Lifestyle Macierzyństwo

Jak polubiłam sklepy stacjonarne…

MamaM&M
MamaM&M
11 marca 2018
© MamaM&M
 

Mam niezbyt konsumpcyjna naturę. Kupuję przedmioty, które są mi rzeczywiście potrzebne. Na palcach jednej ręki mogę policzyć zbędne wydatki, źle podjęte zakupowe decyzje. Wyprawkę dla pierwszego dziecka niemal w komplecie dostaliśmy w prezencie, drugie dziecko ma wszystko markowe – czyli po Marku… Są jednak miejsca, które jako rodzic odwiedzam chętnie. Jest w okolicy kilka sklepów, które polubiłam z różnych powodów.  Zmieniłam też zdanie na temat targów i akcji sprzedażowych…

Sklepy w moim mieście dzielę na różne kategorie:
– ostatniej szansy,
– przemyślanych wyborów,
– najtańszych zakupów.

Najczęściej kupuję wszystko z wyprzedzeniem, przez internet, dostaję i potem wyciągam z garażu. Często zdarza się jednak, że potrzebuję coś kupić na ostatnią chwilę. W dniu imprezy okazuje się, że koszula Marka ma plamę, której w ostatnim praniu nie udało się usunąć, w dniu wyjazdu okazuje się, że spodnie narciarskie są za małe, a sezon zimowy w sklepach przeszedł do historii kilka tygodni temu. W naszym mieście jest jednak sklep, w którym z podziemi załoga wykopie to, czego potrzebuję i wówczas cena nie gra roli. Po prostu o 16:50 wpadam do sklepu i o 16:59 wychodzę z tym, czego potrzebuję. O 17:00 sklep jest już zamknięty…

Znajomi prowadzą świetnie zaopatrzony sklep z zabawkami – . Znajduję tam wszystkie klocki, pociągi, gry, jakie tylko dzieci wpisują w formularz listu do Gwiazdora, Zająca i „Ciotki z Ameryki”.

Jest też miejsce, gdzie, w miarę posiadanego czasu, personel jest w stanie sprowadzić wiele przedmiotów w bardzo atrakcyjnych cenach. Moje miasto ma jednak jedną wadę. Jest małe, więc wybór producentów, marek, kolorów jest ograniczony i raczej odpowiada popytowi „statystycznego Kowalskiego”, więc gdy koleżanka lubi żółty, ja niebieski, to w Świebodzinie znajdę zielony.

Zmiana fotelika, o której pisałam kilka tygodni temu, sprawiła, że wybraliśmy się do sąsiedniego miasta i tylko dzięki temu, że mieliśmy upatrzony model, producenta i kolor (ostatecznie wybraliśmy inna tapicerkę niż zakładaliśmy na początku), odwiedziliśmy miejsce, do którego normalnie nigdy bym się nie wybrała.

Świat wielkich sklepów, sieciówek nie jest moim światem. Jedynym wyjątkiem są duże sklepy dla sportowców, bo gdzieś musimy robić zakupy na organizowane przez stowarzyszenie imprezy, a Internet jeszcze nie daje możliwości posmyrania zza monitora i sprawdzenia jakości materiałów, czy przekonania się, czy odzież już pozbyła się zapachu chińskiego kontenera.

Jestem uparta i jak już coś sobie sama wmówię, to się tego potrafię trzymać latami. Dlatego, choć może wydawać się to śmieszne, wyprawa po fotelik była dla mnie przełomowa, bo pokazała mi, że warto jest odwiedzać duże, dobrze zaopatrzone sklepy z artykułami dziecięcymi, że warto porównywać, pytać i nie zawsze „używane” (jestem fanką zakupów z drugiej ręki”) jest bezpieczne.

Zielonogórski sklep TOBI to miejsce, które pokochałam od pierwszego wejrzenia, a załoga sprawiła, że czułam się tam na tyle komfortowo, że chcę tam wracać. W najbliższym czasie organizują targi dziecięce. Weekend z Axkidem pokazał, że właściciele podchodzą profesjonalnie do takich wydarzeń (a na organizacji wydarzeń trochę się znam), personel jest przygotowany, magazyn jest zaopatrzony, a to ważne, żeby od razu mieć możliwość kupić, to, co się wybrało. Do tego ceny są w trakcie takich akcji atrakcyjne, promocje znaczące dla portfela.

Nie mam za wiele czasu ostatnio. Jutro zacznie się najbardziej zwariowany tydzień w tym roku, ale postaram się znaleźć czas na to, aby pojechać i pooglądać to, co w Tobi przygotowano na targi, popytać i porozmawiać z rodzicami, co myślą o takich wydarzeniach…

Jak ktoś z moich czytelników jest z Zielonej Góry lub z woj lubuskiego, to zapraszam…

O tym, że naprawdę rzadko odwiedzam wielkie sklepy, niech świadczą słowa starszego M: „Mamo, dlaczego w tym przedszkolu nie ma szatni”?

 

Tekst nie jest sponsorowany.  i świebodziński nie sponsorowały tego wpisu (w sumie szkoda, ale co się odwlecze… 😉 ). Wszystkie opinie na tym blogu są subiektywne. Piszę zawsze, co myślę…

 


Lifestyle Macierzyństwo

Dlaczego wezmę udział w strajku nauczycieli?

MamaM&M
MamaM&M
21 marca 2019
Zarobki nauczyciela stażysty w Polsce fot. MamaM&M
 
Jestem młodą nauczycielką. Choć mam 33 lata, jestem nauczycielem stażystą, ponieważ mój staż pracy w oświacie jest niewielki. Uczę języka polskiego, historii i WOS-u w szkole podstawowej, jestem wychowawcą klasy siódmej. Mam przekonać młodych ludzi z klasy siódmej i ósmej, że język polski jest piękny, że literatura jest ciekawa, że warto poszerzać swoje horyzonty i że humanista to osoba, która codziennie powinna chcieć uczyć się czegoś nowego, poznawać ludzi, kultury, życie w szerokim tego słowa rozumieniu.

Jak mam przekonać dzisiejszych kilkunastolatków do czytania literatury? Otworzyłam podstawę programową i znalazłam w niej lektury, których sama w szkole nie umiałam ogarnąć. I ja o tym uczniom mówię, że to są trudne teksty, że moje pokolenie też miało problem z czytaniem i omawianiem, że dla nas 15 lat temu to były nudy. Na historię filmu i gatunki filmowe mogę poświęcić 2 godziny lekcyjne, chyba, że pogonię z czymś innym. Ale jak mam pogonić, jak podstawa jest upchana do granic możliwości, sezon grypowy zdziesiątkował uczniów i nauczycieli, doszły apele, koncerty filharmonii, uroczystości i inne okoliczności, które „zabrały” nam lekcje, a przecież przed sprawdzianem trzeba materiał powtórzyć, po sprawdzianie omówić wyniki.
 
Wrócę do tych lektur jeszcze. W klasie VII i VIII materiał obowiązkowy wygląda tak:
  • Artysta – Sławomir Mrożek
  • Balladyna – Juliusz Słowacki
  • Kamienie na szaniec – Aleksander Kamiński
  • Mały Książę – Antoine de Saint-Exupéry
  • Opowieść wigilijna – Charles Dickens
  • Reduta Ordona, Śmierć Pułkownika, Świtezianka, II część Dziadów, wybrany utwór z cyklu Sonety krymskie, Pan Tadeusz (całość) – Adam Mickiewicz
  • Syzyfowe prace – Stefan Żeromski
  • Quo vadis, Latarnik – Henryk Sienkiewicz;
  • Wybór fraszek, pieśni i trenów, w tym tren I, V, VII i VIII – Jan Kochanowski
  • Wybrane wiersze poetów wskazanych w klasach IV–VI, a ponadto Krzysztofa Kamila Baczyńskiego, Stanisława Barańczaka, Cypriana Norwida, Bolesława Leśmiana, Mariana Hemara, Jarosława Marka Rymkiewicza, Wisławy Szymborskiej, Kazimierza Wierzyńskiego, Jana Lechonia, Jerzego Lieberta oraz fraszki Jana Sztaudyngera i aforyzmy Stanisława Jerzego Leca
  • Zemsta – Aleksander Fredro
  • Żona modna – Ignacy Krasicki
  • Ziele na kraterze (fragmenty), Tędy i owędy (wybrany reportaż) – Melchior Wańkowicz
 
Jak mam przekonać ucznia klasy ósmej do czytania czegokolwiek, jeśli od listopada „kazałam wciągnąć”: Pana Tadeusza, Syzyfowe prace i Kamienie na szaniec?
 
Z takimi tekstami nie da się zaciekawić uczniów literaturą. Przez ostatnie 15 lat powstało wiele ciekawych utworów literackich, filmów, na omawianie których powinien być czas w szkole. Nie ma czasu na nic dodatkowego. Do 15 kwietnia musimy być „wyrobieni” z materiałem do egzaminu. I „wyrobienie się” nie może tu oznaczać mojej gonitwy, bo ja mogę pędzić z materiałem jak na pokładzie pendolino, ale to nie ja mam przedstawić, zaprezentować, ale uczeń ma z moich lekcji wynieść wiedzę dla siebie, każdy uczeń, także ten z problemami, z dysfunkcjami, z kłopotami w domu, po 2-tygodniowej nieobecności spowodowanej chorobą, także ten, który mi rozkłada lekcję życiowymi mądrościami rodem z Paulo Coelho.
 
Podobnie jest na historii. Uczę rzeczy zbędnych, bez których absolwent szkoły podstawowej doskonale przejdzie przez życie, jednocześnie kradnę minuty, żeby pokazać „prawdziwą” historię na filmach dokumentalnych, na zdjęciach, opowiadając o historii budynków w naszym mieście, o fabryce cygar, o nieistniejącym browarze. I to ich interesuje. W nosie mają natomiast konflikty zimnej wojny.
 
Jak wygląda mój dzień? Wstaję o 7:00, odprowadzam syna do przedszkola i jadę do szkoły, jeśli zaczynam lekcje rano lub wracam do domu, jeśli zaczynam później. Zawsze przygotowuję się do lekcji, szukam materiałów, którymi mogę wprowadzić uczniów w temat, przygotowuję karty pracy, sprawdzam, jakie wiadomości mogą być trudne do zrozumienia, co sprawiło trudność na ostatnim sprawdzianie lub kartkówce, żeby wrócić przy nowym materiale i wyjaśnić, dlaczego systematyczność jest ważna. Jadę do szkoły. Po 4 lekcjach mój mózg się wyłącza. Jeśli jedną z lekcji jest godzina wychowawcza i mam do rozwiązania jakieś konflikty, których z dnia na dzień jest więcej i dotyczą nowych problemów, jestem wykończona. We wtorki zaczynam pracę o 7:45, kończę o 15:10 i po prostu padam na twarz, wracając do domu.
 
Sprawdzam karty pracy, sprawdziany, kartkówki, zadania domowe (te zadaję nad wyraz rzadko, ponieważ uczniowie w 90% przepisują wszystko z internetu i szkoda mojego czasu na sprawdzanie, kto z jakiej strony ukradł czyjś tekst), oceniam wynik pracy w grupach i indywidualnej na lekcji. Staram się oddawać wszystko z lekcji na lekcję, ponieważ wiem, jak ważna jest dla ucznia ocena jego pracy. Uzupełniam dziennik, ogarniam sprawy wychowawcze w klasie, prowadzę rozmowy, jeśli są jakieś konflikty, których rozwiązać na forum klasy się nie da, w czasie okienek umożliwiam uczniom poprawianie sprawdzianów.
 
Kontaktuję się z rodzicami za pośrednictwem prywatnego numeru telefonu (taka wersja „służbowa” opłacana z własnych pieniędzy), mogą do mnie zawsze zadzwonić, jeśli coś się dzieje. Uczniowie także znają mój numer telefonu, ponadto mamy wspólną grupę na messengerze i tam omawiamy sprawy bieżące, tam przypominam o zadaniach domowych, sprawdzianach, zakresie materiału. Zdarza się, że sprawdzam sprawdziany, kiedy pozostali domownicy śpią, także w piątki i soboty, jeśli nie chcę mieć zaległości lub omawiamy lekturę i karty pracy (moim zdaniem jedyny sposób, żeby nawet ci, co nie czytali, zapamiętali cokolwiek do egzaminu) wypadają z każdej wolnej szuflady w domu.
 
Tak, miałam wolne w okresie świątecznym i dwa tygodnie ferii. Tak, będę miała dwa miesiące wolnego w czasie wakacji. Tak, będę miała wolne od czwartku do wtorku w okolicach Wielkanocy. Tak, po spełnieniu pewnych warunków i przepracowaniu odpowiedniej ilości czasu, nauczyciel może wziąć roczny płatny urlop dla poratowania zdrowia. Wszystko tak.
 
Ale ten medal, jak każdy, ma drugą stronę. Nie pojadę na występy mojego dziecka z okazji Dnia Matki, bo będę w tym czasie w szkole, nie byłam na występach z okazji Dnia Kobiet, bo byłam w szkole. Nie zobaczę, jak mój syn jest pasowany na przedszkolaka, bo będę w szkole, nie zaprowadzę mojego dziecka 1 września do szkoły, bo będę w pracy, nie zobaczę, jak moje dziecko odbiera świadectwo ukończenia pierwszej klasy, bo będę w pracy. Nie zabiorę dziecka na wagary w pierwszy dzień wiosny, czy Dzień Dziecka, bo będę w szkole (akurat w tym roku będzie to sobota), nie pojadę z mężem na przedłużony weekend z okazji rocznicy ślubu, urodzin, czy po prostu na kupiony zagraniczny wyjazd w promocyjnej cenie w marcu (znajomi właśnie są na „promocyjnych Kanarach”), maju, wrześniu lub październiku, bo nie mam urlopu, który mogę wykorzystać, kiedy chcę.
 
Zanim trafiłam do szkoły, pracowałam w kilku miejscach i nigdy nie zarabiałam tak mało w porównaniu do średniej pensji krajowej i sytuacji rynkowej. Publikuję mój ostatni odcinek wypłaty. Na konto otrzymałam 1949,42 zł i jest to kwota:
– po podwyżce od pani minister,
– z dodatkiem wiejskim (pracuję w szkole na wsi),
– z dodatkiem za lata pracy (nie wlicza się do tego okres prowadzenia działalności gospodarczej 🙂 ),
– z dodatkiem za wychowawstwo (w naszej gminie to „niezła” suma).
 
Żaden inny dodatek mi się nie należy. Szlag mnie więc trafia, kiedy słyszę, że zarabiamy prawie tyle, co posłowie. Semestr trwa średnio 5 miesięcy, więc w czasie całego semestru zarabiam nawet więcej niż poseł… w ciągu miesiąca…
 
 

Dlaczego popieram strajk? Ponieważ dzisiejsza szkoła mogłaby być znacznie lepsza i nam, nauczycielom zależy, żeby taka była…

A tak prywatnie… chcę, żeby moje dzieci miały matkę zadowoloną nie tylko z faktu, że może komuś przekazać swoją wiedzę, że może każdego dnia próbować zarazić uczniów miłością do słowa pisanego, ale też z zarobków, które co miesiąc wpływają na konto.

Jeśli pasja staje się pracą, zapominasz, że pracujesz… do dnia wypłaty… Radością, satysfakcją i poczuciem misji swoich dzieci nie wykarmię.

Lifestyle Macierzyństwo

Chwile zatrzymane w pamiątkach

MamaM&M
MamaM&M
4 lutego 2018
© MamaM&M

Nie jestem typem zbieracza. Najbardziej ze wszystkich pamiątek cenię zdjęcia. Co jakiś czas umawiamy się do zaprzyjaźnionych fotografów na sesje. Ostatnio zaczęliśmy wyciągać albumy i wspominać czas, kiedy byłam w pierwszej ciąży i urodził się starszy M. Minęły tylko 3 lata, ale to właśnie w zdjęciach zatrzymało się najwięcej momentów, które z głowy tak szybko uciekają.

 

Nie mam testów ciążowych z pozytywnym wynikiem, pępowiny, pierwszych obciętych włosów naszych synów, ale kilka przedmiotów zatrzymałam. Największym wariactwem, na jakie sobie pozwoliłam, był odlew ciążowego brzucha. Sam odlew jest dość toporny, nieustawny, zajmuje sporo miejsca, kurzy się, ale za każdym razem, gdy  go odświeżam, uśmiecham się na myśl, jak został zrobiony. Zabraliśmy się do niego razem z TatąM&M. Gips kupiliśmy przez internet. Pierwsza próba była kompletnie nieudana, a przy drugiej łzy płynęły mi po policzkach, ale wiedziałam, że, gdy tylko brzuch mi się poruszy, całą pracę kolejny raz szlag trafi. Do gipsu przykleiły się włosy rosnące na brzuchu, mimo, że miałam założony t-shirt. Śmiechu było co nie miara.

 

Później gipsowy odlew pomalowała uczennica naszego gimnazjum. Jest to niewątpliwie element wystroju naszego mieszkania, który zwraca uwagę naszych gości…

 

pamiątki_po_dzieciach_mamamandm_2

 

Lubię od czasu do czasu przymierzyć odlew i przypomnieć sobie, jak to jest, kiedy nie widzi się własnych stóp.

 

Mamy też odciski dłoni i stóp Marka i Mariusza i, co u mnie jest niespotykane, zostawiłam ubranka, a konkretnie body, w które chłopcy byli ubrani, gdy przywoziliśmy ich ze szpitala. Do kompletu zostawiłam bransoletki szpitalne, które zakładane są dzieciom od razu po porodzie.

 

pamiątki_po_dzieciach_mamamandm_3

 

Zbieram też w kartonie na strychu Marka prace ze żłobka i przedszkola, a także kartki, które otrzymują od rodziny i znajomych na urodziny. Niedługo do zbiorów dołączy karton „żłobkowy” Mariusza. Postanowiłam, że nie będę im tego pokazywała. Wyciągnę te moje skromne, bo skromne, ale jakże cenne zbiory w jakimś ważnym momencie ich życia i po prostu dam ich w prezencie. A może sami znajdą podczas zabaw/poszukiwań na strychu. Na pewno sprawi im radość oglądanie arcydzieł malarstwa wczesnodziecięcego.

 

pamiątki_po_dzieciach_mamamandm_4

 

Nasi synowie nie zostali ochrzczeni, więc u nas odpadają wszystkie pamiątki religijne, które są powszechne w innych rodzinach (szatki, świece, pamiątki chrztu).

 

 

 

Sama do dzisiaj mam w szufladzie z bielizną ceratowe gacie, w które wkładało się pieluchy tetrowe. Mama przy robieniu porządków podczas przeprowadzki dała mi je i powiedziała, że były moje. Uśmiecham się, kiedy je wyciągam i podziwiam, jakie miałam chude nóżki.

A Wy jakie pamiątki magazynujecie w swoich szafach i piwnicach?

 


левитра время действия

купить виагру киев

anabolik-store.com.ua