Lifestyle

Jedna kobieta może być dla drugiej wsparciem i ratunkiem. Inna może z łatwością zniszczyć tę, która stanie jej na drodze

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
26 czerwca 2019
Fot. Pixabay/ Unsplash/ CC0 Public Domain
 

Lata mijają, moje przyjaciółki dojrzewają wreszcie ku przeświadczeniu, że zasługują na wszystko, co dobre, jasne i pozytywne. Że zasługują na dobrą miłość. Ja również się zmieniam i dojrzewam, choć wciąż zdarzają się sytuacje, w których przecieram ze zdumienia oczy. Życie odkrywam na bieżąco, zjadam je małymi łyżeczkami, odnajdując coraz to nowe smaki. Bywa różnie, gorzko również. Lubię moje zdziwienie światem. Ostatnio przyglądam się temu, jak jedna kobieta może być dla drugiej wsparciem i ratunkiem. I temu,  jak łatwo jedna kobieta może zniszczyć drugą.

Nie jesteśmy jakimś magicznym, żeńskim plemieniem. Nie stawiałabym damskiej przyjaźni ponad przyjaźnią męską, one są po prostu inne. Ale wierzę głęboko, że dzięki kobietom, które cenię, znam i kocham, jestem w stanie wyjść z największego życiowego dołka.

Ten początek lata jest trudny. Trzy związki bliskich mi kobiet rozpadają się lub przechodzą poważny kryzys. Gorąca linia przegrzewa się na łączach. Są wiadomości o trzeciej nad ranem, długie rozmowy, albo odnajdywane w czeluściach Internetu śmieszne obrazki – tylko po to, by powiedzieć „jestem”. To „jestem” to najważniejsza część naszej relacji. Niezależnie od tego, ile sobie powiemy, niezależnie od tego, czy związki się rozpadną, czy nie, „jestem” oznacza, że jest ktoś, kto w nas wierzy, kto o nas myśli. Kto wcale nie zawsze myśli podobnie, nie zawsze się zgadza. I jeśli tak jest, powie to szczerze. Przyjaciółka ma do tego pełne prawo. I obowiązek.

Wkurzają mnie serialowe psiapsiółki popijające wino i objadające się lodami z pudełka. Psioczą na facetów i wypominają im kiepski seks. Moje rozmowy z przyjaciółkami wcale tak nie wyglądają. To naprawdę głębokie dyskusje o miłości, zaufaniu, lęku i nadziei. O wyborach, które zaważą na tym, co dalej. Tak, jasne, czasem chodzi o facetów. Mężów, kochanków, synów. Ale nie tylko. Chodzi też o nie, o nas. O relacje z matką, z córką.  O karierę i zawodowe plany, o marzenia, zbyt długo odkładane na „potem”, na „jak dzieci dorosną”, na „jak dostanę rozwód”, na „jak on w końcu znajdzie czas”… Powinnyśmy częściej sobie powtarzać, że same też damy radę.

Takie relacje to sens naszej przyjaźni, gwarancja.  Jednocześnie nie ma tu osaczania, osądzania, prowadzenia za rękę. Jest szacunek i akceptacja. Możesz zarobić „tak i tak”, ale ostateczna decyzja należy do ciebie. Ja tu jestem.

Jest też druga strona medalu. My, kobiety nie jesteśmy przecież tylko świetnymi przyjaciółkami. Bywamy też wobec siebie bezwzględne. Nie doświadczyłam nigdy osobiście kobiecej nienawiści, lub nie dostrzegłam jej.  Ale widziałam jak kobiety ze sobą walczą. Poniżają się, niszczą. Zazwyczaj na polu zawodowym, często również miłosnym.

Jakiś czas temu moja dobra znajoma rozstała się z mężem. Mówić ściślej – została przez niego porzucona dla koleżanki z pracy. Długo nie było wiadomo, czy na chwilę, czy na zawsze. Kiedy po pięciu miesiącach skruszony mąż postanowił do żony zadzwonić i poprosić, by rozważyła terapię małżeńską, rozpętało się piekło. Nowa partnerka męża pisała SMS-y, w których obrażała i poniżała kobietę, której związek wcześniej zniszczyła (zniszczyła na spółkę z niewiernym mężem rzecz jasna). Oczywiście, łatwo jest ranić drugą osobę, gdy jej się nie zna, gdy jest ona dla nas zdjęciem na Facebooku, świadomością, że była (lub jest ) dla kogoś, kogo kochamy ważna. Dziewczyna pisała obraźliwe komentarze w mediach społecznościowych, a o kochanka walczyła do upadłego. „Wygrała”, ale nawet w dniu rozprawy rozwodowej dała upust swej nienawiści pojawiając się w sądzie.

Inna znajoma ma problemy w pracy. Nowa przełożona, nieco młodsza i dużo lżejsza nie zapałała do niej sympatią w momencie, gdy okazało się, że ta na oko przeciętna prawie czterdziestolatka ma bardzo udane życie osobiste, fantastyczną córkę, nietypowe hobby i zakochanego w sobie po uszy, młodszego faceta. Osobistych przytyków dotyczących wagi (wypowiedzianych, rzecz jasna w formie żartu) było mnóstwo. Śmiesznie przestało być, kiedy szefowa postanowiła swoją niechęć dobitnie pokazać, regularnie omijając doświadczoną i zdolną podwładną przy rozdzielaniu nowych, prestiżowych projektów. Brak profesjonalizmu nie wyszedł młodej szefowej na dobre, a wiedza i wsparcie mojej znajomej okazały się niezbędne. Jednak kiedy przyszedł zasłużony sukces, tylko moja znajoma nie otrzymała zaproszenia na firmowe świętowanie z lampką szampana. Oficjalnie „asystentka szefowej zapomniała wysłać wiadomość”.

Nie lubię tej nieumiejętności odpuszczania, w kobiecej nienawiści. Nie lubię fałszywych uśmiechów i pocałunków w powietrzu, po to tylko, by moment pózniej za czyimiś plecami wyjawić jego najgłębszą tajemnicę, upokorzyć, zgnoić, skrytykować. Nie lubię brutalnej gry „nie fair”, podkładania świń, walki o mężczyzn (którzy zresztą zbyt często zachowują się w takich sytuacjach jakby byli ubezwłasnowolnieni). Kocham w relacjach poczucie, że nigdy nie jestem sama. Kocham świadomość, że „są”, że przyjadą w wigilię moich urodzin z bukietem tulipanów. Zadzwonią domofonem drąc się „kurier” i usiądą ze mną w kuchni wiedząc, że mam w lodówce niewiele.

Kocham moje przyjaciółki. Ufam im i wiem, że mogę na nie liczyć. Wierzę z ich szczerość i życzę im jak najlepiej. Jednocześnie boję się kobiet, które nie wspierają innych kobiet.

Tekst dedykowany H. E. i M. Kocham Was!


Lifestyle

Jesteśmy samotne, tak bardzo samotne. Jednak tylko od nas zależy, czy będziemy w tej samotności tkwić do końca

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
28 czerwca 2019
Fot. iStock/Martin Dimitrov
 

Jesteśmy samotne. Przytłoczone obowiązkami, bo nie umiemy umiemy dzielić się nimi z innymi. Jesteśmy samotne w związkach, które „kiedyś były świetne”, ale minęło trochę czasu i okazało się, że nie tego od miłości pragnęłyśmy. Albo, że on się zmienił. Samotne w relacjach z rodzicami, którym nie mówimy wszystkiego, żeby ich nie martwić. Bo nie zrozumieją.

Coraz bardziej samotne w rozmowach z córkami, którym chciałybyśmy powiedzieć „bądź inna – odważna, bezkompromisowa w walce o swoje szczęście”, a w rezultacie bezsilnie patrzymy, jak i one powielają nasz schemat. Schemat samotnych, zmęczonych życiem kobiet, w których w pewnym momencie budzi się w końcu chęć zmian. I świadomość, że jeśli nie teraz, to już nigdy. Skąd się ta samotność bierze, skoro wokół tak wiele osób i zdarzeń?

Basia ma męża, dwoje dzieci i kota. A może powinna raczej powiedzieć „mam kota, dwoje dzieci i męża”? Kot to chyba jej najwierniejszy towarzysz. Dzieci są już nastolatkami i relacje z nimi bardzo się rozluźniły. A mąż, wiecznie nieobecny duchem oddala się coraz bardziej również fizycznie, bo ma swój rower, swoich znajomych, swoje podróże. Prawie nie rozmawiają, a jeśli rozmawiają okazuje się, że chyba nigdy nie myśleli o niczym w podobny sposób. On ma swój świat, a  ona ma przecież dom i dzieci, choć coraz mniej. To im poświęciła całe swoje życie, zaniedbując to, co kiedyś kochała, w czym była dobra. W piątki wieczorem Basia jest sama. Ale wcale nie wtedy najbardziej odczuwa samotność. Samotność doskwiera jej, gdy on jest tuż obok, ale jej nie rozumie, nie stara się. Nie pyta, nie chce wiedzieć. Milczy. I tak sobie trwają 17 lat. Basia podejrzewa, że on kogoś ma. Ale boi się zapytać. Boi się, że straci to, co jest.

Ewa ma chłopaka „z doskoku”. Niby ma, a jednak nie ma. Sa razem raz, dwa razy w miesiącu, bo on mieszka 1680 km stąd. Więc przez większość czasu ona jest sama z domem, pracą, rachunkami i dziećmi z pierwszego, nieudanego związku. A on jest wolny. Między spotkaniami z Ewą, życiem zawodowym i towarzyskim ma jeszcze sporo czasu dla siebie – na kilka godzin z ukochaną książką, na samotną podróż w góry. Czy ten związek jest udany? Trudno powiedzieć, choć oboje są szczęśliwi. Może raczej – Ewa bywa szczęśliwa, gdy są razem. Ale są momenty, że Ewie jest bardzo źle. Kiedy codzienna samotność i niemożliwość podzielenia z nim zwykłego „surowego” życia doskwiera bardziej niż zwykle. Tak, można napisać SMS-a „mały ma gorączkę, męczy się, płacze, ale muszę dokończyć to zlecenie, rozpadam się, nie mam już siły”. On odpowie za jakiś czas, coś w rodzaju „jesteś niesamowita, silna, dasz radę”. I pójdzie na kolację do restauracji. A ona zostanie ze swoimi problemami w swoim kraju.  Ewa jest samotna, choć uważa, że ma dobry związek. Nie można narzekać. Nie można chcieć „za dużo”. Trzeba zadowolić się tym, co się ma.

Wiele z nas nauczono w dzieciństwie, że o tym, że w domy dzieje się źle się nie mówi. Więc pragnąc za wszelką cenę być silne – nie mówimy. Lata tkwimy w złych związkach, z mężami i partnerami, którzy nas nie szanują lub którzy nie dają nam miłości. A może to my nie umiemy jej sobie wziąć tyle, ile nam trzeba? Czekamy tylko, by zostać zauważone, pokochane. Wybrane.

Wiele z nas pozostało więźniarkami swoich własnych wyobrażeń o mężczyznach, których kochamy. Jakże często wchodzimy w relacje z kimś, kto w codziennym życiu, czasem po kilku miesiącach, ale częściej po kilku latach okazuje się inny, niż go sobie wymyśliłyśmy. Nagle nie ma o czym rozmawiać, zacierają się wspólne plany… Zaraz, zaraz – nagle? A może tak było zawsze, tylko my starałyśmy się tak bardzo mieć idealny związek, że wydawało nam się, że to on, nasz partner mówi, a nie, że wszystko się dzieje w naszej głowie?

Zaciskamy zęby i godzimy się na samotność. Wychowujemy po cichu, w milczeniu dzieci z mężczyzną, który sam nie jest do końca przekonany, czy tego właśnie chce. Czy w ogóle chciał tego domu i dzieci i czy właśnie z tobą. Na Facebooka wrzucamy zdjęcia, na których on obejmuje nas czule. Świetny ojciec, świetny tata – rzucamy w wirtualną przestrzeń. A prawda jest przecież zupełnie inna…

Mamy oczekiwania, ale obawiamy się o nich mówić. Godzimy się na „trochę” mając nadzieję, że z czasem pojawi się „więcej”. Ale ono się nie pojawi. Bo błąd popełniamy już na samym początku.

Jesteśmy samotne z wyboru, choć nie wybieramy świadomie poczucia osamotnienia. Nasza samotność jest konsekwencją decyzji, tego z kim się wiążemy, z czego rezygnujemy, jaki mamy stosunek do siebie samych. Kiedy uświadomimy sobie, że tak naprawdę jesteśmy jedynymi osobami, które odpowiadają za tę samotność, zdecydujemy, czy nadal chcemy w niej tkwić. Odetchniemy głębiej, zobaczymy więcej – własnych możliwości, dobra. Rozwiązań.


Lifestyle

Kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana. Żyj, jak chcesz, ale nie daj się ograniczać i nie ograniczaj innych

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
28 kwietnia 2019
Fot. iStock / pixdeluxe

Są tacy ludzie, którzy nigdy nie zdecydują się przełamać mechanizmów, schematów i sztywnych ram, w obrębie których działają, żyją, funkcjonują. Są również i tacy, o których inni mówią, że „stale coś ich gna”. Tacy, którzy kochają smakować nowego, nie boją się mówić „do widzenia” i iść dalej. Tacy, którym wszyscy zazdroszczą odwagi. Tacy, którzy sprawiają, że zadajemy sobie pytanie: czy ciągłe poszukiwanie, nieustanna zmiana mogą dać szczęście?

Ryzyko pociąga i odstrasza jednocześnie. Jeśli jesteś w związku, który daje ci stabilizację i poczucie, dajmy na to, finansowego bezpieczeństwa, ale w którym uczucie dawno już się wypaliło, czy jesteś w stanie zaryzykować odejście w poszukiwaniu miłości? Czy mogłabyś, rozważywszy wszystkie „za i przeciw”, na chłodno podjąć decyzję o tym, co będzie dla ciebie najlepsze? Czy stać cię na podjęcie decyzji o rozstaniu albo o całkowitej zmianie dotychczasowego życia? Czy, w końcu, jeśli odejdziesz, postawisz wszystko na jedną kartę, zrobisz to spontanicznie, spektakularnie, czy zaplanujesz sobie wszystko rozważnie, zapewniając wsparcie bliskich osób i upewnisz się, że nie będziesz z tym sama? Potrafisz odpowiedzieć na to pytanie?

Byłam ostatnio świadkiem pewnej rozmowy. Ona, patrząc na niego zakochanym wzrokiem, on, już dawno nieobecny, planujący im życie kilkanaście kroków „później”, pili kawę przy stoliku na lotnisku.

– „Nie rozumiesz – łagodnie mówiła ona. – Nie możemy rzucić wszystkiego od tak, rodzice nas potrzebują, szefa też nie mogę zostawić w połowie projektu”.

– „Daj spokój – wyrwał się on, bardzo już zniecierpliwiony, z zadumy. – Wszędzie widzisz problemy. Są samoloty, będziemy ich odwiedzać. Oni sobie poradzą, a my musimy patrzeć do przodu. W pracy na twoje miejsce chce wskoczyć kilka osób! Pomyśl tylko o możliwościach, jakie daje nam ten wyjazd. To dla nas olbrzymia szansa. Spędzimy tam rok, zarobimy, wrócimy i zbuduję ci dom. Przecież chcesz mieć dom, z ogródkiem. I psa. Przestań się wszystkiego bać”.

Hmmmm. Wielu z nas myśli, że wypowiedzenie słów „przestań się bać” sprawi jak czarodziejska różdżka, że lęki odejdą precz. Tymczasem przecież te, które nas powstrzymują przed podejmowaniem ważnych decyzji leżą głęboko i wymagają stopniowego oswojenia.

Kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana. Ale ryzyko wiąże się również ze stratą. Nie ma poradnika, który powie nam, jak jest lepiej żyć – zachowawczo, czy z fantazją, nieustannie do czegoś dążąc, korzystając z każdej, nadarzającej się okazji.

Ale co się stanie, jeśli na swojej drodze spotkają się dwie, tak różne od siebie dusze – jedna, stale poszukująca i druga, pragnąca w spokoju układać sobie życie „po małych kamyczkach”.

Tak naprawdę scenariusze są dwa. Partnerzy „wezmą” od siebie wzajemnie to, co najlepsze i nauczą żyć razem, akceptując to, co ich różni i wypracowując kompromisy. Albo rozstaną się, po jakimś czasie, łamiąc sobie serca i niezdolne się zrozumieć.

Czy mamy prawo wymagać od innych, by żyli tak, jak my? Czy mamy prawo zmieniać ich na siłę, by było nam razem dobrze? Oczywiście, że nie. Człowiek do pewnych decyzji musi dojrzeć sam i nikt mu w tym nie pomoże. Jeśli więc kochasz niezdecydowanego, daj mu jeszcze chwilę. Jeśli biegniesz za „odważnym”, zatrzymaj się. Spotkajcie się gdzieś w połowie, przemyślcie wasze priorytety. Porozmawiajcie.

Miłość już sama w sobie jest ryzykiem. Niech więc przyniesie główną wygraną na loterii – harmonię osiągniętą wspólnymi siłami. Ale nie mówmy innym, jak jest lepiej żyć. Tak naprawdę, sami tego nie wiemy. Ta wiedza przychodzi na sam koniec.