Lifestyle

A ja nie chcę się czołgać z mozołem przez życie. Dziękuję, za to że…

Hanna Szczygieł
Hanna Szczygieł
6 lipca 2016
Fot. iStock / FilippoBacci
 

Są takie dni, gdy trudno zwlec się z łóżka, gdy budzisz się z poczuciem, że najgorsza wiadomość świata to taka – że do wieczora jeszcze długa droga. I choćbyś wykrzesała z siebie cały entuzjazm, siły i pożyczyła jeszcze trochę – nie wystarczy, żeby nie zrzędzić, uśmiechać się i w podskokach ruszyć na autobus. Siedzisz, masz wrażenie, że nawet to wymaga od ciebie nadludzkiego wysiłku, bo po prostu jesteś tak bardzo zmęczona…

Zmęczona życiem, monotonią, pracą i ludźmi, a jedyne o czym marzysz, to zaszyć się głęboko pod kołdrą, żeby nie musieć przez następne godziny czołgać się przez te wszystkie czynności. Gdyby tylko… – ale to gdyby jakoś nie zamierza się ziścić… i wtedy masz tylko dwa wyjścia, dwa. Możesz czołgać się ze łzami w oczach do tej 20-tej, przeklinając każdą minutę lub usiąść, zamknąć oczy, wziąć oddech i zacząć kompletnie odnowa. Zrobić trzy listy.

Lista rzeczy, za które jestem wdzięczna

Wdzięczna losowi, sobie i innym. Przecież tak wiele złożyło się na tę układankę.

  1. Mam dach nad głową, pracę, lodówkę.
  2. Nie walczę o swoje życie każdego dnia, jestem bezpieczna.
  3. Mam rodzinę.
  4. Mam dzieci, zdrowe dzieci.
  5. Lubię swoją pracę i mam świetnego szefa.
  6. Jestem w kontakcie  z moimi rodzicami, siostrą. Żyjemy w zgodzie.
  7. Mam miejsce, do którego mogę wracać. Zawsze.
  8. Mam jeszcze babcie i dziadka. Miałam okazję poznać ich w swoim życiu, miałam to szczęście.
  9. Dziękuję za to, że mogę teraz wspominać jak z dziadkiem łapaliśmy w wakacje motyle, i jak je wypuszczaliśmy.
  10. Mam przyjaciół, na których zawsze mogę liczyć.
  11. Co rano piję kawę ze swojego ulubionego kubka.
  12. Mam wspomnienia i marzenia.
  13. Jestem zdrowa.
  14. Mam do kogo zadzwonić wieczorem.
  15. Mam bagaż błędów, które mnie ukształtowały, ale nie zniszczyły.
  16. Mam plany na przyszłość.
  17. Mam z kim snuć moje plany.
  18. Mam dobre wykształcenie i wiele zdolności, które powinnam rozwijać.
  19. Mam miłych sąsiadów.
  20. Mam czas, który mogłabym lepiej wykorzystać.
  21. Mam wokół siebie wielu życzliwych ludzi.
  22. Może nie jestem bogaczem, ale tego wcale nie potrzebuję.
  23. Mam przyjaciółkę z dzieciństwa, która zawsze na mnie czeka, a ja na nią (od trzydziestu lat) – i wiem, że to się nigdy nie zmieni.
  24. Mam siłę, którą zawsze mogę z siebie wydobyć (nawet w takie dni jak ten).
  25. Mam miłość, która mnie otacza.
  26. Mam kogo poprosić o radę.
  27. Mam komu się wypłakać w ramię.
  28. Zawsze mogę znaleźć jakiś powód, żeby się jednak uśmiechnąć.
  29. Mam sporo „szczęścia”, skoro tak wiele dobrego jednak mnie w życiu spotkało.
  30. Mam wiele powodów, by podnieść się z kolan, gdy upadnę.

Myślę, że każdy może napisać swoją listę, o wiele dłuższą, bardziej intymną. Bo nie tylko miłość, to te małe momenty – całe życie, nasze życie to te momenty, chwile, okruszki. Napisz za co jesteś wdzięczna, na innej kartce zapisz, co kochasz w swoim partnerze, na kolejnej wypisz ważne osoby w swoim życiu. Może i brzmi to jak durna zabawa z pseudorozwojowych warsztatów, ale nie stracisz więcej niż 5 minut – więc co ci szkodzi?

Zbyt często zapominamy, że relacje, emocje, miłość – to nasza największa wartość w życiu, zbyt często bierzemy je za pewnik. Każdy z nas ma swój prywatny milion powodów, by cieszyć się zyciem, wstać z kolan i zacząć dobrze dzień. Lepiej. Dla siebie, dla tego kogoś. A gdy naprawdę ogarnie cię zwątpienie i zgubisz całą energię – obejrzyj ten film. Bądź wdzięczna za to, co masz. Dzisiaj.

Look on the Bright Side

Posted by on 2 marca 2016


Lifestyle

„Tata powiedział, że on jak Bóg jest Ojcem, który wymaga, karze i nagradza. Pierwszy raz wykorzystał mnie, gdy miałam osiem lat”

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
6 lipca 2016
Fot. Screen / You Tube
 

Czytam historię Agnieszki Pajurek i mam w sobie gonitwę emocji: od wściekłości po smutek. Po próbę zrozumienia tego, co się wydarzyło.

Bo przecież dziecko zasługuje na szczęście. Jest tak bezbronne, tak łaknące miłości. A tymczasem Agnieszka z siostrą wychowywała się w domu dziecka. Ktoś, kto powinien je kochać, kto powinien pokazywać im świat, sprawiać, by czuły się bezpieczne, porzucił je. Zostały z siostrzaną miłością, bez tej najważniejszej – rodzicielskiej, matczynej.

Kiedy Agnieszka  miała trzy lata wraz z siostrą Justyną zostały adoptowane. Czy można chcieć czegoś więcej? Bezdzietne małżeństwo, które pragnęło mieć dzieci, przygarnęło dwie dziewczynki, postanowiło się nimi zaopiekować, tym samym napełniając ich życie nadzieją na miłość i spokój.

Rodzice adopcyjni musieli mierzyć się z chorobą sierocą Agnieszki. Ona sama opowiadając swoją historię nie wraca do tego. Była wdzięczna swoim rodzicom za to, że dali im dom, że otoczyli opieką, że postanowili odmienić ich los.

Dlaczego więc opisuje swoją historię? Bo obiecała swojemu ojcu, że kiedyś świat usłyszy, co jej zrobił. Jak wykorzystał jej dziecięca naiwności, jak ją zbrukał, jak potraktował. Jak zaczął wykorzystywać seksualnie, kiedy skończyła osiem lat, jak traciła przytomność z bólu… Jak dziś wie, że gwałt którego dopuszczał się na niej dorosły mężczyzna, który miał się nią opiekować, dbać, by nic złego się jej nie stało, mógł doprowadzić do jej śmierci, do uszkodzenia narządów wewnętrznych, do bezpłodności.

Moje pierwsze wyraźne wspomnienie tego czynu, pojawia się, kiedy jako ośmiolatka, ucząc się do Pierwszej Komunii, w zwykłej rozmowie z moim tatą spytałam się o modlitwę, „Ojcze  Nasz”. Tata powiedział mi, że to on, tak jak Bóg jest Ojcem, który wymaga, karze i nagradza. Wmówił mi, że ja jestem po to, aby go słuchać, chwalić i wykonywać jego polecenia (…).

Początkowo do mnie mówił, że się mu podobam, że jestem dla niego podniecająca. Miałam wtedy 8 lat. Zaczął mnie dotykać w miejsca intymne. Sadzał mnie na kolanach i mówił do mnie. Robił to kiedy nikt nie patrzył i wiedział, że nikt nie wejdzie (…). Co ja wtedy czułam do niego? A co może czuć dziewczynka, do kogoś, kto się nią zaopiekował, dając jej dom? Miłość, bezgraniczną pełną ufności miłość.

Była dzieckiem. Nie chcesz słuchać? Chcesz już przestać o tym czytać? Nie chcesz wiedzieć, jak w bestialski sposób ją traktował? Jak, gdy dostała pierwszą miesiączkę, powiedział jej, że chce mieć z nią dziecko? Jak ona drapała się do krwi w miejscach, w których on ją całował, lizał, w miejscach, w których bezustannie czuła jego zapach. Jak chciała raniąc się, przestać być atrakcyjną dla niego.

Zatykamy uszy na takie historie. Kręcimy głową, że już dość, że wystarczy, że już więcej nie chcemy wiedzieć. Ale Agnieszka nie przestaje. Dziś ma 28 lat i opowiada całemu światu swoją historię, chce by każdy ją usłyszał. By każdy dowiedział się, co działo się za zamkniętymi drzwiami jej domu, który miał być dla nie oazą bezpieczeństwa i miłości.

Pełne akty seksualne odbywały się, jak nikogo nie było w domu. Zawsze zamykał drzwi na klucz, uśmiechał się do mnie i kazał mi się rozbierać. Do naga. Pamiętam, że z przynajmniej trzy razy w trakcie stosunków straciłam przytomność. Zemdlałam. On tłumaczył mi, że po prostu zasnęłam, ale zawsze się mnie pytał, czy mnie nic nie boli, i jak się czułam.

Przez kilka lat nazywała zgodę na to, co jej robił miłością i wdzięcznością. Ale czuła, że nie wszystko jest w porządku, że to chyba nie powinno tak wyglądać. Gdy miała 11 lat opowiedziała o tym, co robi jej adopcyjny ojciec swojej o rok młodszej siostrze. On ją straszył, że nikomu nie może nic powiedzieć, że nie ma prawa, że ją zniszczy, gdy to, co robił za zamkniętymi drzwiami wyjdzie na światło dzienne, że ją zostawi, że ona bez niego jest nikim.

On – dorosły mężczyzna, i ona – dziewczynka, którą nazywał swoją kobietą.

Pamiętam, że lubił się przy nas masturbować, przy mnie i przy Justynie. Robił to nagminnie. „Tato, co Ty robisz?”, „Nic, oglądaj telewizję”. Kwitował.  Kiedyś nieświadomy tego, że mama weszła do pokoju, usłyszał od niej „Zdzisiek, weź się opamiętaj!”. W stosunku do mnie mama była zbyt krytyczna, obrażała mnie i nigdy mi nie wierzyła, że drapię się do krwi, bo coś się ze mną dzieje. „Zachowujesz się jak Justyna, komu chcesz zaimponować?”, „Może masz jakąś alergię?” Zero rozmowy wprost.

Kiedy Agnieszka miała 15 lat u jej siostry stwierdzono psychozę maniakalno-depresyjną. Justyna trafiła pod opiekę psychologa, chodziła na terapię. To wtedy Agnieszka poprosiła siostrę, by psycholog – pani Beacie opowiedziała o niej. Justyna nic nie powiedziała, ale Agnieszka trafiła na konsultacje rodzinne do pani Beaty.

Przez dobrą godzinę rozmawialiśmy o problemach Justyny, skrzętnie omijając to z czym przyszłam. W pewnym momencie poprosiłam o kartkę, by napisać drukowanymi literami „BYŁAM MOLESTOWANA SEKSUALNIE” Powiedziała, że od początku się domyślała, ponieważ po moim zachowaniu można było w jasny sposób stwierdzić, że od lat byłam krzywdzona.

Dzięki staraniom pani Beaty i innych dorosłych, siostry poznały swojego młodszego brata, którym opiekował się brat ich matki. To on zgodził się z żoną wziąć dziewczyny do siebie. Wszystko w tajemnicy, bez mówienia, że Agnieszka zdradziła, co z nią robił jej ojciec. W tym czasie ona sama, już nastolatka, uczyła się w szkole z internatem, jak najrzadziej starała się wracać do domu.

Wmawiał mi, że to jest normalne i że w każdej rodzinie dochodzi do takich relacji. Na mój sprzeciw i na moje rany na ciele znajdował wymówki, że dorastam i że muszę się przyzwyczaić, „Nikt Cię nie pokocha bardziej niż ja”, „Byłem dla Ciebie pierwszym mężczyzną”.

Jej adopcyjny ojciec nigdy nie został ukarany. Sprawa o molestowanie trafiła do sądu, ale z braku twardych argumentów oprawca Agnieszki został puszczony wolno. Potrafił jej tylko powiedzieć:

„Przepraszam, ale to było silniejsze ode mnie. Nie chciałem Cię skrzywdzić”, „Zapomnij o tym, to była przecież zabawa, trochę Cię przecież nauczyłem”.

Siostra Agnieszki osiem lat temu popełniła samobójstwo wieszając się. To dla niej, dla siebie, Agnieszka postanowiła opowiedzieć to, co ją w życiu spotkało… Kiedy napisałam do niej prosząc o rozmowę odpowiedziała: „Powiedziałam już wszystko, osiągnęłam swój cel”. Zrozumiałam. Dlatego postanowiłam wam o Agnieszce opowiedzieć prosząc, byście nie zatykali uszu, byście nie próbowali zagłuszyć jej historii, ale przekazywali ją dalej. Bo historia Agnieszki to historia zwycięstwa. Bo ona dziś czuje się zwyciężczynią. Bo zawalczyła o własne życie, o własne szczęście, bo zdobyła się na odwagę mówiąc:

„Jeśli Twój ojciec robi z Tobą to, co mój robił ze mną – pamiętaj – jesteś osobą wartościową i jeśli o siebie zawalczysz, wyjdziesz z tego. W przyszłości jest życie. Piękne życie”.

Ona nie chce być  kolejnym dzieckiem wykorzystywanym seksualnie, o którym informacja pojawi się na dole ekranu informacyjnego. Ona opowiada swoją historię po coś. Nie po to, żeby szokować, żeby wzbudzać litość i smutek. Tylko po to, by swoją osobą pokazać, że jest życie po tym wszystkim, po piekle jakie ona przeszła i jakie przechodzi wiele innych dzieci, czy kobiet.

Nie zatykaj uszu. Nie zamykaj oczu. Opowiedz historię Agnieszki kolejnej osobie i kolejnej… Niech ci, do których powinna trafić, ją usłyszą.


Całość historii napisanej przez Agnieszkę Pajurek znajdziecie na:


Lifestyle

Przestań być dobra i miła. Zacznij myśleć o sobie. Wiem, co mówię, też tam byłam

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
5 lipca 2016
Fot. iStock / AleksandarNakic

Ile można? Zastanówmy się, jak długo można żyć dla kogoś innego? Spełniać czyjeś zachcianki, pomagać w realizacji cudzych marzeń?

Można długo. Coś o tym wiem. Można przez całe życie. Jak moja matka, która do dziś na pierwszym miejscu stawia potrzeby mojego ojca i mojego brata. Biega między jednym a drugim, jednemu podając obiad, a drugiemu prasując koszule do pracy, które przywozi jej do domu.

Zawsze poświęcająca się, zawsze stawiając innych potrzeby najwyżej. Czy miała jakieś swoje? Nie wiem, nigdy mi o nich nie mówiła, nigdy ich nie pokazała.

Najcudowniejszą kobietą w moim życiu była babcia. Po śmierci dziadka wiele lat żyła sama i powtarzała, że to był najlepszy czas w jej życiu. Gdy pytałam: „Babciu, a miłość? Jak można być szczęśliwym bez miłości?”, uśmiechała się i mówiła, że jeszcze kiedyś to zrozumiem. Pamiętam, jak w swoim zielonym fotelu z wysokim oparciem czytała książki. Obok na stoliku stała zimna już herbata, a ona z wypiekami na twarzy… Wiedziałam, że nie mam szans na to, by oderwać ją od lektury, zawsze czekałam aż skończy. „Bo widzisz kochanie, największe szczęście to kochać siebie”, mówiła do mnie, kiedy pytałam, co ją tak wciągnęło i dlaczego woli czytać, niż obejrzeć z nami film. Wtedy nie rozumiałam. Ale kochałam jej spokój, tę wyjątkową i niepowtarzalną aurę, którą wokół siebie rozsiewała.

A później zostałam żoną, kobietą, która chciała odnieść sukces zawodowy, a w końcu matką, która nijak nie potrafiła pogodzić macierzyństwa z pracą. Musiałam wiecznie wybierać: dzieci czy praca, mąż czy dzieci, praca, czy małżeństwo. W wiecznym rozkroku. Bez możliwości znalezienia dla siebie dobrego kompromisu. Jak na jakieś huśtawce – raz szala przechyla się na jedną stronę, raz na drugą. Z ogromnym poczuciem winy, że tak naprawdę w żadnej z ról nie mogę się do końca sprawdzić, być idealna. Bo jak praca – cierpią dzieci i mąż, jak dzieci – cierpi mąż i firma, w której pracowałam, jak mąż – to gdzie tu upchnąć jeszcze dzieci bez szkody dla naszego związku. A ja tak bardzo chciałam być idealna. Idealna jak moja matka, która zawsze miała czas zrobić pierogi i pogodzona ze swoim życiem jak babcia.

Ale to moja mama mi pokazała, że najważniejsze to uszczęśliwić innych. I ja uszczęśliwiałam, zapominając o obietnicy złożonej babci, gdy ta umierała. Musiałam jej obiecać, że nie zapomnę o sobie. „Obiecaj” – mówiła trzymając mnie za rękę. Wtedy mogłam jej obiecać wszystko, byleby tylko jeszcze żyła, żeby mnie nie opuszczała.

Może zmarła, bo obietnicy nie dotrzymałam. Nie pamiętałam o sobie, za to nie zapominałam o innych. Wstawałam o szóstej rano gotując obiad na popołudnie, kiedy wszyscy będziemy już w domu. Biegałam na zajęcia z dziećmi, na ich występy. Każdy dzień obliczony i zaplanowany co do każdej cholernej minuty. I ja mająca wszystko pod kontrolą, tak, żeby nic mi się nie wymknęło, żebym o wszystkim pamiętała. Jeszcze koszulę musiałam po drodze mężowi kupić, bo przecież ma ważną kolację służbową następnego dnia. A wyprać i wyprasować trzeba zdążyć.

Jesteś tam gdzie ja wtedy? Spytaj siebie, co jeszcze dziś musisz zrobić?

– wstawić pranie?

– przygotować obiad?

– zrobić zakupy?

– pobawić się z dziećmi?

– zaplanować urlop?

– wysłać wieczorem służbowego maila, bo w pracy nie zdążyłaś?

– uśmiechnąć się do męża i zachęcić go, by opowiedział ci swój dzień?

– ułożyć ciuchy?

– pozbierać ręczniki w łazience?

– zadzwonić do matki, spytać, jak się czuje?

– zanotować wszystkie ważne rzeczy, które jutro masz do zrobienia?

DOŚĆ. Mówię ci – WYSTARCZY! Chcesz być w tym miejscu, w którym ja byłam, proszę bardzo, ale ostrzegam.

Ktoś cię spyta, dlaczego przestałaś się uśmiechać

I nagle z wesołej, fajnej dziewuchy stałaś się kobietą ze spuszczoną głową. Nie, ja? Jak to? Przecież jestem szczęśliwa – mam męża, dzieci jest cudownie. Tak? Jesteś pewna, że tak cudownie?

Ktoś ci powie – źle wyglądasz, jesteś chora

Bo twoja twarz poszarzeje, bo w oczach zabraknie blasku, bo tylko nerwowo zaczniesz zerkać na zegarek i telefon. Nie, nic mi nie jest. Może trochę jestem zmęczona, ciężki czas w pracy. Kogo chcesz oszukać?

Przyjaciółka napisze SMS-a z pretensją, że w ogóle się nie odzywasz

Zadzwonisz, a jakże. W twoim napiętym dniu znajdziesz trzy minuty na rozmowę i na zapewnieniu, że gdy tylko niech nadejdzie urlop, na pewno się z nią spotkasz, że obiecujesz i że tak, nic złego się nie dzieje. Jest dobrze. Naprawdę. Naprawdę???

Sąsiadka wpadnie na kawę i powie: „Czy ty nie możesz na chwilę usiąść?”

No nie możesz, bo przecież jedno chce pić, drugie kanapkę, a jeszcze mąż nie naje się makaronem, więc musisz coś mu na szybko ugotować. Ale tak, jesteś rozmawiasz przecież, słuchasz uważnie. Nie, ty nie musisz siadać, masz podzielność uwagi, nie potrzebujesz odpoczynku. Tak, jasne.

Naprawdę w to wierzysz? Że nic bez ciebie się nie uda? Że musisz być wszędzie i ze wszystkimi, żeby czuć, że jesteś potrzebna, że ważna? Halooo! Zatrzymaj się na chwilę.

Usiądź na tyłku z kawą, czy winem w ręce. Ja tak usiadłam pewnego dnia. W kolejna rocznicę śmierci mojej babci. Otworzyłam nalewkę malinową, którą od niej dostałam wiele lat temu bojąc się, czy ta się już faktycznie po tylu latach nie zepsuła. Pomyślałam o co, by mnie spytała, gdym do niej pojechała z życzeniami. I zaczęłam płakać. Bo ona spytałaby, czy jestem szczęśliwa? Czy JA jestem szczęśliwa, a nie ludzie wokół mnie, nie o ich szczęście by pytała. I wcale nie płakałam ze szczęścia. Płakałam nad sobą, nad tym, w jakim miejscu jestem. Nad tym, że nie wiem kim jestem, czego chcę?

Ja, mając 38 lat, nic nie wiedziałam o własnym szczęściu. Za to wiele wiedziałam o szczęściu innych. Wiedziałam, jaką zupę lubią moje dzieci, gdzie mój mąż chciałby pojechać na weekend, co przyjaciółka chce dostać na urodziny. Wiedziałam też, że koleżanka z pracy marzy o domku z ogródkiem, a pani w osiedlowym sklepie jest szczęśliwa, gdy wnuki do niej przyjeżdżają. A ja? Kiedy ja jestem szczęśliwa? Czy w ogóle jestem? Czy może jestem szczęśliwa szczęściem innych.

Nie masz swojego szczęścia. Nie ma ciebie. Są zdrowe dzieci, fajny mąż, praca, która jakąś tam satysfakcję daje, ale bez szału. Jesteś miła, wszyscy cię lubią, każdy chętnie prosi cię o pomoc, bo nie odmawiasz. I tyle. Tak definiujesz własne szczęście? WŁASNE. Bądź ten jeden raz uczciwa wobec siebie i powiedz: „Tak jestem szczęśliwa. Robię, to co kocham, jestem w miejscu, w którym chcę być, jest mi dobrze ze sobą, ze swoimi wyborami, mam marzenia, które realizuję, pasje, które dają mi radość. Jest mi dobrze”.

I jak? Ja przepłakałam wtedy całą noc nad stratą, przeżyłam żałobę pogrzebanego szczęścia, zapomnienia siebie. I nad złamaną obietnicą złożoną babci. To nie jest łatwe. Walczyć o siebie. Zwłaszcza, gdy zakleszczamy się w ramy naszych codziennych obowiązków, zobowiązań i zadań do wykonania. Ale powiem ci coś – warto walczyć. To jest ku*ewsko trudne, ale jak już zrobisz pierwszy krok. Jak powiesz sobie: od dziś będę pamiętać o sobie i zaczniesz naprawdę pamiętać, to uwierz -wygrasz wszystko. I miłość, i radość i siebie. Ty jesteś najważniejsza. Tę lekcję mojej babci teraz odrabiam skrupulatnie i myślę, że jest ze mnie dumna, czytając gdzieś tam książkę w swoim fotelu.


Zobacz także

Nawyki, które robią z ciebie… zgorzkniałą babę! Działaj, nim będzie za późno

Panowie, tego nie akceptujemy! 8 rzeczy, które kulturalnym mężczyznom nie przystoją

Akcja lodówka – nie miej dla niej litości… Akcja „To lato jest Twoje. Pierwszy krok do zmian”

xn--e1agzba9f.com

kokun.net/offers/levitra-kaufen

виагра киев