Lifestyle

Co ludzie powiedzą?

Poli Ann
Poli Ann
10 sierpnia 2019
Fot. Pixabay / JESHOOTS /
 

Od zawsze słyszała to babcine Co ludzie powiedzą. Pamięta babcię Manię siedzącą w kuchni przy stole nakrytym ceratą ze szklanką gorzkiej herbaty. Ósemka dzieci wychowana, wnuki pchały się na świat jeden po drugim. Babcia była ostoją całej rodziny. Drzwi się u niej nie zamykały. Zawsze ktoś przyszedł na obiad, kawę czy plotki. Była poważana. Co powiedziała, to było święte. Mówiła dzieciakom i wnukom co mają jeść, jak się ubierać, i zachowywać. O tak, to było najważniejsze. To zachowanie i to takie, żeby tylko ludzie nie gadali.

Mów dzień dobry, bo ludzie powiedzą żeś gbur.

Nie zakładaj tych rajstop. Będą się z ciebie śmiali.

Wróć przed siódmą. Jak kto będzie wyglądać, że się szlajasz po nocy?

Zjedz więcej. Będą myśleli, że ci jeść nie dajemy.

No już dobrze, kup sobie ten długopis. Żeby nie było, że ci żałują.

Pomóż Nowakowej z praniem. Niech widzi, żeś dobrze wychowany. 

Idź do Walczaka i popracuj z nim w piwnicy. Po co ma gadać, że sąsiadom nie pomagamy?

Nie wpychaj się do kolejki. Nie chcę słyszeć od sklepowej, że moje dzieci niewychowane. 

Nie kupuj wyrobów czekoladopodobnych, gdy Piotrowska też jest w sklepie. Po co ma widzieć i gadać, że nas na czekoladę nie stać? 

I tak w kółko. Co ludzie powiedzą, czego nie powiedzą, co zobaczą albo czego nie. Babcia bardzo się tym przejmowała. Strofowała wszystkich każdym kroku. Dzieciaki przywykły, wnuki trochę mniej, bo dorastały już w innym świecie. Moja matka jednak przejęła od babci te zasady i może nie tak fanatycznie, ale dość pilnie obserwowała nasze, czyli moje i mojego brata, zachowanie. Jezu, jakże było to irytujące! Nie rób tego a tamtego, bo gadać będą, bo co pomyślą, bo bo bo. Od tego „bo” było mi niedobrze. Przecież nic złego nie robiłam. Nie szlajałam się po nocy, nie wracałam do domu po piwie, nie paliłam w ukryciu, mówiłam „dzień dobry” i trzymałam czasem sąsiadom drzwi. Ale nie. Trzeba było się pilnować, bo a nuż nasze zachowanie stanie się przyczynkiem do sąsiedzkich komentarzy. A wtedy? Hańba, wstyd i w ogóle chodzenie kanałami, bo jak inaczej się ludziom na oczy pokazać. Bezlitosna była dla mnie ta mentalność, którą chcąc nie chcąc trochę nasiąkłam. Pewnie nigdy się jej z głowy nie pozbędę, drżąc o swój wizerunek jak mama i babcia. Jakie one musiały być ostrożne, skupione i wykute na blachę, co przystoi albo i nie. Taka rzeczywistość złożona w kosteczkę, z kokardką na wierzchu. Co z tego, że drapie i gryzie? Grunt, że ładna i się innym podoba.

Dziś staram się w ogóle nie używać tego babcinego pytania, które wiązało im wtedy ręce i kneblowało usta.

Prowadzę zwykłe życie.

Nikomu świń nie podkładam.

Pracuję uczciwe, czasem rzucę mięsem, pokłócę się z moim facetem, mam gorszy humor lub krzyknę za głośno.

I co? Świat się zawalił? No kurczę nie! Stoi jak stał. Ziemia też nie zaczęła się obracać w drugą stronę.

Myślę, że jestem dobrym człowiekiem. Na pewno niedoskonałym, ale starającym się żyć tak, by nikt przeze mnie nie płakał. A jak czasem zrobię sobie coś po swojemu, bo mam na to ochotę, to co? Że szpilki niebotyczne założę, choć jestem stateczną matką i żoną? Że dżinsy z dziurami noszę (kto powiedział, że są tylko dla osiemnastek)? Że w uniesieniu miłosnym sobie powrzeszczę albo raz na rok imprezę do rana w chałupie zrobię? Włosy na błękit przefarbuję? I jeszcze dodam, że na pole dance chodzę. O rety! Co teraz? Co ludzie powiedzą? No koniec świata! jakby powiedział mój ukochany pan Popiołek. A tu nic! N-I-C !!! Żyję, sąsiedzi też i o dziwo nadal mówimy sobie dzień dobry, i się do siebie uśmiechamy. Można? Można! A jak będą gadać? No trudno. Na zdrowie! Niech gadają. Przecież im nie zabronię. Znaczy, że interesująca jestem, skoro na mój temat plotkują. Może zazdroszczą, życia swojego nie mają? Ich problem. Ja chcę żyć po swojemu. Prosto, uczciwie, z odrobiną szaleństwa. Bez względu na to, co ludzie powiedzą:)


Lifestyle

Portret uzależnionej od Niego

Poli Ann
Poli Ann
15 sierpnia 2019
Fot. Unsplash / Milada Vigerova /
 

Przyszedł mail. Od Niego. Czarny wytłuszczony temat wiadomości re: re: re:. Nie wiadomo, co krył. Mógł zawierać wszystko. Przeprosiny, pretensje, obelgi, wyznanie miłości, oświadczyny, opis dnia, plany na jutro, propozycję spotkania, zerwanie lub link do śmiesznych zdjęć na Demotywatorach. Bała się kliknąć. Czuła przypływ gorąca. Drżała. W tym mailu mogło być tyle słów gorzkich co i słodkich, a ona była już zmęczona tymi huśtawkami, i niepewnością tego, co zobaczy. Kochała bardzo, On ją też.

Czuła to aż po końcówki włosów, jednak Ich relacja, tak namiętna była zarazem szalenie wyczerpująca. Istny rollercoaster. Góra, dół, góra, dół. I tak w kółko. Albo constans. Cisza nagle, bo On musi odpocząć, dusi się, ma dość odpowiedzialności za Nią i chce zastanowić się nad życiem. Tydzień, dwa potrafi się nie odzywać. Zapada się pod ziemię, by odezwać się pewnego ranka jak gdyby nigdy nic. By zaprosić na spacer czy do kina, przytulić się, całować Ją łapczywie i rysować Ich wspólną przyszłość. Opowiadać jak to będą razem na kanapie oglądać filmy, kochać się przed pracą, wspólnie gotować. Będą razem po prostu żyć na przekór wszystkim i wszystkiemu.

Kiedyś maile od niego otwierała z rumieńcami na polikach. To od nich wszystko się zaczęło. Najpierw służbowo. Per Pani i Pan, choć on nalegał, by mówiła mu na ty, bo przecież był młodszy o dziesięć lat. Do tego wolny, skryty, trochę tajemniczy i taki niedostępny. Męski, z lekkim zarostem i lodowatym spojrzeniem, które tylko Ona umiała roztapiać.

Ona, na szczęście nie jego przełożona, w trakcie rozstania, w pracy wesoła, energiczna i do bólu profesjonalna. W życiu trochę smutna, na zakręcie, zraniona i spragniona miłości.

Romans w pracy wykluczyła od razu. No bo jak? To wbrew jej zasadom. Regułom w ogólne. Maile z Nim służbowe, z czasem trochę prywaty, jakieś luźne rozmowy w kuchni. Szło powoli. Relacja kumpelska, potem przyjacielska. Nawet na imprezach integracyjnych było poprawnie. Płynnie przeszli na tematy osobiste. Mail za mailem, mail za mailem. Rozmowy po pracy. Spacery po kryjomu, by nikt ich nie zobaczył. Sms za smsem. Był młody. Tłumaczyła sobie i Jemu milion razy, że to nie ma szans, że jest starsza, że ją rzuci i znów łzy poleją się ciurkiem. On tłumaczył, że jest piękna, zasługuje na miłość, że tylko oni dla siebie są ograniczeniem. Mogą odejść z pracy, wychowają jej syna, może spłodzą drugie dziecko. Śliczną dziewczynkę, podobną do niej koniecznie, bo jest piękną kobietą.

To Ona Go uczyła kobiecego ciała, które On znał tylko pobieżnie. Tłumaczyła świat i jego absurdy, bo On był marzycielem. To On wielbił jej ciało i intelekt. I wyśmiewał męża, który Ją zostawił. Na całe szczęście, bo teraz Ona była Jego. Należała do Niego każdą cząstką, myślą, mrugnięciem powieki i oddechem. Po raz drugi pokochała całym sercem. On po raz pierwszy. Najmocniej jak można.

Był obok, gdy Go potrzebowała. Wspierał, nosił na rękach. Sam wyznał miłość, nie czekając na Jej słowa, które nadeszły potem. I pisał. Mail za mailem, mail za mailem. Problemy? Były oczywiście. W pracy, u Niego w domu, bo ojciec był surowy. U Niej, bo synek miewał chroniczne bóle brzuszka, a i były mąż odchodząc nie zachował klasy. Życie. Szare, które sami sobie kolorowali. Potrafili rozmawiać do rana i kochać się namiętnie. Śmiać się z tego samego i jeździć na rowerze. Spacerować godzinami i jeść lody. Chodzić do kina i na pizzę. Zawsze sami, bo przecież się ukrywali. Ta różnica wieku, ta sama firma. Rozwódka i młody asystent. Ludzie mieliby o czym plotkować. Czasem się kłócili, by potem przepraszać się gorąco. Było dobrze.

Pierwszy dziwny mail przyszedł w niedzielę wieczorem, choć przed chwilą się widzieli i kochali u Niej na kanapie. On potrzebuje czasu do zastanowienia. Chce wszystko przemyśleć. Bierze urlop. Znika. Ona ufa, że to chwilowa niedojrzałość. On wraca po tygodniu mówiąc, że w dupie ma konwenanse, że jest starsza i że będą gadać. Ma ochotę stanąć na rynku i krzyczeć, że ją kocha.

Wszystko wraca do normy. Ona czuje się bezpiecznie.

Za jakiś czas sms w ciągu dnia, że przemyślał i nie chce brać za nią odpowiedzialności. Poczuła ucisk w dołku. Jak to? Tyle miesięcy razem, rozmów, Jego deklaracji. Zdenerwowana napisała, żeby się określił, bo zabawa w chowanego jej nie bawi. Sms za smsem. Na ekranie słowa ostre jak brzytwa. Pokłócili się. Zamilkł. Ona cała się trzęsła, ale zagryzła zęby i wytrzymała. Nie odezwała się, choć nocami nie zmrużyła oka. Pojawił się po tygodniu. Chciał z nią być, bo kocha i nie potrafi bez niej. Tego wieczora wysłał długiego maila. Pełnego emocji, z jakimi się zmagał. Uległa i dała szansę, choć już nie taka spokojna.
Swoje odejścia miewał raz na miesiąc, może dwa. Czasem milczał, czasem pisał długie maile pełne wyrzutów, oskarżeń. Poddawał wątpliwość jej uczucia, stawiał warunki. Zaczął dominować, a Ona zakochana, co z tego, że dorosła i wykształcona, tańczyła do melodii, jaką akurat jej zagra. Wiele razy traciła rytm, potykała się o własne nogi, chcąc nadążyć. Czasem płakała z bezsilności. Pisała, że odejdzie, że ma dość. A wtedy On wyrastał spod ziemi i zasypywał ją pocałunkami. Znów czuła ten spokój, którego tak cholernie jej brakowało. Traciła go, gdy On znikał, stroił fochy, zmieniał decyzje, odwoływał spotkania. Bawił się nią jak szmacianą lalką. Im bardziej mu ulegała, tym mocniej rzucał nią o ściany.
Dlatego Ona tak bardzo boi się otworzyć teraz tego maila. Znów czuje ten ucisk. Serce bije mocno, a Ona nie może się skupić. Wie, że za kilka chwil może płakać ze szczęścia lub rozpaczy w zależności od tego, co napisał.

Dziś ma gest, prosi o spotkanie. Niedługo Dzień Kobiet. Chce z nią spędzić czas. Ona niemal skacze z radości. Uff, wszystko dobrze. Będzie dobrze.

Na dwie godziny przed kolacją, On przez sms odwołuje spotkanie. Nie podaje przyczyny. Wysyła potem tylko maila pt. Wszystkiego najlepszego, a w treści suchy komentarz: jak w temacie, który sieka ją ma tysiące małych kawałków.

W poniedziałek dowiaduje się, że się zwolnił. Zniknął bez słowa. Nawet z ekipą się nie pożegnał. Jej brakuje tchu. Drży. Pisze do Niego sms za smsem. Abonent niedostępny. W pracy ledwo skupiona wegetuje do końca dnia. Co chwilę zerka na telefon. Czuje się tak, jakby ktoś jej wnętrze wciągnął odkurzaczem. Ma wrażenie, że bez Niego się dusi. Że znika. Synek pyta, czy jest chora. Jest. Z miłości. Ale tego mu nie powie. Co najwyżej, że mamusię serduszko boli. Wie doskonale, że ten związek był toksyczny, intensywny. Pędzili obijając się o namiętność, zazdrość, niedojrzałość, złość, radość i niepewność. Był Jej uzależnieniem. Z nim był haj i bolesne upadki w rzeczywistość. Smutek i uśmiech. Krzyk i cisza. Sprzeczność goniła sprzeczność.

Jeszcze wiele miesięcy czuła ucisk i brak tchu. Dopiero po dwóch latach komuś o tym powiedziała. Po czterech przestała Go idealizować. Uspokoiła się. Dziś oddycha równomiernie. Czuje się bezpiecznie. Nie szuka Go nigdzie, choć wie, gdzie jest. Schowała Go głęboko i nie chce Go wyciągać. Spokój kosztował ją wiele lat. Czasem tylko On przychodzi we śnie i czeka na nią za drzwiami. A ona wciąż nie może się zdecydować, czy je otworzyć czy wyjść drugim wyjściem…

Lifestyle

To nie są wielkie rany. To malutkie, niewidoczne draśnięcia, które pieką cholernie w najmniej spodziewanym momencie

Poli Ann
Poli Ann
8 sierpnia 2019
Fot. iStock/skynesher

Siedzimy razem z Darią na kanapie. Obie w dresach, bez makijażu, z włosami w nieładzie. Przed nami różowe wino. Uwielbiamy je i się nim raczymy, gdy jesteśmy na szczycie, zakręcie lub czarnej d….

Dziś Daria wygląda na zakręt, w porywach do czarnej d… Jest zła i może trochę przygnębiona.

– Jaka jestem? – pyta tak bez wstępu jakiegoś. Prosto z mostu.

– No jak to jaka? Fajna! Najfajniejsza na świecie!!! krzyczę zgodnie z prawdą.

Znamy się tyle lat. Przyjaźnimy. Byłyśmy tyle razy na zakrętach, w czarnych d…. i na szczytach. Znamy się na wylot.

– Szczerze wal – mówi z piorunami w oczach. Nie robią ma mnie wrażenia. Za dobrze ją znam. Jest wrażliwa, bardzo emocjonalna, ale to przyjaciel na wieki. Jak coś idzie nie tak, Daria jakby miała radar i już krąży wokół mnie. Płacze ze mną i się cieszy. Odnoszę ostatnio sporawe sukcesy w firmie. Jej mogę powiedzieć o premii. Nie będzie zawiści ani złośliwego komentarza, jak to w zwyczaju ma moja własna rodzona siostra. Daria jest zupełnie inna niż ja. Może dlatego się dogadujemy.

– Dużo gadasz, czasem za dużo. Ale masz serce na dłoni. Kochasz i nienawidzisz tak samo mocno, po końcówki włosów. Jesteś ambitna, za bardzo. Dumna i … – nie mogę dokończyć, bo Daria sama to robi. Mówi powoli. Nie przerywam jej. Nie dlatego, że w zdanie wbić się nie mogę. Właśnie mogę, bo ona uważnie dobiera słowa. Daję jej czas.

– Bezmyślna. Jestem bezmyślna. Ja lub moje zachowanie. W ostatnim miesiącu usłyszałam to dokładnie 17 razy. Że jestem ładna 3, seksowna 1. Innych przymiotników nie słyszałam.

No tak. Skończyła polonistykę. Jest redaktorem w wydawnictwie. Słowa to jej praca, pasja, życie. Ja wolę cyferki, tabelki, zestawienia. Mam ścisły umysł. Te liczby zapamiętałam. Faktycznie wynik słaby.

1. Bezmyślnie parkuję auto.

2. Bezmyślnie ładuję naczynia do zmywarki.

3. Bezmyślnie układam szklanki w witrynie.

4. Bezmyślnie wyjeżdżam z garażu. Fakt, przytarłam auto, tłumaczy mnie tylko pośpiech do redakcji, bo mieliśmy audyt. To było tego dnia, gdy ładnie wyglądałam.

5. Bezmyślnie włączam pranie. Zuzia wrzuciła między białe rzeczy swoje różowe rajstopki. No do jasnej ciasnej nie zauważyłam tego.

6. Bezmyślnie smażę naleśniki. Kurczę, nigdy nikomu nie zdarzyło się przypalić?

7. Bezmyślnie myję naczynia. W ręku pękł mi kieliszek, bo go świadomie nie włożyłam do zmywarki; krew sikała mocno, ale liczył się brudny zlew, blat i kieliszek spisany na starty. Bezmyślnie.

8. Bezmyślnie jeżdżę autem. Miałam tę stłuczkę absolutnie nie z mojej winy, byłam pewna swojej racji, wezwałam policję, która jeszcze drugiemu kierowcy wlepiła mandat. Mimo to jeżdżę bezmyślnie.

9. Bezmyślnie…

– Zapisujesz to? – zapytałam. No raczej to zapisała, ale po cholerę? Żeby się umartwiać? Przecież to jest fajna babka. W lustrze widzi ładną buzię, smukłą sylwetkę, której zazdrości jej cała redakcja. A i głowa nie jest pusta. Daria jest dobra w tym, co robi. Czasem roztrzepana, ale bezmyślna? Jakoś nie zauważyłam.

– Jak to zapamiętałaś? Tak po prostu? A te pozytywne też pamiętasz?

– Jak wszedł do kabiny, bo brałam prysznic. Wtedy powiedział, że jestem seksi. Czasami tak mówi, gdy ma ochotę na seks. Ładna zaś byłam, gdy miałam kolację służbową w pracy i założyłam ten garnitur w kolorze fuksji, a za kwadrans przytarłam to pieprzone auto. Kiedy przymierzałam sukienki, bo koleżanka z pracy ma wesele i chciałam ocenić, co założyć. I gdy szliśmy do znajomych, i zapytałam jak wyglądam. No ładnie – odpowiedział, choć jak wiele razy nawet nie podniósł wzroku znad ekranu telefonu.

– I tak się tym przejęłaś? – pytam ze śmiechem. – Dziewczyno jesteś wyjątkowa taka, jaka jesteś.

– Ja o tym wiem. Po prostu mi przykro. Takie komentarze ranią, jeśli wypowiada je bliska ci osoba. Cały czas podlegam ocenie. W pracy, urzędzie, na ulicy. W domu chcę swojej oazy, spokoju, żeby ktoś mnie przytulił po ciężkim dniu, a nie punktował. Po to facet ma silne ramiona, bym się w nie chowała. A jak coś mi nie wychodzi, nie żeby mnie wyręczał, ale najzwyczajniej w świecie pomógł. Po prostu. Bezinteresownie. Bo jestem jego kobietą, bo jesteśmy parą i powinniśmy się wspierać. A ja mam wrażenie, że biorę udział w jakimś wyścigu i ciągle muszę udowadniać, że jestem czegoś warta. W pracy błędów popełniać nie mogę, ale w domu chcę czuć się swobodnie i nawet jak przytrę samochód to lepiej by było usłyszeć, że to tylko auto, rzecz materialna. Przecież da się naprawić. A komentarze typu, że jestem bezmyślna lub robię coś bezmyślnie, można naprawdę porzucić. Bo to mnie rani i mi uwłacza. To równoznaczne z tym, że nie myślę. Bezmyślny to taki ,co się nie zastanawia, synonim to głupi. Teraz rozumiesz?

Mogłam to podejrzewać, że Daria ma słownik w głowie albo to sprawdziła. Ma takie odchyły zawodowe. I pomyślałam sobie, jak wyszła do łazienki, że w sumie ona ma rację. Na początku byłam zaskoczona jej reakcją i stwierdziłam, że przesadza, ale teraz dochodzę do wniosku, że ma przecież prawo czuć tak, a nie inaczej. Ja chyba też nie chciałabym słyszeć takich komentarzy od mojego męża. I nie słyszę. Owszem, jak się kłócimy, to wióry lecą, ale Daria się przecież nie kłóciła. To były spokojne, zimne i przemyślane (o zgrozo!) komentarze. Wypowiadane raczej w stylu: „ale kupiłem chleb”, „ale dziś świeci słońce”, więc „ale robisz to bezmyślnie” nie robi na wypowiadającym takie zdanie żadnego wrażenia. Ot, stwierdzenie faktu jak każde inne. Szkoda, że można tym kogoś skrzywdzić. To nie są wielkie rany. To malutkie, niewidoczne draśnięcia, które pieką cholernie w najmniej spodziewanym momencie. I tkwią głęboko, choć rana zdaje się zabliźnić.

Daria serio ma rację, że słowa mają moc. Mają i to ogromną. Można nimi wywołać wojnę, wyznać miłość, zniszczyć lub uratować komuś życie, pomóc, przeszkodzić, zmotywować lub zniechęcić. Można wszystko. I tylko od nas zależy jak ich użyjemy. Więc może lepiej nie robić tego BEZMYŚLNIE????