jak powinno. Moja joga. Mój oddech.

Mój oddech to również miejsce mojej kobiecej mocy.


 

Katarzyna Szota-Eksner

Katarzyna Szota-Eksner prowadzi szkołę jogi Yogasana , mocno zaangażowana w projekt Sunday is Monday – nawołujący do dbania o siebie.  Jak Polska długa i szeroka namawia kobiety do szukania (mimo wszystko!) siły w sobie! Współtwórczyni (razem z Emilią Kołowacik)  niezwykłego Kalendarza 2017 Zadbaj o Siebie. Dziewczyna ze Śląska 🙂


Lifestyle

Pomyśl, ile tak naprawdę jesteś warta i doceń to

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
25 czerwca 2017
Fot. iStock/Geber86
 

Jak często zdarza ci się myśleć: „Eee nie jestem nikim specjalnym”. Ot taki trybik, w jakiejś wielkiej, bliżej nieokreślonej machnie. Szara myszka, która chodzi po świecie i niewiele znaczy dla siebie i innych.

I to nie jest tak, że myślisz o sobie w ten sposób nieustannie. Na co dzień nie masz na to czasu, bo dzieci, bo mąż, bo rodzice, praca, dom, zakupy. Wiecznie gdzieś się spieszysz na złamanie karku, każdego dnia starasz się udowodnić, że zasługujesz na szacunek i podziw innych. Bo w pracy świetnie poprowadzisz nowy projekt, bo w domu zdążysz przed weekendem pomyć okna i do szkoły upiec dzieciom ciasto z okazji rodzinnego pikniku. Cały czas czujesz na plecach oddech presji. Nie dajesz sobie chwili wytchnienia. Wieczorem grasz z dziećmi w planszówkę, przed snem sięgasz po książkę, a w głowie masz już ułożony cały plan na kolejny dzień.

Tylko, gdy budzisz się czasami, nim zwleczesz się z łóżka, myślisz sobie: „Jestem nic nie warta. Kim ja właściwie jestem”. Ta smutna refleksja przytłacza cię na chwilę, nie możesz jej strząsnąć wraz z pościelą. Patrzysz w lustro i widzisz kogoś, kim nie jesteś, kto ma ochotę wrócić do ciepłego łóżka, schować się i udawać, że go nie ma, żeby nikt nic od ciebie nie chciał.

Ale potrząsasz głową, obmywasz twarz zimną wodą, klepiesz się po policzkach i uśmiechasz do swojego odbicia, może uda się oszukać mózg, że jednak jest ci dobrze,tak, jak jest.

Żyjesz w nieustannej obawie, że ktoś odkryje, że twoje życie nie daje ci szczęścia, że stworzenie idealnej otoczki doskonałej rodziny jest mistyfikacją, że tak naprawdę męczysz się okrutnie i często nie sprawia ci wcale radości uśmiechanie się do innych i mówienie: „W porządku, ja to załatwię”. Masz dosyć bycia miłą, uprzejmą, pomocną. Masz dosyć udawania kogoś, kim kompletnie nie jesteś, kto zatracił siebie w poszukiwaniu akceptacji i sympatii świata.

A gdyby tak dzisiaj zostać w tym łóżku? Powiedzieć: „nie zrobię wam dzisiaj śniadania, bo muszę pobyć sama ze sobą”, nie po to, żeby później chwalić się koleżankom, jaki to zdrowy egoizm masz w sobie, ale po to, by nad sobą zapłakać.

Pozwolić sobie na płacz nad tym, jaka jesteś naprawdę. Nic tak nie oczyszcza, jak łzy. Nic tak nie uwalnia emocji skrywanych gdzieś bardzo głęboko. A przecież one są częścią nas, nie da się ich wyplewić jak chwastów, zapomnieć. Zawsze do nas wrócą, będą się wiercić niecierpliwie pod skórą, aby pokazać: „jesteśmy tutaj, jesteśmy tobą”.

Tak rzadko w siebie wierzymy, tak rzadko potrafimy sobie powiedzieć: „hej, jesteś fajna, lubię cię”. A przecież to właśnie stanowi o naszej wartości, to my same musimy być świadome tego, co w nas dobre i wartościowe. Co w sobie lubisz? Co jest twoją siłą? Twoją mocną stroną? Odpowiadasz sama sobie, nie musisz się korygować, z sobą możesz być szczera do bólu, możesz się chwalić, być z siebie dumna, możesz uśmiechać się do siebie myśląc: „kurczę, nie wiedziałam, że potrafię tyle rzeczy”. To buduje, to pokazuje, jak fantastyczne jesteśmy, jaką siłę w sobie nosimy, jak radzimy sobie w różnych dla nas sytuacjach. Przypomnij sobie o nich, przypomnij sobie momenty, kiedy musiałaś stawić czoło przeciwnościom i jak z nich wybrnęłaś. Zobacz drogę, którą przeszłaś, jak zmieniło się twoje życie, jak ty sama je zmieniłaś. Jak duże jest twoje poczucie sprawczości?

A teraz pomyśl, czego w sobie nie lubisz? Co cię wkurza, a czego, choć z tym walczysz, zmienić nie możesz? Wiesz, każda z nas ma swoje słabe strony, ma wady, które dopóki nie ranią innych warto w sobie zaakceptować. Ile masz lat? Naprawdę myślisz, że jeszcze nauczysz się samoorganizacji? Że znajdziesz w sobie talent kulinarny? Że pewnego dnia utrzymasz porządek w szafach? Że zrobisz coś szalonego, jak twoja przyjaciółka? A może to nie dla ciebie, może powinnaś przestać to bez skutku zmieniać, tylko zaakceptować, że tak jest – że nie masz silnej woli, że bywasz wybuchowa, że wolisz swoje spokojne życie od chaosu, w którym żyje przyjaciółka. Że może dobrze ci z tym co masz, ze swoimi zasobami, ale też deficytami, że może czas najwyższy pozwolić sobie zaakceptować siebie taką, jaką jesteś naprawdę?

Każdy z nas jest inny i to jest piękne. Różnimy się na taki wielu obszarach, w tak wielu kwestiach, dlaczego ciągle chcemy być jacyś, zamiast być sobą?

Chcesz dzisiaj zostać w łóżku – zostań. Chcesz wyłamać się z niedzielnego schematu i zamiast iść na obiad do teściowej, zabrać rodzinę na wycieczkę rowerową – zrób to. Zrób to, co jest zgodne z tobą, co jest z tobą tożsame, to, z czym ty czujesz się dobrze. I doceń to, doceń, jakim jestem człowiekiem. Bo z pewnością wspaniałym.


Lifestyle

Chce mi się wyć. Może kiedyś zrozumiem, że masz prawo do życia „po nas”

Listy do redakcji
Listy do redakcji
24 czerwca 2017
Fot. iStock/101dalmatians

Chce mi się wyć. Czuję ból, prawdziwy, realny, fizyczny ból. Rano budzę się z uczuciem, że nie przetrwam do wieczora, że rozpadnę się na kawałki i już nie poskładam. Że nie pójdę do pracy, że nie obiorę dzieci ze szkoły. Że pęknie mi serce. W nocy, nie mogę spać, bo myśli, wspomnienia związane z nami, z tobą, jakieś rozmowy, plączą się w mojej głowie i zabierają sen. Ale przecież, twarda jestem. Sama tego wszystkiego chciałam. A ja z reguły wiem, czego chcę.

Nie, nie mam wątpliwości. Wiem dobrze, jak to by się skończyło, gdyby nie odeszła. Stalibyśmy się, jeszcze bardziej, swoimi wrogami. To już zaczęło się dziać, na naszych oczach. Ty miałeś swój „emocjonalny romans”, który, kiedy tylko się rozstaliśmy, rozwinął się w poważny związek. Jak mogłabym to wybaczyć albo zapomnieć? Boże, jak bolało. Nie potrafię tego zrozumieć jak to mogło tak boleć. Przecież byłeś już mi prawie obojętny, już nie mogłam na ciebie patrzeć, już miałam cię tak bardzo dość. Sama Cię odepchnęłam. Świadomość, że w twoim życiu zagościła już na dobre ona, że wprowadziła się do niego ze swoimi diabelnie zgrabnymi nogami, jasnymi włosami, piegami… Jak prawy sierpowy dla mojego ego. Jeden, chwilowy impuls, że przecież byłeś „mój”, jeden jedyny żenujący zryw, żeby cię zatrzymać, chociaż to ja odeszłam.

Oddaliliśmy się od siebie. Ja miałam „swoje dzieci”, swoją firmę, swój świat, w którym powoli zaczęło cię brakować. Popełniłam mnóstwo błędów, zaniedbałam nas, zaniedbałam Ciebie. Potrafiłam być zimna, wyrachowana i nie chcieć seksu „na zgodę”. Potrafiłam karać cię milczeniem i chłodem. Wytrzymywałam cały długi dzień, nie odpisując na twoje przepraszające SMS-y. Kpiłam z twoich niewinnych żartów, z twojego dotyku – delikatnego, nieśmiałego, zaraz po kłótni. Nie lubiłabym mnie w tych chwilach, gdybym była tobą. A czy mogłabym mnie kochać? Nie wiem.

Ale były też dobre momenty, prawda? Jak wakacje nad Bałtykiem, te, kiedy całe dwa tygodnie lało, a my biegaliśmy po plaży w płaszczach przeciwdeszczowych i kaloszach. A wieczorem graliśmy w chińczyka. Dziewczynki zasypiały tak wcześnie, wiedzieliśmy wtedy co zrobić ze wspólnymi nocami. Jak to się stało, że potem jakoś nagle zapomnieliśmy? Już tylko „dobranoc” albo „ja jeszcze poczytam”. Albo: „Wrócę późno, nie czekaj”.  Nie zrobiłam nic, żeby to naprawić, żeby spróbować. Uważałam, że to ty powinieneś się starać, pokazać mi jak bardzo ci na mnie zależy, jak chcesz ratować ten związek. Starałeś się, jakiś czas. Bo ile można uderzać głową w mur?

Wiesz, nie umiem się z tobą przyjaźnić. Nie po tym, jak przez te kilkanaście lat dzieliliśmy razem łóżko, nawet jeśli ostatnie cztery były raczej fikcją niż bliskością i intymnością między nami. Nie umiem udawać, że chcę twojego szczęścia i dobra. Może kiedyś się nauczę. Może kiedyś zrozumiem, że masz do tego życia „po nas” prawo. Dziś jeszcze za wcześnie. Kiedy zabierasz dzieci na weekend, witam się z tobą szybko, zdawkowo. Nie patrzę ci w oczy. Myślisz, że cię nienawidzę, że nie potrafię wybaczyć. Tak bardzo się mylisz. Cierpię.

Przyjaciółki mówią: to zaraz minie. Czekam. Czekam dni, tygodnie, kilka miesięcy. Zaciskam zęby, mocno wbijam paznokcie w opuszki palców. Nerwowo zerkam na telefon, ale nie przysyłasz już wiadomości, nie błagasz, żebym wróciła. Kiedy jestem sama przyznaję się sobie przed samą sobą wprost: Tak, czasem chcę znowu otworzyć te drzwi, za którymi zostawiłam wszystko to, co nas łączyło. Ale z tej drogi, którą wybrałam, powrotu już nie ma.

Decyzja o odejściu dojrzewała we mnie długo, latami. Wiele ich ze sobą spędziliśmy. W tym czasie kupiliśmy dom, urodziły się nam dzieci, zdechł ukochany pies i chomik. W tym czasie umarł mój tata, a twój poważnie zachorował. Dwa razy zmieniłeś pracę, na lepszą i jeszcze lepszą. Trzy razy widziałam twoje łzy. Pierwszy raz, gdy trzymałeś w ramionach nasze bliźniaczki, na sali porodowej. Drugi raz, gdy przez kilka dni myśleliśmy, że ciężko zachorowałam. Trzeci raz, gdy powiedziałam, że odchodzę.

Przykro mi, tak bardzo przykro, że nie mogę ci już powiedzieć, jak bardzo cię kocha(ła)m. Chce mi się wyć.


Zobacz także

Buduję MOCne Kobiety! Z wdzięczności za to, kim dzisiaj jestem!

Nie oddalasz się ode mnie, tylko od samej siebie. Nie opuszczę cię, aż do zapomnienia

Ktoś, kiedyś podobno o niej słyszał. Ale czy naprawdę istnieje przyjaźń damsko-męska?

http://babyforyou.org

наматрасник киев